niedziela, 19 maja 2019

Rówieśnik czyli moje pierwsze starcie z germanowymi tranzystorami.

Moja pierwsza fala zainteresowania elektroniką przypadła na okres, gdy już na dobre królowały układy scalone, tranzystory były w większości krzemowe, a o lampach i elementach germanowych już tylko wspominano. Cóż taki rocznik - 1965. Po latach powrót do elektroniki nastąpił z silnym „uwarunkowaniem” na radioodbiorniki lampowe. I ten blog też mógłby być tylko o nich – pięknych i magiczny lampowych odbiornikach radiowych. Nie mniej od czasu do czasu pojawiają się w warsztacie także konstrukcje tranzystorowe.
W pewnych aspektach lampa wydaje się bardziej przewidywalna, ale oczywiście ma swoje wady - grzeje się czyli parzy w palce, a i kopnąć anodowym potrafi. Nie zamierzałem celować w tranzystorowe konstrukcje, no może poza hybrydą – Chopinem. Jakoś ten model wzbudził onegdaj moje zainteresowanie przy przeglądaniu Radioelektroników. Cześć radiowa na lampach, a wzmacniacz na germanach (tranzystorach germanowych dokładnie). Cóż kraje obozu RWPG (Chopin to polska nazwa udanej węgierskiej konstrukcji – R 5932) nie bardzo sobie radziły z półprzewodnikami i  takie konstrukcje jeszcze w początku lat siedemdziesiątych dało się uświadczyć.
Chopin czeka na swoją kolej. Halka też.
Zachód już był „ztranzystorowany” troszkę wcześniej. Po odbiorniku który do mnie trafił mogę powiedzieć, że tak od połowy lat sześćdziesiątych.
Otóż otrzymałem (w prezencie) od kolegi z Pabianic bardzo ładnie zachowanego Philipsa, stereo z zakresem UKF do 108MHz. Troszkę się opierałem przed takim dobra namnożeniem, ale co robić to przecież mój rocznik – trzeba brać.
29 tydzień 65 rok, może montaż był w ostatnich dniach października. Rówieśnik!
Akurat pod telewizorem się pustka uczyniła inny Philips odszedł (to już inna historia), a że odbiornik jak ulał pasował do wnęki to i szybko zyskał aprobatę domowników – nie wystawały te kolumny co je trzeba przestawiać kurze wycierając. Radio grało ale  w pobieżnym odsłuchu dało się stwierdzić, że prawy kanał jest mocno „lewy”, grał cicho i zupełnie nie tak.
Oscyloskop to potwierdził - 5x słabiej i obcina.
Darczyńca lojalnie uprzedzał, że odbiornikowi to i owo dolega, że stereodekodera brak, że niektóre naprawy poczynić należy. Na warsztacie się okazało, że radio już przeszło co najmniej jedną naprawę, prawy kanał miał inne tranzystory w końcówce (AC188), rezystory emiterowe to jakaś zbieranina.
Jeden z tranzystorów w torze audio też się modelem AC188 okazał i to ze sporym radiatorem. Radiatorem przykręconym nie do ozdoby, bo grzał się okrutnie.

