czwartek, 13 maja 2021

Anodowy stabilizator czyli jak zostałem oszukany.

No i dałam się oszwabić, dokładniej ochinolić. Ale po kolei. 

Takim rozpoczętym kilkanaście miesięcy temu (jak ten czas leci) był jak to się mówi z angielska „projekt” przebudowy i modernizacji zasilacza anodowego. Kupiłem ten zasilacz już jakiś czas temu, zajmował dosyć sytuowane miejsce na warsztatowej półce. Przydał się kilka razy, działał. Prócz grzechów pierworodnych (o tych później) dotknęło go jeszcze zdarzenie przewoltowania na 240V i w konsekwencji znaczącego podniesienia napięć żarzenia. Próbowałem temu (nawet skutecznie) zaradzić, ale to nie było to. Postanowiłem go pozbawić jedynej lampy i „stranzystorozować” pozbawiając jednocześnie wspomnianych grzechów. A jakie to były w tym żywocie. 


No po pierwsze bardzo nie precyzyjna regulacja napięcia anodowego – w jednym obrocie bardzo kiepskiej gałki cały zakres się znajdował od zera do około 250V. No właśnie około, bo człowiek nigdy nie wiedział ile daje woltów, podłączenie zewnętrznego woltomierza to więcej kabli i bałaganu.


Grzech drugi (i trzeci zarazem) to brak pomiarów napięcia i prądu anodowego. A i ujemnego także. Jak dodamy do tego brak pewności (o regulacji nie wspomnę) napięć żarzenia to mamy obraz i rozpaczy. Całości dopełniał jeszcze sterczący na środku pępek – gniazdo do podłączenia szkolnego oscyloskopu – grzechu pierworodnego dobitny obraz. 

Posiadając już jakieś doświadczenie w przebudowie woltomierza na coś w sumie podobnego czyli zasilacz do formowania elektrolitów, to i zabrałem się za tą konstrukcję. Zamówiłem formatki pleksi do płyty czołowej, a po głębszej wiwisekcji wnętrza zasilacza zamówiłem kluczowe elementy. Kluczowe, bo zamiarem było oparcie ukłonu stabilizacji napięcia wyjściowego o dedykowany stabilizator  LR8N3-G. Trójnóżkowy układ, który 400V może wytrzymać, a sam daje z siebie 10mA. Zamówiłem u Chińczyków 10 sztuk za 8,50$ (nie majątek) tyle, że kilka ładnych tygodni poczekać mi przyszło. W międzyczasie zająłem się czym innym i jak przyszło po trzech miesiącach, to paczuszkę odłożyłem na bok. Układ z LR8N jest fajny, prawie liniowo napięcie można regulować jednym potencjometrem, a trójnóżkowy scalak uzupełniony tranzystorem mocy może wydać tyle prądu, ile mój transformator znieść może. Powiedzmy (wg opisu na froncie) 60mA trwale, a w krótkim czasie to do 80mA czy nawet 100mA. Emisją lampy EL36 ładnie i naturalnie to było ograniczane. To przy tranzystoryzacji wydało mi się konieczne ograniczenie tego prądu, bo nawet w uprzednim „lampowym życiu” tego  zasilacza udało mi się spalić bezpiecznik anodowe napięcie zabezpieczający. A tranzystory w odróżnieniu od lamp mniej są oporne na takie szoki prądu. Znalazłem stosowny schemat. Spodobało mi się rozwiązanie z opto-rezystorem, gdzieś w Internecie znalezione. Zamówiłem VXXX też nie drogo, tyle, że kolejne tygodnie czekania się dodały. Po skończeniu zabawy z TymCzymś wróciłem do rozgrzebanego (dosłownie) zasilacza. Przyszły i stabilizatory i te opto-couplery. Zdobywając kolejne elektroniczno-harcerskie sprawności w kilka wieczorów z  KiCadem się zaprzyjaźniłem, zaprojektowałem płytki i je wykonałem. Jednocześnie na desce praktyczne sprawdzenie teorii obwodów się odbyło. Gdyż, jak wiemy, Teoria się dokładnie z Praktyką zgadza, ale tylko w teorii.  Zmontowałem, sprawdziłem układ. Podłączyłem i … nic. Nie działa! 

