piątek, 13 lipca 2018

Cztery gałki i czeski błąd czyli dlaczego nie lubię francuzów

W pierwszym zdaniu oświadczę: Nie lubię francuzów!
Celowo zapisałem z małej litery, gdyż w żadnym razie nie odnosi się to przysłowiowych „zjadaczy bagietki i spleśniałego sera, winem popijanych”. Tych lubię, cenię i bardzo szanuję, za swoistą odmienność też. Natomiast odbiorniki radiowe, te francuskie jakoś tak omijam szerokim łukiem. Po prostu nie podobają mi się. A zwłaszcza te lampowe z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. 
Wyordamentowane i obłe kształty, cztery gałki – dlaczego cztery? – dwie wystarczą.
Ale trudno – takie radio wyładowało u Zygmunta, z prośbą o naprawę. Oceanic, No powiem, po zdjęciach widać że stan ładny, zadbany. No nie ma UKF-u i te straszne 4 gałki, obłe kształty na domiar złego amerykańskie lampy.
Niedomagania typowe: kondensator elektrolityczny, sprzęgające, linka strojenie p.cz. - no nic ciekawego.
Niby tylko wymiana linki - ale 5 kwadransów kombinowania było.
Nie ma o czym pisać. Po uruchomieniu, przeczyszczeniu i strojeniu – całkiem sprawne. Nawet można zamorskich stacji na krótkich posłuchać.
Dużo powietrza w środku.

Dużo powietrza pod spodem.
Ale tu niespodzianka – skala podwójna z długością fal w metrach i częstotliwością w megacyklach, przecież nie w megahertzach. Kardynał Richelieu i jego Akademia Francuska by nie dopuściła. O ile za dbałość o piękno, za język można Francuzów pochwalić, to z matematyką jakoś na bakier mieli. Coś tych MC na metry przeliczyć nie umieli.
Fala 51,2 m ma częstotliwość 5,8Mc, a nie 8,5Mc - czeski błąd

A dokładniej czeski błąd się wdał. Ale kto by to poprawiał, przecież to najlepsze na świecie - francuskie.
Paris - to już nawet ładnie brzmi.
Będąc w 100% szczerym to jedno radio tej prowinencji mi się podoba, Excelsior 52 znane poprzez radziecką zrzynkę (coś tam o licencji mówiono, ale …) Zwiezda 54. To późniejszy model innegofrancuskiego producenta, naprawdę ładne i ponadczasowe. A jeśli by się jakiś feler na skali objawił, to kolega, co te piękne skale odtwarza, już by poprawił. Jak ktoś lubi pooglądać renowację, to za wschodnią granicę zapraszam.



Francuz gra, gra ładnie i bez zastrzeżeń, ciekawe czy Francuzie w sobotę, w Moskwie też tak zagrają? Ja jakoś tak jednak za Chorwatami jestem. Zobaczymy.

wtorek, 19 czerwca 2018

Pocztówka z Norwegii czyli straszny (nie)sen w pięknym kraju

Cały poniższy tekst i zdjęcia są autorstwa kolegi Grzegorza, z którym mam przyjemność korespondować, zapraszam zatem do lektury.

Straszny (nie)sen w pięknym kraju

Zdarzyło mi się zarabiać na życie w różnych miejscach, lepszych i gorszych mniej lub bardziej normalnych z naszego (polskiego) punktu widzenia. Choć  zdobywanie środków do życia zajmuje mi wciąż mnóstwo czasu staram się zachowywać do tego zdrowy dystans. Jednocześnie mieć oczy i uszy otwarte i pozostawiać sobie chwilę na refleksję. Radiowa pasja jest tym co pozwala dostrzec  zmiany którymi pasjonat innych dziedzin nie zawraca sobie głowy, ale czy zmianami zawsze na lepsze? A że lepsze jest wrogiem dobrego przekonałem się niejednokrotnie.
Ostatnio trafiłem za koło podbiegunowe do pięknej choć  niezbyt bogatej gminy Steigen w okręgu Nordland (mniej więcej połowa drogi między Bodo i Narwikiem) w Norwegii.