Widać „nasi tu byli”, no raczej nie nasi bo podzespoły raczej zachodniej proweniencji, co też skłania mnie do wniosków, że naprawa odbyła się po tamtej stronie Łaby.
Nie miałem większego (prawdę powiedziawszy żadnego nie miałem) doświadczenia z tranzystorowymi wzmacniaczami akustycznymi i dojście do przyczyny, źródła problemu, zajęło mi ładnych kilka dni. Problemem swym nękać począłem kolegów (dzielnie to znosili, rady czynili) a nawet koleżankę z korpo (z Rumunii), która się nieopacznie przyznała, że ma doktorat z metrologii organicznych półprzewodników (sic!). Moje przejście z lamp na tranzystory widać z dużym hałasem uczyniłem.
Wszystko pomierzyłem, dosłownie wszystko, siedząc godzinami w piwnicy czułem za sobą baczny wzrok i pochrząkiwanie Pan Ohma  i Pana Kirchoffa.  Wszystko wydawało się, że jest dobre, a tylko napięcie na wyjściu ni jak nie chciało się zbliżyć do połowy napięcia zasilania i uciekało w górę (znaczy się do minus 26V, bo to układ na pnp głównie zbudowany).
Schemat "stałoprądowy" dla ułatwienia poczyniłem. Napięcia - no słabo.
Kupiłem AC125 dla zastąpienia AC188 w sterowaniu, zamówiłem parę AC128 na Węgrzech.
I dalej walczyć, wszystkie tranzystory sprawdzone, te co się nie chciało wyjąć (komplementarna para sterująca) to chińskim mierniczkiem podpinanym do odlutowanych nóżek pomierzyłem. Z każdym takim zabiegiem odchodziły ścieżki – jednak Philips marne laminaty robił.
Ścieżek ubywa.
Analiza pozostawionych śladów doprowadziła do wniosku, że mój poprzednik dużo walczył z polaryzacją tranzystorów pnp/npn w stopniu sterującym. W kolektorze TS9 miast 1k był składany rezystor 140om, coś jeszcze podparty
Miało być 1kom a jest 140 om.
. Widać finalnie się poddał, radiator przykręcił i tyle. Ten stopień polaryzacji zastanowiła jedna dioda krzemowa, stałe 650mV czyniąca, PR-ek (w dokumentacji 1k, wlutowany 10k) i termistor. Termistor umieszczony z dala od radiatora, więc jak kolega Zygmunt określił go „termistor pogodowy”. Cóż, był początek lat sześćdziesiątych to i Philips wszystkiego nie wiedział. Później przyszło doświadczenie z kompensacji temperaturowej i inne, dziś już standardowe, rozwiązania.
Otrzymałem AC125, poprzewracałem właściwe wartości elementów, jeszcze z końcówką na AC188 ruszyłem.
Też ładnie zapakowane. I szybko przyszło.
Bez zmian, no może że AC125 się nie grzał tyle, ale połowy napięcia stałego jak nie było, tak nie ma. PR-ka nic nie daje, odłączenie tranzystorów mocy (he, he mocy, 1W i tyle) daje  troszkę, ale nie za wiele – o dwa wolty lepiej. Myślę, że wymiana na AC128 problem rozwiąże. Dostałem super zapakowane, karteczka z pomierzonym beta i prądem zerowym (nawet nie wiem żeby się to sprawdzało) ponumerowane, z opisem nóżek – brawo! - nie spodziewałem się takiego profesjonalizmu.
Profeska - polecam Sprzedawca: sandopajo_0 na Eb..u
Wlutowałem i  … kicha. Znów 26V. Postanowiłem przyglądnąć się szczegółowo temu układowi polaryzującemu więc wyjąłem połączoną obejmą parę komplementarną. Sześć nóżek było plus dwie z obejmy.
Para komplementarna.
Tranzystory były sprawdzane już uprzednio, ale jeszcze raz wrzuciłem do miernika npn (AC132) beta ok. 175, a drugi – No nie!
No tego w germanie nie robili !
okazał się być polowy – no przynajmniej tak miernik pokazał. Jeszcze jeden pomiar – teraz jest dobrze pnp i beta tak prawie jak drugiego.
A teraz jak najbardziej OK.
Raz jeszcze – coś innego beta 7. Co jest? Za pomocą najprostszego miernika przebadałem złącza. Baza-emiter i baza-kolektor są jak najbardziej ok. Tak po 120mV przy przewodzeniu, opór odwrotnie. Biorę z głupia pomiar kolektor-emiter, w jedną stronę nieskończoność, w drugą … 120mV, 150mV, 200mV …. Co jest?
Napięcie zmieniało się szybko.
Z lekka podgrzałem lutownicą, dotknąłem tylko, a tu  120mV, 50mV, 20mV i buch tranzystor grzeje się (z miernika zasilany). MAM CIĘ BRATKU.
Wadliwy okazał się tranzystor TS10, swoją upływnością emiter-kolektor podciągał napięcie do tych 26V i tyle. No tak, ale teraz trzeba będzie skombinować parę komplementarną npn/pnp w germanie. Przeszukałem portale aukcyjne, ale nic sensownego nie znalazłem. No nie będę czekał, spróbuję wstawić tak krzemowe tranzystory (bo takie mam) i zmienić obwód polaryzacji – potrzeba rozsunąć napięcia bazy z 2x200mV (german) do 2x700mV (krzem). Reszta tranzystorów zostaje jak jest. Układ polaryzujący podpatrzyłem na schemacie Toski (tranzystor, dwa rezystory i PR-ka).
Ukłar trochę inny, ale chodzi o polaryzację - w tym przypadku T411/T413
Udało to się zmontować na tej samej płytce, wykorzystując ścieżki i otwory już istniejące, minimalna interwencja. Troszkę czasu straciłem na doborze rezystorów, trzeba było wejść w zakres gdzie obydwa tranzystory przewodzą (klasa AB) i daje się ustawić sensowny prąd kolektorów tranzystorów mocy. Trochę liczyłem (Pan Ohm i Kirchoff pomagali) troszkę eksperymentowałem (metody tow. Macanta). Rezystor R85 trzeba było podnieść do 3,3koma, opornik ograniczający zakres PR-ki dobierałem eksperymentalnie. Próby wlutowania jakiegoś i kręcenia PR-ką omal nie doprowadziły do spalenia wzmacniacza– 360om było za mało, dymek poszedł z oporników emiterowych, TUNGSRAM-owskie AC128 wytrzymały. Manipulować ta PR-ką było trudno, trzeba było obracać radio (dostęp od spodu) więc ustawiłem ją na 50%, dodałem drugą (20k) i zjeżdżając w dół kontrolowałem prąd w emiterze tranzystorów mocy (dokładniej napięcie na 4,7om). Stanęło na 1k i tyle wlutowałem.