Układ testowy - jak zawsze na desce. Tu płyta OSB.

Raz jeszcze sprawdziłem połączenia i tranzystor, i diody. Wszystko ok. Wniosek prosty – padł LR8N. Wymieniłem, i  … nic. Gdy trzeci okazał się taki sam, trochę z głupia-frant wstawiłem kolejny w chiński super miernik. I tu … szok. Okazało się, że zamiast wymyślnej techniki w obudowach poprawnie oznaczonych są tranzystory npn, nawet dość o dość przyzwoitym wzmocnieniu. Zostałem przez firmę (XYVXYZX – ty krzaczki bo chińska) wyrolowany. Jaki jest sens sprzedawania tranzystorów oznakowanych jak stabilizatory w cenie 85c za sztukę! No nie rozumiem. Zostałem właśnie „ochinolony” czyli oszukany bezczelnie i to na śmieszna kwotę. 

To jest tranzystor

Niech ten nowy wyraz będzie moim wkładem w rozwój języka polskiego. Jako nowy synonim oszwabienia, tyle że głupi i z mniejszym sensem. Gdyby nie minął ponad rok od zakupu – miałem szanse na refundację. O czym dostawca uprzejmie poinformował. Strata wizerunku i zaufania – ogromna, ale dla mnie strata czasu. Szczęśliwie te (już dobre) stabilizatory są dostępne u lokalnego, krajowego dostawcy. No nie darmową wysyłka, ale w dwa dni. Przyszły i to sprawne. Układ podstawowy na desce ożył i działał zgodnie z zamierzeniami to można  go przenieść na płytkę drukowaną. Nie uruchamiałem układu zabezpieczającego bo wydawał mi się prosty i pewny. Jednak okazało się, że ten układ nie działał. Źle powiedziałem – działał od razu. Fotorezystor nawet przy zupełnie odłączonej diodzie już przy lekkim ogrzaniu miast megaomów (co karta katalogowa zaświadczała) wykazywał rezystancję kilkuset kiloomów. A to zupełnie rozkładało zabezpieczenie i całość układu. Potencjometr dla 300V ma wartość właśnie 500kom. Trzeba było powrócić do układu zabezpieczenie nadprądowego w oparciu o tranzystor NPN.

Wersja wiecej niż próbna.

Dowolny w zasadzie. Zrobiłem, działa. Jako tranzystorów użyłem tych fejkowych (znów nowe słowo) scalaków. Przynajmniej do tego się przydały. 


poniedziałek, 3 maja 2021

Radiowe Pogaduchy 11


Spotkanie odbędzie się tradycyjnie na platformie ZOOM.

Wystarczy kliknąć w niedzielę od 19.25 na poniższy link: 

Radiowe Pogaduchy 9.05.2021 g.19.30

    (Może trzeba będzie poczekać troszkę w Waiting Room)

W programie:

  • Radiostacja Gliwice - Incydent I – Henryk Berezowski
  • Miernik lamp – Grzegorz Bogusz

  • Lampa Loewe 3NF – Andrzej Cieślak 

oraz jak zawsze dyskusja w gronie radiowców.

Prześlijcie informacje kolegom - wszystkich serdecznie zapraszamy.

niedziela, 18 kwietnia 2021

Patyna pod secesyjną lampą czyli koniec wieńczy dzieło

Wiem, zaszalałem. Postanowiłem, że naprawa przebudowa TegoCósia będzie prowadzona tak, by po całej tej reinkarnacji dalej wyglądał jak „z epoki”.

