niedziela, 11 czerwca 2017

Błyska czyli jak drewniany klocek pozwala linki nie poplątać

Spidola to postać z łotewskich legend, wierzeń i opowieści zebranych przez Andrejsa Pumpursa Laczplesis” – łotewskiego eposu narodowego. Postać i ciekawa i zagadkowa niejednoznaczna. Cieszy fakt, iż udało się Łotyszom w tak trudnych sowieckich czasach wypromować markę Spidola, tak wbrew urawniłowce i niszczeniu wszystkiego co nie jedynie słuszne i radzieckie.
W podtytule: Dziwna historia VEF-owskiego dziecka z nieprawego łoża.
Dlatego się ucieszyłm gdy po bardzo wysublimowanej i bezkompromisowym w konstrukcji odbiorniku Riga 104 trafiła oto do mnie jej siostra, no może kuzynka Spidola 252.

Błystka* się zdała tak urodziwa,
Urocza i wabiąca nad miarę,

Też ładnie zachowana i oczywiście w wykonaniu OIRT. Cóż podbiłem Rige to i tą ogarnę. Dostałem ją od kolegi Józka, właściwie jak to się mówi „wycyganiłem” z hasłem – „to ja Ci ją przestroję”.  Radyjko fajne, z bębnowym przełącznikiem i co najważniejsze z UKF-em.
Co ciekawe, podobno pierwszy rynkowy tranzystorowego odbiornika z UKF-em powstał także w Rydzie to model VEF 17, znany jest tylko jego prototyp i może seria próbna. Nie był produkowany w VEF-ie masowo, konstrukcja została zabrana do Mińska, gdzie zakłady Mołotowa uruchomiły jej produkcję  pod marką OKEAN. Cóż widać taką mają tam taką tradycje, od 1939 czyli zagrabienia Elektrita z Wilna.


Wróćmy do Spidoli - głowica jest strojona oddzielnym kondensatorem (agregatem), taki fajny miniaturowy, podłączony linkami do tego samego pokrętła co AM.
Sam sposób prowadzenia linki z użyciem przesuwających się kółeczek to mechaniczny majstersztyk. Skomplikowanych linek z natury nie lubię – tu miło popatrzeć, ale strach dotknąć. Nie ruszając bez potrzeby także części elektrycznej – zazwyczaj kłopotliwe kondensatory elektrolityczne tym razem nie dawały śladów niesprawności – radio grało, punkty pracy tranzystorów prawidłowe. Zatem z prac obowiązkowych pozostało tylko  głowice na współczesny zakres przeciągnąć. O tyle to proste się wydawało, że model eksportowy był równolegle produkowany jako Spidola 251 (do 100MHz) i Spidola 250 (pełny do 108MHz). Dla każdego z tych modeli zmieniane elementy ładnie opisane w instrukcji obsługi.
Nic tylko lutować.
Głowica UKF jako oddzielny moduł zabudowana, a że nie chciałem rozplątywać linki to zastosowałem drewnianą protezę tak do trzymania kółka z linką zaplecioną.

Przepraszam za różowy kolor, taką miałem piankę.