Po zkrzemowaniu. termokompensacja pozostała "pogodowa", ale Si jest temperaturowo stabilniejszy. Zyskałem za to uchwyt dla tranzystorów mocy.
Nie miałem podanej w dokumentacji oczekiwanej wartości prądu spoczynkowego więc posłużyłem się jako wzorcem drugim sprawnym kanałem i skopiowałem te kilkanaście mV na 4,7omach. Pewnie dobrze.
Kanał prawy ożył i gra, jest dobrze. Przejście do germanu okazało się dla mnie ogromnym doświadczeniem – zrozumiałem jak ten układ wzmacniacza mocy działa, i chcąc nie chcąc, przeskoczyłem od razu do tranzystorów krzemowych.
Podobno człowiek uczy się na błędach, najlepiej cudzych. Tu miałem edukatora, ktoś błądził, kombinował – szczęśliwie ślady zostawił. 
A tak na koniec to ciekawe co będzie dalej? Nie wiem jak by zachowywały się te tranzystory organiczne, co je moja rumuńska koleżanka badała, muszę zerknąć do jej pracy doktorskiej – ciekawe czy da się to inżynierskim rozumem ogarnąć. Danych brak, te organiczne tranzystory są tak nowe, że nawet w Wikipedii polskiego opisu brak.
Końcówka Chopina wygląda groźnie, ale proszę - jest kompensacja na tranzystorach końcowych. Można? Można!


sobota, 11 maja 2019

Radiostacja Babice czyli radio na falach najdłuższych.


Słoneczny weekend w maju to okazja by wyjść z domu czy to na działkę, na grilla ze znajomymi czy też na jedną z organizowanych imprez. Zawsze lubiłem Naukowe Pikniki organizowane przez Polskie Radio od ładnych kilku lat. Ale kiedy dzieci dorosły i w roli rodzica-edukatora coraz trudniej było się wcielić to już magnes przyciągania był coraz słabszy. Ale nie dzisiaj – 23. Piknik, już standardowo na Stadionie Narodowym.
W tym roku Stanowisko/Namiot C2 wypełniło Stowarzyszenie Park Kulturowy TRCN.
Nie interesowałem się wcześniej Transatlantydzką Radiotelegraficzną Centralą Nadawczą – arcyciekawym technicznie, organizacyjnie i historycznie przedsięwzięciu II Rzeczypospolitej.
 Radiostacja nie miała bezpośredniego znaczenia dla powszechnej radiofonizacji, ale była bardzo ważna dla całego kraju i jego kontaktów z zagranicą – umożliwiała łączność telegraficzną przez ocean. Stanowiła też pewnego rodzaju kuźnię kadr.