Ponad sto lat temu przy budowie najnowszych elektroniczny

TakiCóś - efekt końcowy.

ch urządzeń jak telefon (czym najprawdopodobniej TakiCóś był w pierwszym wcieleniu) posługiwano się dostępnymi i sprawdzonymi technologiami. Skrzyneczka – drewniana, ładnie zrobiona – stolarstwo od kilku tysięcy lat już praktykowano. Tu niewiele miałem do roboty, wystarczyło tylko posklejać rozpęknięte elementy. No ok, dorobiłem chassis do zamontowania transformatorów. Nie miałem szlachetnego drewna orzechowego (gdzie to kupić, jak to przyciąć), ale użycie zwykłych sosnowych listew z supermarketu wystarczyło, trochę bejcą kolor poprawić trzeba było.
Chassis z drewna. Widać mocowania prętów ustalających transformatory.

Takie chassis służy dobrze, w poprzednim wcieleniu transformator na niedobite gwoździe się miał trzymać.
Nie zmyślam - takie mocowanie transformatora zastałem.

Elementy mosiężne jako łatwe w obróbce, w zegarmistrzostwie przełomu XIX/XX wieku powszechnie stosowane, toteż ten materiał wybrałem na panel frontowy. Stosowymi napisami, jak i podpisem chciałem ta czołową płytkę sygnować. Toteż, szlachetną metodę fotograwerstwa cyferblatów wybrałem. Sto lat temu była już dostępna. Łatwiej jest to robić teraz, nie trzeba koloidowych powłok z białka kurzego nanosić, jak w dagerotypach. Za kilkanaście złotych można spory arkusz gotowej folii światłoczułej kupić. Trochę więcej kosztuje do tego chemia, ale ta zaś starczy na ładne kilka metrów kwadratowych, no może poza chlorkiem żelaza. 

Solidnie zapakowane. Brawo Warchem.

Po moich pierwszych próbach z zaadoptowanym do roli naświetlarki skanerem i doborem czasu naświetlania światłoczułej folii musiałem zainwestować w jeszcze 2 świetlówki UV i stosowne dławiki. Próba użycia tanich świetlówek do naświetlania hybrydowych lakierów na paznokcie okazało się nie trafionym zakupem. Wiwisekcja „startera” ujawniła prawdę. 

Słów brak.
Okropieństwo i tandeta. Do naświetlarki wbudowałem też odbłyśnik z  kawałka  folii spożywczej, lekko umarszczonej, na grubszym kartonie naklejonej. Rozmieściłem świetlówki tak, by w miarę równomierne naświetlenie uzyskać. Ponieważ do pracy ze światłoczułą folią wskazane jest użycie światłą żarowego. W warsztacie mam tylko LED-y lub świetlówki, które to resztkowy ultrafiolet emitują i mogą naświetlać folię już na etapie przygotowań. Szukając jakiejkolwiek oprawki, natrafiłem na zachowaną z mojego rodzinnego domu secesyjną oprawę. 

Pochodzi ona najprawdopodobniej z początków elektryfikacji Bukowiny czyli z 1936 roku. Secesyjny klosik, naturalną patyną (i kurzem) pokryta mosiężna konstrukcja i porcelanowa izolacja. Szacunek dla wzornictwa, smaku i gustu. Niech będzie takim dobrym znakiem, symbolem całej mojej roboty.

Większość prac odbyła się w miłym świetle żarowym. Dwie żarówki w szeregu.

Z pomocą syna przegotowaliśmy stosowny, wręcz profesjonalny szablon i na mniejszej już płytce laminatu odbyły się kolejne testy w celu określenia optymalnego czasu ekspozycji. W nowych warunkach. 

Naświetlanie testu. Dla zdjęcia bez klapy.

Kolejno zrywane paski metalizowanej folii pozwoliły tak sprawdzić czasy naświetlania od 30 sekund do 3 minut.

Przysłona stopniowo, co 30 sekund, zrywana.

Naświetlanie, polimeryzacja i wywołanie dokładnie jak poprzednio (nawet tego samego roztworu węglanu wapnia, lekko tylko rozcieńczonego, użyłem.
Zmywanie maski.

Optymalnie wyszło dokładnie w połowie eksperymentalnych czasów, zarówno 90 jak i 120 sekund było do zaakceptowania, przyjąłem zatem 100 sekund jako rezultat tych empirycznych badań.
Zarówno 90 jak i 120 sekund jest ok.