Jedna śruba M4 do korpusu, a za wiertełko pozostawione w klocku za ośkę robiło. Dało się manipulować głowicą, oglądać, lutować nawet i uruchamiać z ręcznym pokręcaniem agregatem.
Pomimo braku opisu kondensatorów i innych elementów na płytce dosyć szybko udało się poszczególne zidentyfikować i po kolei wymieniać. Część z nich w okolicy heterodyny grubą warstwą wosku była zachlapana, dało się jednak wyskrobać. Na szczęście kondensatorów ceramicznych ze starych zapasów starczyło. Jeden paddingowy  określony był w instrukcji jako „-” więc „kreseczką” czyli zworą zastąpiłem.
Drut srebrzanka, zamiast paddingu.
Stroimy. No trudno nazwać to strojeniem, bo obwody rezonansowe nie posiadały trymerów. Jedyne elementy nastawne to cewki. Heterodyna troszkę dała się ruszyć, ale dalsze kręcenie spowodowało zerwanie nacięcia i zafiksowało pozycję rdzenia. Ani w te, ani wewte - stoi na amen. Wszystko to przez ten wosk, był świeży, nie skruszały no  to i trzymał. Na całe szczęście po odwinięciu jednego zwoju okazało się, że mosiężny rdzeń utkwił w prawie w dobrym miejscu – radio z takim przesztywnieniem  można przestrajać od 89MHz do 107,6MHz  (oczywiście częstotliwość heterodyny to +10,7MHz). W Warszawie będzie RMF FM (107,5MHz), a nie będzie Ojca Dyrektora (88,5MHz) – przeżyje.
Pozostały obwody wejściowe jeden wejściowy niestrojony, drugi strojony pierwszą sekcją kondensatora – rzekłbym typówka. Podając sygnał na wejście antenowe i mierząc napięcie na kondensatorze w detektorze (za pomocą V640) po woli ruszamy. No nie idzie – maksimum filtra wejściowego (ferryt) przy maksymalnym wykręceniu (lub wręcz wyjęciu) rdzenia ferrytowego, w drugim zaś przy maksymalnym wkręceniu rdzenia mosiężnego. Zatem w obydwu przypadkach mamy za dużo indukcyjności przy nominalnych –(bo z tabelki pojemnościach). No tak – przecież nikt nie napisał, że cewki są takie same dla wszystkich modeli !
Oznaczone korygowane obwody.
O, ja nierozumny. W większości przypadków przestrajania korekcja indukcyjności cewek jest wymagana, to i tu też. Poodwijałem po jednym zwoju, starając się aby L3 z odczepem z sekcji o większej liczbie zwojów – niech ta transformacja impedancji chociaż trochę będzie zachowana.
PO jednym zwoju należało odwinąć.
Trochę się zmieniło w filtrze wejściowym na przykład – o ile musiałem poprzednio wyjąć rdzeń, to teraz wkręcić do oporu – zatem przeholowałem z tym jednym zwojem. Odwinąć 3/4 przy tej konstrukcji jest trudno – skorygować pojemność wypada. Ale o ile? Pomysł taki mi przyszedł do głowy następujący – zastąpię tymczasowo kondensatory stałe trymerami i tak będę dobierał ich ustawienie by uzyskać oczekiwany efekt. Następnie zmierzę możliwie dokładnie  wylutowane trymery i zalutuję kondensator stały. Dla filtru wejściowego (L2, C1 i C2) dobierany był C2 – bo mniejsza pojemność. Dla rdzenia tak w połowie zakresu regulacji - troszkę ferrytu w cewce, troszkę poza -  prawie 10pF (przy C1 zgodnie z tabelką 30pF) dało to maksimum dla środka pasma (100MHz z generatora), ponieważ zaburzyło to stosunek C1/C2 to zamieniłem C2 na 47pF a przy kolejne iteracji ładnie C2 na 8,2pF się ustawiło
Trymery w doborze pomagają.
. Zabawy jest z tym troszkę, gdyż trymer trzeba wylutować bardzo delikatnie i zmierzyć bardziej przez porównanie z tak samo uchwyconym kondensatorem stałym. Na bezwzględny pomiar takim miernikiem jak mój nie ma co liczyć, pojemności pasożytnicze są tak duże i zmienne, że wierzyć im nie należy. A porównawczo przy jednoczesnym uchwycie trymera i kondensatora stałego to do połowy pF można dopasować. Udało się. Obwód strojony wzmacniacza więcej psikusów sprawił. Otóż strojąc wg. starej zasady – na dole (89MHz) cewką, a na górze kondensatorem, to przy prawie właściwej indukcyjności na dole nadmiar był pojemności, a na górze było jej za mało.
Nie tyle język utrudniał, co brak w zachowanej dokumentacji przywołanej tableki 2.11. 
Po prostu kondensator bez paddingu (skracającego) miał za duży zakres zmienności. Wlutowując padding w postaci kondensatora 47pF udało się dobrać ustawienie trymera z dolutowanym do niego stałym 4,7pF na łączne wskazanie 10pF. Tu podpowiem, że bardzo korzystne jest oznaczenie pisakiem maksymalnej pojemności trymera, pozycja talerzyka przy manipulowaniu bywa zawodna. Bez znacznika do końca nie  wiemy czy jest maksimum maksimum, czy tylko w okolicy. Dwie kreski pisakiem i wszystko jasne. Baczny obserwator może mi zarzucić, iż wszystkie te manipulacje przy zdjętym ekranie głowicy czyniłem. Prawda to, ale założyłem ze ekran większe spustoszenie w indukcyjności czyni, niż w pojemności, a ta skorygować można po jego założeniu.
Głowica w ekranie.
Co się prawdą okazało, regulacja cewką do osiągnięcia maksimum przy założonym ekranie okazała się niezbędna ale minimalna. Radio gra i jest dobrze.