Z racji wykonywanej pracy otrzymałem do dyspozycji pokój w miejscowym hotelu oraz samochód (z wypożyczalni) i pewnego poranka jadąc do pracy, trochę śpiący postanowiłem rozbudzić się włączając radio, zwyczajne ,,fabryczne”.
Niestety radio choć sprawne jak się okazało, szumiało na UKF-ie, automatyka kilka razy przeszukała cały zakres  a na AM-ie reprodukowało zwykłe zakłócenia bez śladów modulacji. No tak, jakby powiedzieli miejscowi:,,Nye dagen, nye plagen”(nowy dzień-nowy kłopot).
O co chodzi? Zaraz po przyjeździe do Steigen miałem co prawda problemy z siecią komórkową co jak wyjaśnili mi koledzy spowodowane było ostrą wichurą dwa dni wcześniej i zniszczeniem kilku przekaźników, ale służby w tym kraju nauczone wieloletnim doświadczeniem szybko radzą sobie z każdym rodzajem plagi. Koledzy korzystający z innego auta nie mieli aż takich problemów po przyjrzeniu się ich odbiornikowi sprawa zaczęła się wyjaśniać DAB!
 No gdzie ten przekaźnik?                                  
Krótka konsultacja z wyszukiwarką no i pewność: od 11 stycznia 2017 roku rozpoczął się proces wyłączania nadajników FM(portal: moja norwegia)Pomimo sprzeciwu prawie 70% społeczeństwa! A zaczęli od okręgu Nordland!
W hotelu co prawda słychać było muzykę (no nie koniecznie z radia), ale to co zwróciło moją żywą uwagę to odbiorniki stojące na swego rodzaju ekspozycji  (czy można tak nazwać  półki wysoko pod sufitem pomieszczeń ?) Jak sądziłem początkowo był to zwykły wystrój, ale stanowiły połowę wszystkich zgromadzonych przedmiotów świadczących o historii tego miejsca. W Norwegii  prawie każdy mały pensjonat czy hotel posługuje się takim wystrojem świadczącym o zamiłowaniu do swojej małej i dużej ojczyzny-przed większością domów norweskich stoi maszt z flagą narodową. Tylko pochwalić, a może i naśladować by wypadało.             
  Radionette w środku młodzieniaszek z lat 70’
 Z lewej Tandberg z 58r. w środku Radionette z charakterystyczną dla starszych odbiorników skalą
Chyba wyłącznie odbiorniki norweskie?