W celu wykonania tabliczki miałem zakupione 3 arkusiki mosiężnej blachy: dwa o grubości 0,8mm trzeci 0,5mm zakładając, że wystarczy.  Za maskę posłużył rysunek w Coreldraw przygotowany, 15‑dniowa wersja próbna oprogramowania wystarczyła by znaleźć kompromis pomiędzy radością tworzenia, możliwościami technologii, a komunikatywnością panelu. 

Lustrzane odbicie.

Wydrukowaliśmy (tu znów pomoc syna była konieczna) na folii przezroczystej i to w odbiciu lustrzanym, tak by czarny toner był jak najbliżej światłoczułej warstwy. Wszystko to po to by efekt paralaksy ograniczyć, krawędzie maskowania (i trawienia) były ostre.

Naświetlanie przez 100 sekund i wywołanie w tym samym roztworze węglanu sodu pokazało, że przyjęta koncepcja i technologia jest super. Maska wyszła doskonale, no może z wyjątkiem dwóch czy trzech punktów. Za pomocą pędzelka z odrobiną farby i te niedoskonałości zostały poprawione.

Jest super, dużo lepiej niż się spodziewałem.

Trawienie w chlorku w zasadzie nie różni się od trawienia płytek PCB. Tyle, że zamiast 35 mikromerów (grubość warstwy miedzi na laminacie) wżery winny mieć gdzieś między 0,2 do 0,4 milimetra, tak by lak grawerski miał gdzie wniknąć i się utrzymać. Wszystkie poradniki sugerują by trawienie przeprowadzać „do góry nogami”, aby ułatwić opadanie produktów trawienia. W celu odpowiedniego ustawieniu blachy w kąpieli, przygotowałem cztery rurki PCV z nacięciem do mocowania mosiężnej blachy tak by utrzymać dystans ok. centymetra od dna.

Trawienie. Już nie koniecznie w świetle żarowym, ale tak było fajniej

Przy takim ułożeniu nie bardzo było jak stwierdzić jak szybko proces trawienia postępuje i kiedy proces należy przerwać. Zastosowałem metodę porównawczą. W tej samej kąpieli, a wiec w tej samej temperaturze i stężeniu umieściłem blaszkę mosiężną 0,5 mm i drugą 0,15mm. Można przyjąć, że jeśli ta pierwsza zostanie strawiona to proces dotarł na głębokość 0,25mm. Druga blaszka to było by tak około 0,075 mm – trawienie z dwóch stron testera następowało. 

Testerzy samobójcy.

W głównej płycie mosiężnej druga strona taśma klejącą zabezpieczona była. Po około 3 godzinach (roztwór raczej chłodny trzymałem) kontrolna płytka wskazała na zakończenie procesu. Po wyjęciu z kąpieli wygląda, że wszystko jest.

Widać relief. Miejscami więcej niż do połowy głębokości sięgał.

 Folię światłoczułą usunąłem poprzez kąpiel w roztworze wodorotlenku sodu. Zeszło jak wylinka - skóra węża. 

Na sodę kaustyczną nie ma silnych. Każda skóra zejdzie. Choć tu słaby roztwór wystarczył.

Tyle, że w czasie sekund, nie męczyła się. Jednocześnie kąpiel w tym zasadowym środowisku spowodowała, że mosiądz lekko sczerniał i pokrył się niebiesko opalizującym nalotem. Nie ma problemu – doczyścimy.

Ale najpierw chciałem spróbować czy zakupiony czarny lak do butelek może zastąpić niedostępny lak grawerski. Grawerski jest dostępny na eBay, ale razem z wysyłką wychodzi to dość droga impreza. Lak do butelek to tylko 2 czy 3 złote za pałeczkę. Poszło, podgrzanie palnikiem spirytusowym (ślubnej podebrałem taką lampkę oliwną modną w latach dziewięćdziesiątych, oleju już w niej nie było) zupełnie wystarczyło. Lak się topił już tak przy pięćdziesięciu stopniach.