Błystka* im w zamian poprzysięgła
Dochować wiary sumiennie
I odtąd w dobrej i złej doli
Trzymać ich stronę niezmiennie

* - Błyska to Spidola w polskim przekładzie  LACZPLESIS  autorstwa Jerzego Litwiniuka. Tłumacz się tłumaczy (;-) z tej zmiany następująco:

Spidala – od spidet «świecić, jaśnieć, błyszczeć, olśniewać», kojarzy się również ze spigana «czarownica». Ta postać zaczęła żyć własnym życiem w literaturze łotewskiej i uzyskiwać nowe znaczenia … Nam niestety kojarzy się z marką fabryczną przenośnych odbiorników radiowych – Spidola. To był powód, dla którego pozwoliłem sobie nadać jej imię mówiące – Błystka.


Nam na szczęście Spidola kojarzy się jednak dobrze – z marką fabryczną przenośnych odbiorników radiowych. Troszkę zwodniczych, troszkę tajemniczych, ale bardzo ciekawych odbiorników.

P.S. W tablece jest jeszcze zalecenie zmiany innych kondensatorów  - w torze P.Cz. Nie ruszałem - gra.
Elementy różne w standardach CCIR i OIRT - ale tego już nie ruszałem.
Przepraszam też wszystkich kolegów wędkarzy, co się tu dostali za przyczyną wyszukiwarki. Nic nie było o błyskach i spławikach. W Rydze inne ryby są najlepsze.
Te lubię

czwartek, 25 maja 2017

Głośnik AGI czyli fachowa naprawa dyplomem poparta

Kiedyś, lat temu już ze dwadzieścia, ubawiłem się setnie, kiedy zaproszony do domu przyjaciół w kuchni spostrzegłem lodówkę. A właściwie jej „naprawioną” rączkę. Z jednej strony było to tak olśniewająco logiczne, co śmieszne jednocześnie. Pan domu był lekarzem zatem arcy-normalnym mogło się zdawać w tej sytuacji, że rączka była zabandażowana! Mając techniczne podejście coś takiego to bym skleił, jak trzeba skręcił, a tu – chirurg miękki i najbliższa technologia użyta. Rączka się najprawdopodobniej nie zrosła, ale głowę dam, że wiele miesięcy tak służyła. Fachowa robota.

Sposobów radzenia z problemami jest zazwyczaj wiele, ale często wybór tego czy innego rozwiązania narzucają nasze umiejętności, dostępne tu i teraz narzędzia czy nawet rodzinne tradycje. Radiotechnika wyrosła aparatów elektrycznych, te zaś powstawały w warsztatach gdzie obróbka materiałów (drewna, mosiądzu czy innych) opierała się o typową obróbkę mechaniczną – cięcie, wiercenie, nitowanie i podobne. W starszych podręcznikach wiele informacji jest poświęcone sugestiom jak przygotować w zasadzie mechaniczny warsztat do naprawy radiowych odbiorników.
Zygmunt ostatnio otrzymał do naprawy ładnie zachowaną AGĘ, dosyć wczesny model, obiecujący.