Radionette w drewnie tekowym plus stereofonia.                                                    
Proszę zwrócić uwagę że w tej  skromnej  kolekcji, aż dwa są stereofoniczne. To ślad po kryzysie naftowym lat siedemdziesiątych. Norweską gospodarkę napędzały złoża ropy i gazu, a samo społeczeństwo tego kraju wcześniej żyjące skromnie i oszczędnie szybko się bogaciło. Jednak zawsze były i będą różnice w dochodach. Jak  wynikało z rozmów ze znajomym Norwegiem (mieszkającym w średniej wielkości mieście) telewizor w jego domu pojawił się w połowie lat osiemdziesiątych jego sąsiedzi mieli podobnie. W końcu przytłaczająca większość  Norwegów żyła z morza. Rodzaj odbiorników wiele mówi o zasobności zwykłych ludzi w czasach sprzedaży tychże.
Słów kilka o wytwórcach norweskich. Najbardziej znane są dwie firmy:  Radionette (założona w  1927roku przez radioamatora samouka) oraz Tandberg (w 1933 r.). Wytwórnie te jak wszędzie na świecie miały swoje wzloty i upadki, chcąc się chronić przed upadkiem dokonały nawet w pewnym okresie połączenia. Jednakże nie wytrzymały  rywalizacji z dalekowschodnią konkurencją. Tandberg zbankrutował  w 1978 r., choć część zakładu przetrwała produkując systemy pamięci magnetycznych aż do 2009 roku. Radionette właściwie upadło w tym samym roku co Tandberg, choć jej  znak towarowy wykupiony został przez sieć handlową i nadal można kupić urządzenia tej marki. Do dziś sprawa upadku tych firm ma posmak skandalu z wątkami politycznymi.
Naszych producentów chroniła aż do swego upadku gospodarka sterowana centralnie.
Cóż, podejrzewam że organizowanie podobnych ,,wystaw” stanie się też naszym udziałem. Nie zatrzymają tego nawet braki wychodzące w codziennym użytkowaniu takich urządzeń jak DAB.
Mały przykład: jak wszyscy wiemy im krótsza fala radiowa tym jej zachowanie bardziej przypomina zachowanie fali świetlnej, w połączeniu z faktem iż urządzenia DAB będące na skraju zasięgu nadajnika gdzie poziom sygnału drastycznie spada są ograniczone automatyką która (w dobrej wierze) chcąc zachować wysoką jakość odbioru po prostu wyłącza go całkowicie. Milczące ale sprawne - ciekawe? Osobiście przekonałem się o tym pracując na budowie, korzystaliśmy z radia DAB ,,budowlanego’ dobrej skądinąd firmy ,,Ma..ta’’ produkującej właściwie narzędzia, ale elektronikę i tak budują im znane koncerny. Niestety radia nie dało się słuchać, w pomieszczeniu gdzie początkowo odbiór był  pojawiło się kilka blaszanych ,,gabarytów” zasłaniających nieco wejście i cisza! Gabaryty zniknęły - jest odbiór.  ,,Analogowe” radio dawało by sobie jeszcze doskonale radę, no może trochę szum by się zwiększył (praca poniżej progu ograniczania), ale by nie zamilkło. Korzystając z uprzejmości  kolegów stwierdziłem że w samochodzie automatyka DAB przełącza odbiornik na sąsiednią stację, a nie jak w RDS-owskiej funkcji ,,AF” na inny nadajnik z tym samym programem (chyba był to jedyny nadajnik w okolicy albo taki sterownik).
Naród z tradycjami w sportach zimowych rozwiniętych z konieczności lub jak kto woli z powodu trudności  w transporcie.
Inną sprawą pozostaje ukształtowanie terenu: bardzo duże różnice w wysokościach i ,,martwe” pola gdzie odbiór jest niemożliwy pomimo bardzo dobrego pokrycia okolicy sygnałem. Małe przekaźniki montowane są jedynie w tunelach drogowych, które mogą mieć nawet ponad 12 km długości  i zjeżdżać w głąb do ponad 100 m pod powierzchnię morza. Mogę jedynie wyobrazić sobie niechęć  kierowców ciężarówek. Pomimo tego, że Polska na przeważającym obszarze, aż takich problemów z ukształtowaniem powierzchni nie ma, to pokrycie całkowite sygnałem o odpowiednim poziomie (nie do końca przecież obojętnym dla organizmu )to sprawa mam nadzieje jeszcze dalekiej  przyszłości. Obserwuję rozwój radiofonii cyfrowej w kraju, ale sądzę że tak szybko nam FM-u nie wyłączą. Jednak ,,eksperyment” norweski bo tak należało by tę sprawę wyłączenia modulacji FM nazwać, pokaże wszystkie plusy i minusy nowego standardu. Jednak mnie pasjonatowi zabytków radiotechniki przypomina to straszny sen o daremnym trudzie, bo przecież  najbardziej cieszy odratowane radio które gra a nie zbiera jedynie kurz. No i nie bez znaczenia pozostaje fakt że żona łatwiej  użyteczny zabytek  zaakceptuje. 
Te ,,oficerki” jakieś znajome takie. A morze pamiątka po ,,wyzwolicielach”?
Wypada dorzucić (za Wikipedią) informację o tym co dzieje się w Norwegii na AM-ie. Kojarzę ze skali radia rozgłośnię Oslo z zakresu fal średnich nawet ze skali Tandberga –Huldra 8-55 (oryginalny wyrób norweski z roku 1967 i ten amerykański zakres do 108 MHz, kiedy na kontynencie był jeszcze o 4 MHz węższy) odczytałem siedem. Oficjalnie na AM-ie nadaje jeszcze lokalna rozgłośnia na Spitsbergenie z mocą 1kW (1485 kHz). Radio Zakopane(*) na tej samej fali dysponuje mocą  0,8 kW przy podobnym ukształtowaniu terenu więc można ocenić słyszalność na jej przykładzie Wciąż na FM-ie  pozostaje kilku nadawców prywatnych słyszalnych w większych miastach: Oslo, Trondheim , Bergen i innych. Smutne, że kraj ten prawie ,,zamilkł” w klasycznej modulacji.