Lakiem zapaćkane. Widać opalizację po pobycie w sodzie.

No wolałbym więcej, ale ok. Co ciekawe przy ścieraniu papierowym ręcznikiem na „czystej” powierzchni mosiądzu wiązał się te z z tym nalotem od trawienia i … zupełnie nieoczekiwanie nabierał wyglądu jak stary stuletni mosiądz. WoW! 

Jest super! Ma swój wiek.

Super, już szukałem metod starzenia, a tu mam rezultat nieoczekiwanie. Zamiast malować specjalnym patynującym lakierem czy specjalnym woskiem, mam to czego chciałem. Pozostało już tylko zabezpieczyć akrylowym lakierem przezroczystym, nawiercić otwory i zamontować.

Wierceni odbyło się na desce. Tak by nie powichrować samej blachy.

Dodatkowo powierzchnia osłonięta została taśmą, by wiór nie rysował mosiądzu
 (patrz zdjęcie powyżej)

Lampy w tej konstrukcji na zewnątrz wystawione i koszyczkiem ochronione. Trochę przebudowałem oryginalną klatkę, a na jej szczycie taką ozdobną nakrętkę zamontowałem. 


Odkręcając ją można dostać się do lamp i je wymienić. Adaptowałem w tym celu jakiś bakelitowy zacisk pomiarowy czy też inną osieroconą gałeczkę. Maskując wklejoną tam nakrętkę, taki mosiężny koreczek wytoczyłem i wkleiłem.

Tocznie dekielka

 I to ten dekielek jak najwyższy punkt tego całego stwora wieńczył moją nad nim robotę. 

On sam na szczycie. Koniec prac. 

Taki stary góralskich cieśli zwyk – „mojka”, symbol zakończenia prac. Zamiast zaś gmerk-a znak z datą na płytce zostawiłem. A dla przyszłych naprawiaczy – schemat w środku – niech się za 117 lat przyda.

Artystyczne ujęcie autorstwa mojej córki!

A secesyjna żarówki oprawka – jeszcze się przyda. 

Całe moje dzieciństwo świeciła w korytarzu. Ma swoją magiczną moc.

czwartek, 8 kwietnia 2021

Radiowe Pogaduchy 10 AKTUALIZACJA

Radiowe Pogaduchy świętują 10 spotkanie  i Dzień Radia jednocześnie!


Spotkanie już się odbyło - dziękuję za uczestnictwo.

W programie:

  • Wystawa Radioodbiorników w Starym Ratuszu – Jacek Bochiński
  • Analizator Lam Próżniowych  – Jakub Gajda

  • Eksportowa DIORA – Wojciech Taras

Prezentacje w opracowaniu - będą dostępne na stronie: http://qann.wikidot.com/pogaduchy 
Dziękujemy koledze Adamowi 

Dziękuję  za przyjęcie propozycji wspólnego opłacenia platformy ZOOM.

Link to zbiórki: https://zrzutka.pl/vsfac5  lub bezpośrednio przelewem na konto Zrzutki 
19 1750 1312 6887 8709 6171 7428. 

Kod QR do Zrzutki na Radiowe Pogaduchy.


Nie minęły 24 godziny, a mamy już więcej niż połowę potrzebnej kwoty. 
Serdecznie dziękuję Darczyńcom.

Niech trwają Pogaduchy!


Następne spotkanie planujemy na niedzielę 9.05.2021. Już dzisiaj zapraszam!


 

środa, 24 marca 2021

Fluke czyli Philips na lata

Zawsze z zazdrością podziwiałem walizeczkę mojego kuzyna-zuritowca. A najbardziej intrygującym przyrządem, w zasadzie jedynym był miernik uniwersalny. Dobrze nie pamiętam, ale tak na 90% był to Lavo1. Ja w okresie młodzieńczej fascynacji elektroniką byłem dumnym posiadaczem Lavo 21 i  nabytego w Składnicy Harcerskiej w całym zestawie (z lutownicą i przystawką do pomiarów tranzystorów radziecką C20 popularnie "ceszką" zwaną. Przepaść pomiędzy przyrządami było ogromna, oczywiście Lavo był tym lepszym. Solidnie wykonany, przemyślany i z rozumnie dobranymi zakresami pomiarowymi 1:3:10. Ceszka była tania i dostępna, ma swoich fanatyków za wschodnią granicą – był pierwszym i jedynym dostępnym.