Agi już naprawiał dwie, obie moje. Tak się troszkę dzielimy robotą w krucjacie na ratunek starym radyjkom.




Naprawiana AGA to model  RSZ-47-E nie opisana przez Trusza (schemat), a więc trochę zapomniana.
Dosyć szybko okazało się, że limitującym uszkodzeniem jest przerwa w cewce wzbudzenia, czyli w staroświeckim elektryków języku - w magneśnicy. Pierwszy raz spotkałem się z takim głośnikiem w Stern-ie. W czasach gdy technologia magnesów stałych była (w porównaniu z dzisiejszymi neodymowymi) w powijakach, to stosowano taką kombinację. Uzwojenie magneśnicy wytwarzało pole magnetyczne głośnika, a jednocześnie jego indukcyjność  była wykorzystana w filtrze LC zasilania anodowego.
Opis późniejszej wersji głośnika.
Uzwojenie takie liczące kilka lub kilkanaście tysięcy zwojów, nawet przy skromnym prądzie anodowym jednocześnie dawało sporo Gausów (dla głośnika) i kilka Henrów dla zasilacza. W zasadzie rozwiązanie idealne, nawet te zmiany pola magnetycznego powodowane składową zmienną anodowego prądu prawie udawało się usunąć za pomocą kompensacyjnego uzwojenia w szereg z cewką głośnikową podłączanego. 
 Ale wróćmy do rzeczonej magneśnicy.
No niby przerwa w uzwojeniu to problem niewielki, ale budowa głośnika nie zachęcała do jego rozbiórki od przodu (odklejenie resorów, etc.) bo i tak do cewki nie było się jak dobrać. Jarzmo było zaspawane. Do głośnika trzeba było dobrać się od tyłu, rozcinając spawy.

Nie wielkie one, ale głośnik to delikatne ustrojstwo i to czego specjalnie nie lubi to np. opiłki metalu. Przekonałem się o tym wcześniej.  
Tutaj  Zygmunt po konsultacji z kolegą Hirkiem (dziękujemy !) opracował technologię naprawy  następująco – z braku możliwości przeprowadzenia prac spawalniczych, wykorzystane zostaną zastępcze połączenia śrubowe. W jarzmie zostaną wywiercone cztery śruby zastępując dotychczasowe połączenia. Po dokładnym zabezpieczeniu głośnika zostały nawiercone 4 otwory, następnie nagwintowane.

Pokrętka do tej czynności to rodzinna pamiątka – zdecydowanie przedwojenna.
Szlifierką kątową odcięte zostały cztery małe spawy i cewka jest wolna.
Nie dało się znaleźć uszkodzenia w warstwie wierzchniej.
Trudno, trzeba poprosić znajomego przewijacza. Zachowały się zapiski dotyczące głośnika GED20/5, który w ADA-ch królował – uzwojenie 10 450 zwojów, drut 0,17mm wynikowa rezystancja 900 om. Nawijacz troszkę się opóźniał, ale po kilku dniach Zygmunt odebrał absolutnie profesjonalnie wykonaną i zabezpieczoną cewkę. Drut był 0,18mm, kilku omów brakło, ale uzwojenia łądnie nawinięte pod izolayjnym papierem schowane.
Bardzo dobrze widoczne uzwojenie kompensujące - w szereg z cewką głośnika włączane.
Super!
Skręcenie i centrowanie głośnika  okazało się dużo prostsze niż w moich obawach. Głośnik sprawny i naprawiony – zupełnie jak kręgosłup u mojego szwagra – fachowo przez ortopedów konfirmatkami poskręcany.
 Do całkowitej naprawy wystarczyło jeszcze kilka papierowych kondensatorów współczesnymi podeprzeć, tak aby punkt pracy lamp zachować. Jedna rzecz, która była wadliwa to kondensator 15pF, zastąpiony przez naprawiacza-partacza solidnym kabelkiem –
Po co? Dlaczego? Usunięcie tego ożywiło radio na wszystkich zakresach. Zleceniodawca był tak zadowolony, że pozostawił w podzięce inne ciekawe radyjko.
Philipsa 208U, też ze wzbudnicą w głośniku.
Ale to inna historia.