Stoisko organizowane i prowadzone przez Stowarzyszenie oprócz artefaktów i kilku fotografii Radiostacji Babickiej
 zawiera też kilka pamiątek o bliższych nam (czasowo) nadajnikach radiofonicznych takich jak Gąbin czy Raszyn.
Dla mnie to ta druga strona radia – miło było się spotkać porozmawiać,
a nawet dzięki życzliwości specjalnych gości posłuchać nagrań nadajnika systemu Alexandersona (ostatniego ze Szwecji).
Świetnie, że udaje się gromadzić ludzi, popularyzować wiedzę o pięknej radio-historii.
Otrzymałem książkę wydaną sumptem Stowarzyszenia, z karteczką w środku.
Książkę w 2/3 już przeczytałem (jest popołudnie), a przelew (mam nadzieję, że pokrywający koszty wydania) w poniedziałek się powinien wykonać.
Troszkę mi brakuje tu pięknej makiety Radiostacji wykonanej ogromnym wysiłkiem, kosztem i staraniem przez Pana Ryszarda.
Zdjęcie udostępnione prze Ryszarda Dulskiego - budowa makiety

Zdjęcie udostępnione prze Ryszarda Dulskiego - budowa makiety

Zdjęcie udostępnione prze Ryszarda Dulskiego - budowa makiety

Zdjęcie udostępnione prze Ryszarda Dulskiego - budowa makiety

- ale jestem głęboko przekonany, że uda się nawiązać współpracę pomiędzy Babicami a Dobczycami. Mam nadzieję, że propagacja będzie sprzyjać
Piknik się pomału kończy, nie każdy zdąży :-)

Zainteresowanych informuję, że kolejne spotkanie 23 maja – będą autorzy książki, będzie sposobność posłuchać o Radiostacji.


poniedziałek, 6 maja 2019

Lakierowanie Elektry czyli do czego mogą się przydać waciki

Renowacja obudowy jest jednym z najbardziej czasochłonnych czynności przy przywracaniu blasku starym odbiornikom. Nie mówię to bakelitowych cudeńkach, ale o solidnej stolarskiej robocie. Czasami nawet więcej niż prostej skrzynce, ale o ładnie zaokrąglonych kształtach zgrabnie fornirem obciągniętych. Jakoś tak lubię takie radyjka, ba bardzo one paniom przypadają do gustu to też od czasu do czasu jakieś jedno czy drugie się przez warsztat przemyka. Coś dla ślubnej, dla teściowej, dla jakiejś tam znajomej. Były już Eumigettki, była Goldy czy inne podobne odbiorniki.
Trafiła się i Elektra - ubytki w lakierze widać nawet od frontu,
 Problem miałem z ich pomalowaniem, moje doświadczenia jako mistrza pędzla okazały się kiepskie, na kompresor i jakiś pistolet to nie za bardzo mam miejsce. Malowanie z puszki lakierem samochodowym jest zupełnie ok., tyle że trochę drogie i wymaga zachodu – lakier Clear długo nie wytrzymał. Pozostawało politurowanie.
Chociaż przyjemna technologia to jednak niebywale wymagająca cierpliwości, staranności i czasu. Co więcej - nie bardzo tak taką politurą pokrywać odbiornik, który to fabrycznie był lakierem. Zrobiłem w politurze jedno czy dwa Calypso, ale na więcej sił i czasu nie stało.
Tak było do wizyty u Pana Ryszarda. Troszkę się zdziwił, że nie wiem co i jak, ale objaśnił i pokazał sentencją obdarzając: „No przecież tej wiedzy do grobu nie zabiorę”.
Rekomendacja Pana Ryszarda.
To też i ja, p[o wypróbowaniu, spieszę czytelnikom tego bloga przekazać moje doświadczenia (na razie skromne) z malowania (!) odbudowy za pomocą tamponów. To jest jak gdyby połączenie techniki politurowania i malowania w jednym procesie. Muszę powiedzieć, że działa i działa znakomicie.
Skrzynkę przygotowujemy tak jak do politurowania, z całym korowodem usuwania starego lakieru, szlifowania coraz to drobniejszym papierem, aż do „00nic” i bejcowania.