Kilkanaście lat temu otrzymałem w prezencie super profesjonalny  stacjonarny miernik Fluka (czy Philipsa – było to w okresie przejmowania części jednej firmy przez drugą) model 2535. Ten z kolei ma fanatyków w Australii.

Fluke przejmuje dział Philipsa

Przyrząd przeleżał u mnie z 10 lat nie używany, podręczne pomiary jakieś Metex-y załatwiały. Mój powrót do elektroniki spowodował, że ten Philips stał się przyrządem nr 1. 

Dla ułatwienia - to ten na dole

Wzorcowym, 6-cio  cyfrowym profesjonalnym woltomierzem o kilka generacji lepszym niż to kochane Lavo 21. Rozpoczął on swoją dzielną służbę w mojej piwnicy. Uważni czytelnicy bloga mogą kilka zdjęć jego wskazań znaleźć we wcześniejszych postach. Zawsze gotowy (witał mnie wesołym beep-em przy załączeniu zasilania w warsztacie, zawsze sprawny by mierzyć napięcia czy oporność. Amperów nie mierzyłem, jakiś opór mam przed pomiarem prądu, ciągle boję się ze przyrząd się spali, że bezpiecznik nie zdąży. W tak zwanym miedzy-czasie rozrosło się ponad miarę moje stadko przyrządów analogowych, na czele z V640, ale Philips był zawsze tym nr 1. No, nie miał dźwiękowej kontroli przejścia i maksymalny zakres pomiarowy napięć to 300V, co w lampowych układach nie zawsze wystarcza. Ale za to dzielnie znosił przeciążenia i nawet takie barbarzyńskie katowanie podanie napięcia anodowego na zakresie omowym. Dzielny był.
Jak wszystko do czasu. Któregoś dnia oszalał. Na zakresie napięciowy wskazywał dziwne wartości, klepał przekaźnikiem zmiany zakresu, a po zwarciu wejścia jakie miliwolty też pokazywał. Smutek mnie ogarnął wielki, bo mój wzorzec nr 1 odszedł. Ale co ciekawe zachowywał się tak tylko na zakresie napięcia stałego, bo zmienne mierzył raczej ok. No i omy w porządku. Prądów nie mierzyłem (jak powyżej). Zachować miernik tylko do zmiennych i rezystancji no trochę głupio, wyrzucić jeszcze bardziej, wiec pozostaje – naprawić. Otwarcie obudowy się udało – w środku rozkosz dla oka, słowem profeska, pełna profeska. 
Aż miło popatrzeć.
Niby schemat jest dostępny (dziękujemy Ci Ciasteczkowy Potworze!), ale czy sobie poradzę. Nie władam termowizją czy innymi magicznymi sposobami, jak to się teraz elektronikę naprawia, a tu masz i profesjonalny sprzęt i zagwozdkę jak do tego podejść. Okazało się, że trzeba było użyć metodyki Sherlocka Holmesa, czyli tzw. dedukcji. Kluczowym faktem okazało się to, ze miernik nie działa prawidłowo tylko na zakresach napięć (i chyba prądów) stałych więc we wzmacniaczu (czy tłumiku wejściowym )należało szukać błędu. Drugim tropem było, że po podaniu znacznego napięcia (powyżej kilkunastu wolt) zaczynał wykazywać objawy że tak się wyrażę „poprawności mierniczej”, im wyższe napięcie tym błąd był niższy. Ale kluczem okazał się zapis w instrukcji serwisowej objaśniający, że do pomiaru rezystancji używane jest napięci ok. 2,7V czyli mnie więcej tyle co miernik wskazywał niepodłączony. Bingo!
Winowajca i jego miejsce na schemacie.