 Który następny?

Pozdrawiam!
Bogoy. 30 maja 2018

* - radio Zakopane na 1485kHz zamilkło w 2014 roku. Niestety. - dopisek redakcji

czwartek, 14 czerwca 2018

Philips 4-39A czyli przyjemność trzy razy

Każdy pozyskany odbiornik radiowy budzi emocje kilka razy. Pierwsza jest w chwili pozyskania, wygrania licytacji lub kupnie na targowisku czy w innych okolicznościach. Tak było i w przypadku tego Philipsa. Zwrócił moją uwagę głównie poprzez proste i bezpośrednie ogłoszenia: Stare radio, 100 zł i odbiór w Warszawie.
No tak średnio wyglądał.
 Uzgodniliśmy z Zygmuntem, że bierzemy. No dokładnie: ja kupuję, on naprawia i cieszy się z posiadania. Sprzedający troszkę oporny był i w ostatniej chwili podniósł cenę. Ale  trudno przecież to Polski Philips 4-39A i w miarę oryginalnym stanie. Oryginalnym ale nie doskonałym. Jak się okazało tkanina była w strzępach, obudowa popękana i miejscami wyszczerbiona.
Strzępy.
Słowem radio swoje przeszło. Wszystko udało się Zygmuntowi naprawić. Pozwólcie, że ograniczę się do kilku zdjęć.
Elektronika w komplecie

I wtyczka oryginał.

Kondensatory skorodowane.

Ale o bardzo ciekawej konstrukcji
Aż chce się powiedzieć - Philips.
Potencjometr i wyłącznik - każdemu to dolega.

Na skali Baranowicze - końcówka produkcji

Lampy oryginalne i sprawne. Ulga.

Ubytki dało się uzupełnić - pomógł dawca Pionier od kolegi Hirka.

Już kleimy tkaninę.

Bardzo ładnie, bardzo.
W tej chwili gra i cieszy, po raz trzeci.
Koniec wieńczy dzieło.

Gra i świeci.
W środku porządek.

To tak jak w życiu – najprzyjemniejsze są trzy rzeczy: szampan przed i papieros po.

Ja najbardziej lubię tą pomiędzy. W przypadku starych odbiorników podpowiadam: to naprawianie!

środa, 30 maja 2018

Licencja czyli wiedza, która kosztuje.