Tu już nie tylko ślusarskie rodzinne tradycje trzeba będzie przywołać, ale i na studiach nabyte.
Strach nawet patrzeć, izolacja się rozsypuje.
Izolacja praktycznie w całości pokruszona i radio trzeba będzie odrutować od nowa.
Przodka dyplom cechowy.
Zygmunt będzie musiał się powołać nie tylko na dziadka mistrzowski dyplom, ale i na własny, inżynierski - z prądem i elektromagnesem związany.


poniedziałek, 8 maja 2017

VEF 206 czyli radio które przetrwa wszystko

W młodych latach jedną z bardziej porywających lektur był dla mnie Młody Technik. Czytany, co miesiąc, praktycznie od deski do deski. Było tam i o zdobyczach techniki (nie tylko radzieckiej), Zrób to  Sam, fotografia i kilka innych stałych działów. Tak mniej więcej w środku była wkładka humanistyczna – zazwyczaj dwu lub trzystronicowe opowiadanie Sci-Fi.tutaj. Tego nie znalazłem.
Taki oto obraz przyszłości kreowal Młody Technik w 1958 r.
Jakoś tak do dzisiaj pamiętam szczególnie jedno. Było ono takie mało Science, bez rakiet podbojów planet itp., a jak pokazuje w dzisiejszym świecie nie Fiction.  Fabuła toczyła się w systemie społecznym, który to by sprostać potrzebom producentów dóbr wszelakich dodawał do produktów substancje powodujące rozpad każdego produktu w szary proszek po ściśle określonym czasie. Bohater tej powiastki, trochę przeholował i jego samochód rozsypał się w czasie jazdy, no żarówka została bo zamienną częścią była. Chociaż większość z tych opowiadań jest dostępna w Internecie, to jakoś na to jedno wpaść nie mogę. Ciekawe, spod którego to pióra wyszła ta historia. Nie wiedziałem wtedy, że tak bardzo prorocze to były idee. 132 opowiadań z Młodego Technika można przeczytać

Doświadczyłem to wielokrotnie, że celowo czy to konstrukcja, elementy czy materiały powodują, że funkcjonalność czy sprawność przedmiotu spada zaraz po okresie gwarancji. Nie rozsypuje się lodówka czy zmywarka na szary proszek, tylko staje się śmieciem. Koszt naprawy czasami przekracza cenę nowego urządzenia.  Walczę z tym, chociaż to walka z wiatrakami. Wymuszanie konsumpcji, reklamowanie nowych sezonowych modeli i ciągłego napędzania tego łańcuch konsumpcji zdaje się jest jednym główniejszych procesów w kapitalistycznej ekonomii.
Ale nie zawsze i nie  wszędzie tak było. Ostatnio taki namacalny dowód zagościł w moim warsztacie. Kupione za 30 zł radzieckie radio VEF 206.
W stanie lepiej niż bardzo dobrym, idealnym wręcz. Ciężkawe nieco i bez UKF-u, ale jakoś tak ostatnio w stronę ryskich tranzystorów skręcając – no nie odmówiłem sobie. Po podłączeniu zasilania od razu zagrało, i to na długich, średnich i krótkich. Potencjometr troszkę potrzeszczał – ale to się wymyje. Będzie i oryginalne, i sprawne. Zaglądając do środka wręcz oniemiałem – w pojemniku były jeszcze baterie.
Pamiątka z lat osiemdziesiątych.
Nie wylały! Oryginalne radzieckie baterie – a 4 z nich wykazywały jeszcze napięcie rzędu 1,4V. Tyle lat po rozpadzie Związku Radzieckiego.
Baterię troszkę wylał - ale styki czyściutkie.
Nieśmiertelne idee Lenina już starł wiatr historii a tu proszę Made In USSR. Zaciekawiony troszkę postudiowałem o tym modelu. Wywodził się z wcześniejszych i bardzo podobnych VEF 201 i 202. Był masowo produkowany od 1973 roku, aż do 1988 i to w praktycznie niezmienionej formie, wciąż na germanowych tranzystorach. Niewiarygodne. A jednak.
Oprócz tego, że można go dalej używać, chociażby na co dzień słuchając Jedynki, a wieczorami chińczyków na krótkich. Niektórzy wyposażają te odbiorniki w UKF, przerabiają na odbiorniki do nasłuchu przez krótkofalowców.  Tanie, dostępne i niezniszczalne. Ładny opis - tutaj lub jak ktoś woli po czesku - to tutaj. A jeśli ktoś zna буквы to i tutaj.
Troszkę poprawić trzeba fabrykę - o milimetr przesunąć przełącznik zakresu.