Bejca jak bejca
Tak przed samym bejcowaniem dobrze jest przetrzeć powierzchnie forniru wełną stalową też o jak największej zer ilości, by powierzchni orzechowego wykończenia (w tym przypadku orzechowego) nadać coś w rodzaju suchego połysku.
Wełna na wykończenie.
Taki lekki poblask. 
Po zabejcowaniu na wybrany kolor jeszcze raz przecieramy i zaczynamy nakładanie kilku warstw. Jaki lakier – użyłem Vidaronu (za poradą) i nie żałuję. Dwie pierwsze warstwy to wersja rozcieńczona (1:1) stosownym rozcieńczalnikiem, potem już prosto z puszki. Oczywiście każda warstwa musi dobrze przeschnąć.
Pierwsze natarcie. Idzie dobrze.
Różnica w stosunku do polerowania jest taka, że tampon jest jednorazowy, no i trzeba używać lateksowych rękawiczek. Sam tampon to kawałek bawełnianej (chyba) włókniny na rolkach sprzedawanej, środek to bawełniane (to już na pewno) waciki do demakijażu.

Odcinajmy stosowny kawałek włókniny (u mnie konfekcjonowane tj. nacinane na rolce arkusze na połowę dzieliłem) i kładąc na środek jeden wacik, drugim w puszce zmoczonym przenosiłem trochę lakieru.
Tak by było tylko nawilżone, a nie ściekało.
Nie za dużo lakieru.
Jak przy politurowaniu. Ruchami okrężnymi cienką warstwę lakieru naniosłem. Tak by nie było smug czy innych śladów. Pod koniec nakładania to do tego pierwszego wacika ten drugi dodaję by maksymalnie wykorzystać i lakier, i bawełnę. Bo niestety po każdej warstwie nałożonej tampony nadają się już tylko do wyrzucenia. Jako taki tymczasowy śmietnik pozwoliłem sobie użyć duży słoik.
Po skończonej warstwie do niego wędruje tampon, a jak się uszkodzi to i rękawiczka. Wg. informacji od Pana Ryszarda – można stosować zacieranie porów pumeksem (jak przy politurze) a po wstępnych warstwach przetrzeć drobnym papierem ściernym na mokro z lekkim dodatkiem mydła. Za pierwszym razem ten zabieg sobie odpuściłem godząc nie na pozostawienie naturalnych porów. Tak nałożyłem warstw siedem i zadowolony z rezultatu chciałem go poprawić mleczkiem do politury. A tu niespodzianka – efekt odwrotny. Mleczko naniesione i przepolerowane tylko zmatowiło powierzchnię. To nie politura. W dwóch czy trzech kolejnych warstwach lakieru udało się efekt odbudować.
Teraz Elektra już gotowa czeka na swoją nową właścicielkę, chyba skończy wśród jakiejś z mojej Pani koleżanek.
Bo sama ślubna kolejnego radyjka już nie chce. Ostatnio coś chodzi niezadowolona, szuka rolki bawełnianych ściereczek co były w szafce kuchni, a i w łazience nie może się doszukać lateksowych rękawiczek i paczki wacików do demakijażu. Już się martwię co będzie jak odkryje, że jej słoiki na marynowana paprykę też jakoś dziwnie wyszły (?).
 

niedziela, 21 kwietnia 2019

Icek czyli o związkach szybownictwa z radiotechniką


Pilotowanie statku powietrznego, powiedzmy tak na poziomie szybowca, można opierać o postrzeganie rzeczywistości przez pilota różnymi sposobami. Poczynając od wyłącznie zmysłowego określania kierunku, prędkości pochylenia czy przeciążenia – taki styl pilotażu  w slangu nazywanym „lataniem na du..pę”. Aż do latania ściśle i wyłącznie według wskazań przyrządów, nawet bez widoczności ziemi, zgodnie z zasadami IFR (ang. Instrument Flight Rules). Czasami nazywanym „lataniem na zegary”.
 