Jeden z moich kolegów, który szczęśliwie na zasłużoną emeryturę się nie tak dawno udał, podesłał mi przez syna radio. W zasadzie miał to być prezent dla mnie i był, tylko w takim innym sensie – mało materialnym, bardziej sentymentalnej przygody. Radioodbiorników wszelkiej maści mam nazbierane tak na kilkanaście lat hobbystycznej działalności.
Ale kiedyś było inaczej, było to dobro trudno dostępne i drogie. Pamiętam jak pod koniec lat siedemdziesiątej w rodzinnej Bukowinie, Gminna Spółdzielnia Samopomoc Chłopka (dokładnie tak mieli na pieczątce, zanim ktoś się nie dopatrzył, że jednej literki brakuje :-) finalizowała budowę Domu Towarowego. Kilka dni przed otwarciem pojawił się „wystrój” witryny. Ile tam dobra radio-technicznego było, klocki dzierżoniowskie (Giewont, Beskid czy inne) telewizory kolorowe Rubin (sztuk 2) i kilka Grundigów.
Pomimo lat - zachowany zupełnie ładnie.
Chyba najbardziej pożądanego przez kilkunastoletniego chłopaka dobra. Przechodząc przed tą wystawą przez kolejnych kilka dni (otwarcie się opóźniało) jakoś tak zauważyłem, że obfitość tej wystawy z dnia na dzień się zmniejszała. Poszczególne Grundigi jakoś tak jeden za drugim znikały. W dniu otwarcia okazało się, że zostało ich trzy sztuki, w tym dwa uszkodzone. Ale i tak nie miałem szansy na zakup – społeczna kolejka stała od dawna. Swoją radio-magnetofonową przygodę rozpocząłem więc z MAJĄ. I bardzo to sobie tą przygodę ceniłem.
Z plakatu reklamowego Unitry.
Koledzy, którzy w posiadanie tego licencyjnego dobra weszli, troszkę nos wyżej nosili – mieli licencyjny, na niemieckich częściach. Słowem lepszy.
Tak więc jak po czterdziestu latach w zagościł w moich rękach RB 3200 to inżynierska ciekawość była ogromna. W czym to było lepsze od krajowych produktów? I muszę się przyznać spotkało mnie miłe zaskoczenie – to jest (była) bardzo fajna i przemyślana konstrukcja. Dostęp do płytki drukowanej bardzo wygodny, zatrzaski umożliwiające operowanie w elektronice w półotwartej pozycji, nawet taki pasek zabezpieczający przed przypadkowym rozłożeniem się.
Układ elektryczny prosty, nie przekombinowany. Egzemplarz ten miał już w większości elementy krajowe, ale kilka było jeszcze ewidentnie zagranicznych.
Parę elementów to jeszcze "wsad dewizowy".
Między innymi selenowy prostownik i kilka filtrów p.cz. Radio okazało się zupełnie sprawne na AM, nawet w moich warunkach przyzwoicie odbierało. Na UKF-ie jednak cisza, ale kolega ostrzegał, że nie przestrojone. Operacja zmiany OIRT na CCIR to w zasadzie powrót jest na forach wielokrotnie opisywana i w zasadzie ma się ograniczyć do usunięcia dwu kondensatorów oraz zestrojeniu heterodyny i obwodu wejściowego.
Już bez kondensatorów. Zwracam uwagę na filtr z pomarańczowym elementem.
Kondensatory w kilka minut udało się wylutować, ale jakoś po tej operacji nie było nawet śladu sygnału. Nawet ordynarne podanie 10,7MHz w stopniu mieszacza dało rezultat słaby. Pomiary punktów pracy tranzystora mieszacza/heterody dały przesłankę, że to tu należy szukać uszkodzenie. Ciekawostką jest , że niektóre napięcia mierzone są od minusa, a inne od plusa, no takie układy.
Tranzystory w technologi Mesa tak mają. Chińskie mierniki dodatkową diodę dostrzegają.
Tranzystor mieszacza okazał się sprawny, a winę za brak odbioru należało zrzucić na filtr 10,7MHz na wyjściu. Wylutowanie tego elementu potwierdziło diagnozę – przerwa w obwodzie. Próba naprawy spełzła na niczym: za słabe oczy, drżące ręce, za cienkie druciki nawojowe.
Co gorsza ten element to ewidentnie „wsad dewizowy” z oznaczeniem 07FV. Gdzie to znaleźć? Ile to będzie kosztowało? Cóż porzucić naprawę w tym momencie jakieś takie nie honorowe.
Pomysł przyszedł szybko – trzeba kupić dawce. A tego akurat jest sporo i to tanio. Kupiłem za 10 zł (+14 zł wysyłka) z firmy , której nazwa „madeinrecycling” dużo mówi – uratowałem przed szrotem.
Będzie dawcą.
Niech już będzie dawcą i uratuje jedno radiowe życie.
No wiele to sobie obiecywać nie można.
Grundig okazał się nieco nowszym wykonaniem - mostek prostowniczy już krzemowy, Isostat w przełączniku nagrywanie/odtwarzanie. Radiowo w zupełnie przyzwoitym stanie, no nie miał anteny, nie grał, ale w miarę czysty i co najważniejsze miał Ten Filtr.