Troszkę też trzeba będzie poczyścić obudowe.
Nawet w moim egzemplarzu (rocznik 1985) stare elektrolity nie bardzo przeszkadzają - gra. Umyję, wyczyszczę, potencjometr nasmaruje i może kolejne 30 lat dalej będzie grało. Radiio nie do zdarcia.
I tak wygląda pięknie.
Coś mi się zdaje, że nawet w sytuacji jak w końcu wspomnianego opowiadania z Młodego Technika, gdzie to trzęsienie ziemi powoduje rozszczelnienie zbiorników ze specjalną substancją i cała cywilizacja zamienia się w szary proszek, to VEF 206 będzie grał.
Dzisiaj starałem się krótko – tak na maksymalnie dwie strony.

środa, 3 maja 2017

Detranzystoryzacja czyli czekając na majstra

Jednym z radyjek, które od bardzo dawna czeka na swoje ponowne życie jest Polski Philips 6-39A.
Oryginał u kolegi.
Już się za niego zabrałem, już głośnik naprawiłem, już z kolegą stolarzem zaczęliśmy się do odtworzenia skrzynki zabierać, ale jakoś od ponad trzech lat no - nie idzie.
Majster się do roboty zabrał, ale ...
Chassis czeka w skrzynce (po bananach), a na odbudowę  obudowy no nie ma siły majstra namówić.
Ta się rozsypała - dosłownie.
Fachowiec jest, na brak zamówień nie narzeka i jakoś ta skrzyneczkę to tak na boku trzyma. Rozumiem – roboty ze dwa dni, aby tą bazę ze sklejki zrobić, zarobek mizerny. Z fornirowaniem to zupełnie inna rzecz – robiłbym sam, ale  przy tej skali i rozmiarach to jeszcze nie miałem możliwości stolarskiej pasji dać się wyżyć.
Nie wiem, czy umiem czy nie – pasuje spróbować. Tylko, że jako jestem amatorem, a nie fachowcem to i warsztatu stolarskiego też nie mam. W międzyczasie pozyskałem znaczek (i kolegę chrzan49) Philipsa, głośnik pomagał naprawiać kolega staku, a w celu pomiarów skrzynki do kolegi kraz zawitałem. Zyskiwałem znajomości, kontakty a radio stało. Stało i czekało.
Nie tak dawno pojawiło się w Stalowej Woli radyjko, ten sam model. No jakoś specjalnie drogie nie było, ale liczyłem, że chociażby budowy sklejkowej konstrukcji uda się ominąć – no może i można ale fornirowania się nie ominie. Kolega, który grzecznościowo odbierał dwa razy pytał czy ja to naprawdę wiem co kupiłem.
W worku przyjechało by nie rozsypać się po bagażniku.
W ubiegłym tygodniu pojawiła się oferta „Obudowa radia Philips i jakaś instalacja wewnątrz” cena zupełnie ok., a w dodatku jest tylna ścianka!