Icek na osłonie nad głową kursanta - zdjęcie autorstwa Einklich.net, żródło Wikipedia
Podobnie jest przy strojeniu radioodbiorników. Można to robić opierając się tylko na subiektywnym postrzeganiu (słuchaniu rzec by należało) i ocenie w ten sposób czułości, selektywności i zniekształceń czyli całościowo jakości odbioru. Kręcąc poszczególnymi filtrami i trymerami za pomocą śrubokręta i uchem nasłuchując. A to lepiej … a to gorzej.
To rozwiązanie stosowane jest przez takie charakterystyczne dwie grupy „stroicieli”. Pierwsi to radiowi neofici wierzący w swoje nieograniczone możliwości, słuch godny stroiciela fortepianów oraz organoleptyczną zdolność oceny wszystkiego, wszystkiego naraz. Druga grupa to najwyższej klasy praktycy, to znaczy Ci, którzy te (nieograniczone możliwości ma się rozumieć) już posiedli. Potrafią złapać ten jeden filtr co coś nie tak z nim … i w sekundy poprawić.
Można też ślepo zawierzyć przyrządom i zdać się tylko na ich wskazania. Stąd te wszystkie selektografy, wobulatory i wobuloskopy.
Przy strojeniu radia lepiej jednak oprzeć się o namacalne zjawiska bezstronnymi przyrządami mierzone. Czy będą graficzne wskazania wobulatora, komputerowe pomiary szerokości pasma krzywej Pi, liniowości krzywej S i innych parametrów - większego znaczenia nie ma. Przyrządową metodą można i radio zestroić bez głośnika (przynajmniej teoretycznie). Tak robiono na taśmie produkcyjnej.
Istnieją także metody proste i nad wyraz skuteczne, z użyciem prostych, czasami wręcz prostackich przyrządów. Wystarczy generator i miernik uniwersalny. Chociaż dobrze jest wspomóc się jakimś sprytnym rozwiązaniem.

Na przykład w szybownictwie do oceny aerodynamicznego stanu szybowca w locie, kierunku i turbulencji opływających strug służy „ICEK”. To nic innego jak kawałek tasiemki przyklejony do owiewki i cały czas widoczny. Jego pochylenie, zachowanie daje pilotowi bardzo dużo informacji o mechanice strug opływającego powietrza.  Coś co kosztuje tyle co nic, lub prawie nic, a daje niecenioną pomoc. Zwłaszcza w porównując do kalibrowanych, resursowanych i bardzo, bardzo drogich przyrządów pokładowych. Taki ICEK naklejony na bocznej stronie owiewki skutecznie ostrzega przez przeciągnięciem (Boeing Przeczytał ?!?! ostrzega przed przeciągnięciem! ) 

W radiotechnice, taką prostszą metodą strojenia jest wykorzystanie pomiarów zwykłym miernikiem uniwersalnym* w odpowiednich punktach układu. Dla typowych układów toru FM opartych o detektor stosunkowy czyli prawie dla wszystkich (zastrzegam „prawie”) odbiorników lampowych wyprodukowanych od końca lat pięćdziesiątych można w miarę dobrze (znów zastrzegam „w miarę”) zestroić tor p.cz. i detektor wykorzystując jedynie miernik i generator 10,7 MHz, i to nawet nie modulowany.
* - polecam analogowy

Była to metoda powszechnie stosowana w warsztatach naprawczych, dlatego też nie dziwota, że stosowne instrukcje takiego strojenia były publikowane nawet na schematach ideowych.
Opis w instrukcji Menueta UKF

Przy strojeniu toru p.cz. FM taką książkową metodą jest zastosowanie dwóch mikroamperomierzy, wielokrotnie w literaturze opisywane.
Detektor różnicowy niesymetryczny - tu na diodach próżniowych. uA1 mierzy zero, a uA2 poziom sygnału