No właśnie prawie Ten, bo w miejscu dewizowego wyrobu wmontowany był typowy Polfer-owski filtr 7x7 o symbolu jak doczytałem 232. Znaczy się, w późniejszym etapie spolszczanie konstrukcji coraz więcej elementów było wytwarzanych w kraju. Chwalebne to.
Szkoda mi było rozbierać dawcę tylko dla tego filtra i skazywać na radio-śmierć, postanowiłem poszukać 232. Oczywiście nie znalazłem go w Internecie, ale znalazłem u Pana Krzysztofa w GOMIS-ie na ul. Jagielońskiej . Za 5zł stałem się posiadaczem dwu egzemplarzy (jeden na zapas).
Wlutowany w miejsce oryginalnego od razu ożywił radio na UKF-ie. Heterodynę ustawiło się prosto, a obwód wejściowy już został uproszczony i tylko cewką maksimum sygnału w środku zakresu ustawiłem.
Okazało się konieczne lekkie zestrojenie całego toru p.cz. i ustawienie zera detektora, starą z lampowej techniki znaną metodą. Radio gra wspaniale (podmieniłem jeszcze od dawcy potencjometr głośności). Muszę przyznać, że konstrukcja naprawdę wspaniała. Warto było kupić licencję i zapłacić, by zdobyć wiedzę. Tak jak ja kupując drugi egzemplarz zdobyłem wiedzę, że fitr 7x7 232 jest zupełnie na miejscu. A wystarczyło tylko dokładnie przyglądnąć się schematowi do polskiej wersji RB 3200. Cóż wiedza kosztuje.
Nie ma już Kasprzaka, nie ma Grundig-a, znaczy jest marka, którą zarządza turecka korporacja, ale to już nie to. Ale są kultowe odbiorniki RB 3200, Kasprzakiem lub częściej Grundigiem zwane. Ten kolegi już gra, a mój „szrotowiec” będzie. Uparłem się.
Magnetofonu nie uruchamiałem, nie mam kasety w domu – aż nie chce się wierzyć.


sobota, 26 maja 2018

Botoks po osiemdziesiątce czyli zabawa w drogie kosmetyki

Jedno radio przewija się przez mój blog od kilku lat. Nie tylko przez kolejne posty, ale także pomieszkuje u mnie w warsztacie.

Pierwsza budowa - jasne plamki to otwory przez korniki wypracowane.
Jest stopniowo uruchamiane i do świetności przywracane. Największe postąpienie prac wykonał ostatnio kolega Zygmunt, który to rozpędzony przy pracach nad Koroną, jakoś tak w ciągu kilku dni ożywił i uruchomił mi całą cześć radiową.
Elektronika już gra!
Pozostała tylko obudowa. Jak pamiętamy radio dotarło w nietypowej, oraz bardzo czasem i kornikami zużytej skrzynce. Śmiało (z początku) zakrojone prace nad odbudową obudowy zostały zastopowywane brakiem dostępu do stolarni. Nie mniej pojawiły się dwa światełka  tunelu – jedno to 6-39A ze Stalowej Woli.
Przynajmniej konstrukcja oryginalna.
Odbiornik w stanie strasznym (sprzedający zdziwił się ktoś to chciał kupić), drugie to obudowa, okazyjnie kupiona, która tylko musiała tylko zostać zdetranzystorowana.
Obudowa w stanie zakupionym.
Jest kompletna i daje duże szanse na zakończenie z sukcesem projektu. Prace nad jej renowacją to dla mnie już prawie standard: zmywanie chemiczne powłok lakieru, czyszczenie cykliną, papierem ściernym (zawsze wzdłuż włókien) poczynając od gradacji 240 a na 800 kończąc. Obudowa była w bardzo dobrym stanie, no brawie idealnym. To „prawie” to odspojenie forniru w górnej części obudowy.
Największe moje obawy - odspojony fornir.
Niby nie wielkie, prawdopodobnie pod wpływem wilgoci sam fornir się pomarszczył i brzydko wyglądał. Cóż trzeba spróbować to naprawić. Ze względu na brak doświadczeń, jak i krzywizny profili poniechałem pomysłu o całkowitym odklejeniu i ponownym porządnym nałożeniu płata orzechowego forniru – jak to profesjonaliści czynić potrafią. Pozostałem na stanowisku, że skoro radio przedwojenne to raczej należy się spodziewać porządnego kostnego kleju, a niejakich kazeinowych erzaców co DDR-owcy stosowali.
Zmarszczki przed prasowaniem.
Pierwsza próba naprawy ( po jakim, takim oczyszczeniu powierzchni) to próba żelazka. Przez kartę papieru prasuję z wyczuciem i od razu mam sukces. Drobne zmarszczki zniknęły zupełnie, a te wielkie ograniczyły się do kilku bruzd. Super!
Swoisty zapach kleju, który pamiętam ze stolarni sąsiada potwierdził moje domysły – to klej kostny, na ciepło kładziony, na ciepło rozklejany.
Pozostały rzeczone bruzdy. Pomysł powstał następujący – poradzimy iniekcjami. To już wachlarz środków (czyli klejów) miałem mniejszy, nie pomoże Kropelka, ani żywice dwuskładnikowe – w praktyce pozostał tylko wikol. No złapało, ale doczyścić pozostałości było trudno.
Wypływki Wikolu.
Miękkie wypływki trzeba było cykliną usuwać, bo papier ścierny nie za bardzo chciał brać te poliwinyle czy coś tam co ten klej stanowi. Ale się udało.
Udało się do etapu olejowania.
Po olejowaniu