Tkanina akceptowalnie zachowana – chyba da się uratować. Było blisko podjechałem, i mam. Chyba praca ruszy nad tym modelem.  Ciekawość moją przyciągnęła ta „instalacja”.
No i głośnik też jest!
Okazało się, że jest to (lub miało być) jedno-tranzystorowy odbiornik radiowy całkiem amatorskiej budowy.  Znalazłem tam cewki nawinięte na karkasie ze starej butelki płynu Ludwik, takiej jak zapamiętałem z dzieciństwa – ciemnozielonej i co najwyżej półlitrowej. Kondensator zmienny – jedna połówka wykorzystana, pokrętło chyba od telewizora. Druga bardzo dokładnie opisana, że zwarta. Zresztą opisów autor nie żałował, ciekawe czy dla siebie czy dla „klienta”.
Przełącznik zakresów i wyłacznik w jednym.
Kondensator Telpodu o kilku nanofadach do anteny, dioda germanowa, transformator głośnikowy i tranzystor. Taki jak pamiętam ze wzmacniacza m.cz. gramofonu Mister Hit.

Do tego zwykły wyłącznik sieciowy, dokładnie taki jaki pamiętam z domu w Bukowinie. Te artefakty pozywają datować tą przebudowę, a raczej dewastację, gdzieś na lata siedemdziesiąte, tak bliżej pierwszej połowy. Zagadką pozostaje czy ta instalacja działała – coś mi się zdaje, że nie. Pomimo, że była już porozpinana to zda się kompletna. A w całej tej konstrukcji nie uświadczyłem jakiegokolwiek rezystora. Ciekawe jak baza był polaryzowana?

Oj, żywo mi to przypominało opisy z fantastycznej, fascynującej, ale miejscami fantazjującej książki J.Wojciechowskiego „Nowoczesne Zabawki”.
Wydań Nowoczesnych Zabawek było sporo.
Czego tam nie było – był (jak pamiętam) wzmacniacz na jednym TG70 co kilka, jeżeli nie kilkanaście watów miał mocy, lub raczej miał mieć. Był i TG50 co żarókami sterowały  i prawie ampera prąd wytrzymywały.
Inspirowało, dawało prostą i szybką receptę, no nie zawsze działającą. Tyle, że efekt mógł być rozczarowujący. Jeśli tak to „konstrukcja” szła na półkę, do pudła itd. Prawdopodobnie tak się stało i w tym przypadku.
"Instalacja" do śmietnika - no diodę i tranzystor zachowałem.
Czterdzieści lat później z całego tego radio to najcenniejsza jest obudowa. Na całe szczęście z tym zabytkiem majsterkowicz obszedł się w miarę oszczędnie – kilka dodatkowych otworków  w tylniej ściance, dwa (niestety z boku) i za mocno wkręcony drewno wkręt we froncie (wyprysk w fornirze) to chyba całość zniszczeń.
Te dwie dziurki to można zaszpachlować.
Dużo mniej niż korniki (pierwszy) czy wilgoć (drugi) spustoszeń. Mam nadzieję, że skoro już wszystko mam to może się uda mi się połączyć (już nieco ostudzony) zapał neofity i zdobyte w między czasie doświadczenia, i tak po kilku latach czekania ta restauracja będzie profesjonalna i fachowa. Bo jak wiemy na fachowca to czekać możemy długo. No chyba, że możemy liczyć na pomoc importowanych. Kolega Zygmunt przyklejał ostatnio listwę do Saby.
Ja doliczyłem się francuza, szweda, jednego ruska (ten zielony z bazaru), no i dwu plastikowych chińczyków.
No mnie pozostał jeszcze problem - fornir w jednym miejscu jest zdeformowany i odklejony.
Oj, nie wiem czy obędę się bez fachowców.