Pewną niedogodnością jest zabawa ze sztucznym zerem z dzielnika napięcia i konieczność przepinania miernika (jeśli jeden mamy) pomiędzy punktami pomiarowymi. Spotykane są niemieckie odbiorniki, które nie tylko dedykowane gniazda do podłączenia przyrządu pomiarowego mają, ale i dzielnik gotowy.
Schemat przejściówki do SABY Automatic - nie tylko zero detektora można stroić!
W naszych krajowych (PRL-owskich) warunkach byłoby to nie spotykane marnotrawstwo. No chyba, że stroimy Radmora – on ma te wskaźniki na panel przedni wysunięte!
Radmor 102 miał takie piękne wskaźniki - później led-kami zastąpione
O lampowych odbiornikach tutaj prawię.
Dlatego teraz musimy sobie radzić inaczej. I tu pojawia się ICEK, czyli w najprostszym wykonaniu kabelek z trzema końcówkami, z których dwie stanowią dzielnik oporowy z dwoma rezystorami o dokładnie takiej samej wartości (tak od 200 do 500kom). Podpinając krokodylkami końcówki dzielnika na plus (+C) i minus (-C) kondensatora elektrolitycznego detektora i włączając miernik pomiędzy tak uzyskaną połowę jego napięcia, a wyjście detektora możemy łapać optymalny punkt dostrojenia zera.  
Dwa krokodylki, dwa równe rezystory na końcu banan.
Mój ICEK 1.0 był nad wyraz prostą, ale w pełni skuteczną pomocą warsztatową.
Ponieważ w swojej praktyce jako miernik do strojenia wykorzystuję ukochany V640, to po paru latach powstał ICEK 2.0.

Wersja rozwinięta – od razu na kabel BNC i z przeniesieniem rezystorów dzielnika bezpośrednio do krokodylków. Jest to zgodne z zaleceniami ze starych książek, a chodzi o to by minimalizować wpływ pojemności kabelków dzielnika na dostrojenie samego detektora.
Te zgrubienia na kabelkach to rezystory, dwa takie same rezystory.
Czy rzeczywistości jest lepiej to trudno mi określić, ale wydaje się sensowne, że lepiej mieć pojemność kabla (nawet pojedyncze pikofarady– tak oceniam) za rezystorem kilkuset kom, niż bezpośrednio (no poprzez diodę) podłączone do obwodu.
Proste i fajne – jeden kabel do połączenia dla strojenia zera detektora. Tylko to przepinanie dla strojenia wzmocnienia filtrów p.cz. Ale chwilę, przecież dla tego wykorzystujemy 2 z 3 już podpiętych kabelków (masa i –C), zatem można to zrobić przełącznikiem. I tak narodził się ICEK 3.0.
Radio przy strojeniu jest tylko raz podpinane, a zmiana pomiaru napięcia (czyli wzmocnienia) na zero detektora to tylko przestawieniu przełącznika V/Z i przełączenie zakresu na V640 (czasami też nie potrzebne, można pozostać przy pomiarze z zerem po środku).
Czarny masa (czyli +C) czerwony -C a zielony to wyjście z detektora (dodatkowo ekranowane).
Ciągle zastanawia mnie etymologia słowa ICEK. W przywołanym szybownictwie w trakcie szkolenia w czasach sowieckich najważniejszym przyrządem Rучной Yказатель Kурсa Aэро-планерa w skrócie PYKA (ręka) – Oooo … tam lecimy! A ICEK – no to chyba od jego zachowania – tego „latania” ma swoją nazwę.
Przy odwiedzinach u Pana Ryszarda w Dobczycach (napiszę o tym później) pokazał mi swojego V640 z podpiętym kablem zakończonym trzema krokodylkami i zapytał czy wiem czemu to służy.
Co ciekawe - kolory podobne.
Egzamin zdałem. Znaczy się licencję na naprawianie mam :-)

Szkoda, że o tą szybownika nigdy nie powalczyłem. Zazdroszczę kolegom pilotom.