Ładnie wypracowana powierzchnia, która miała już tylko politurę dostać, po wchłonięciu oleju okazała się w kilkunastu miejscach nieakceptowanie zmarszczona i oczekująca na naprawę. Tylko że teraz to trudno liczyć na współpracę kleju wikolowego z zaolejowanym fornirem. Jedyny ratunek w kleju kostnym. Na gorąco nie ma jak, wiec pozostałą ostatnia deska ratunku – arcyspecjalistyczny, arcydrogi klej kostny na zimno. Można go kupić w opakowaniach 473 i 237 ml – zdecydowania za dużo. Za całą obudowę zapłaciłem mniej niż za mniejszą butelkę. Szczęśliwie problem ten ktoś dostrzegł i oferował takim jak ja desperatom klej porozlewany do 100ml pojemników.
Użyłem nie cały cm sześcienny.
Też za dużo i drogo, ale cóż pora kończyć projekt Philips 6-39A. Iniekcje przeprowadziłem za pomocą posiadanych strzykawek i igieł.
Iniekcje
Troszkę za grube te igły były, ale się udało potwierdzając słuszność sposobu. Naprawianą powierzchnię ponastrzykiwałem klejem, przykryłem kawałkiem papieru najgorszego sortu (by łatwo się rozstąpił przy szlifowaniu) i zostawiłem zaciśnięte na noc. Na drugi dzień się okazało, że zakup wart był swojej ceny.
Nadmiar kleju łatwo się usuwa.
Klej zachował się typowy kostny, po stwardnieniu łatwo się szlifować dał i sukces był już na wyciągnięcie ręki.
Na matowej zeszlifowanej powierzchni nic nie znać.
Pierwsze warstwy politury ujawniły jednak kilka mniejszych zmarszczek, gdzie fornir nie był przyklejony do podłoża. Kolejne iniekcje wykonałem już najmniejszą dostępną w osiedlowej aptece igłą i 2ml strzykawką. Łatwo nie było duża gęstość kleju powodowała utrudniony wypływ z igły, zaraz się zapychały. Kilka igieł zużyłem na dwie czy trzy krople kleju. Po zaschnięciu szlifowanie papierem 800 i znów kładziemy szelak. Okazało się jednak, że w kilku już tylko miejscach trzeba było zabieg powtórzyć.
Wprawne oko zauważy.
Ale naprawa się udała.  Myślę, że tak jeden cm sześcienny kleju na cała naprawę zużyłem. Dla 99 innych jeszcze będzie.

Cóż radio ma swoich 80 wiosen i nawet najlepsze kosmetyki trzeb kilka razy aplikować, by efekt był. Przy okazji postanowiłem, że nie będzie to model na najwyższy błysk. Starym damom nie wypada się nastolatki malować, niech szacownie i dostojnie pokazują swoją dobrą formę, z lekka tylko czasem nadwątloną. Philips coraz bliżej końca, jeszcze tylko politura i złożenie w jedno ładne i grające radio.

Tkanina oryginalna, ramka wyczyszczona - nowa skala - będzie super.
Doczekać się nie mogę, podobnie jak kilkadziesiąt innych na ratunek czekających radyjek.