Powstała hipoteza, że przy pomiarze napięcia zewnętrznego dodawane jest wewnętrzne napięcie służące pomiarowi rezystancji. Dość szybko znalazła potwierdzenie - za pierwszym sprawdzeniem podejrzanego przekaźnika kontaktronowego.


Za całe uszkodzenie odpowiadał kontaktron, któremu skleiły się styki. Musiał biedaczyna przełączać pod napięciem, powstał mini łuk, styki się nadtopiły i skleiły. Pomimo, że ten model przekaźników jest jeszcze dostępny handlowo to pozwoliłem pójść po łatwości i wyszabrować sąsiada.
Puste miejsce po przekaźniku od sondy.

Miernik może współpracować bądź to z wejściami bananowych lub też ze specjalną sondą (gniado do niej dodali w tzw „przydasiach”). Zaraz obok nieszczęśnika był taki sam przekaźnik do sondy, który przelutowałem w miejsce tego uszkodzonego – przyrząd ożył i stan stabilny pokazał. Uszkodzony przekaźnik przy całej zabawie na podłogę mi upadł, co okazało się nie bez znaczenia. Zmierzony powtórnie całkowitą sprawność okazał. Styki się rozkleiły, a po podaniu napięcia na cewkę poprawnie działał. Tak „naprawiony” wlutowałem w miejsce tego od sondy – tam się nie napracuje. 

Już zapełnione

Czyli przyrząd "bezkosztowo" naprawiłem. Cud prawie, jak ten, że go w prezencie dostałem.

Całe zdarzenie  okazało się nie do końca takie "bezkosztowe", otóż w okresie smutku po stracie wiernego druha, poszukałem jego zamiennika. Takiego, który by dzielniej znosił większe napięcia i miał akustyczną kontrolę przejścia. Są dostępne taki mierniki stacjonarne, ale ich cena wymaga przemyślenia. W emocjach będąc, zamówiłam od chińczyków z wysyłką z Polski (ciekawostka) stacjonarny miernik AN888S. Bezpośrednio z Ali…s, taniej o połowę niż u sprawdzonych dystrybutorów. Miał zakres 1000V DC, automatyczne przełączanie zakresów, brzęczyk i tyle w sumie sprawdzałem, nie interesując się zbytnio innymi funkcjami jak zegar, termometr czy Bluetooth.

No i przyszedł, taki czerwono-czarny z akumulatorkami, z kabelkami, bez zasilacza (jak Apple dowodzi – każdy już ma jakąś starą ładowarkę). 

Paczka po przejściach

Ale z zawartością.

No powiem tak. Działa, robi to co ma robić, ale największa dla mnie niespodzianką są funkcje specjalne. I to te nie związane z mierzeniem. O ile mogę już zrozumieć funkcję zegara, to budzik jest trochę na wyrost. Pomiar temperatury – no ok., ale dlaczego tylko temperatury otoczenia? I to  wewnątrz miernika? Trochę to dziwne.

No nie ma się do czego doczepić, ale znaczek V jest kilka razy mniejszy niż mało potrzebny zegar.

Ale połączenie tego z odbiornikiem BT i głośnikiem to już zakrawa na przesadę w przyrządzie pomiarowym. Ale jest. Wygląda na to, że jak wybrano scalaki do konstrukcji, to okazało się, że mają funkcje dodatkowe, które producent postanowił sprzedać. Po kilku tygodniach użytkowania stwierdzam, że korzystam głównie z tych funkcji dodatkowych. Pracując w piwnicy słucham albo podcastów albo to radia Country Praha (via apka na telefonie). Od razu uprzedzę, że irytujący jest przydźwięk wysokiej częstotliwości zawsze towarzyszący muzyce, niezależnie od stanu pracy czy mierzonych parametrów – coś tam zaniedbali. Wkurzający jest wyłącznik na tylnej ściance i konieczność zasilania ładowania zasilacza z telefonu komórkowego. W kwestii przełączania zakresów pomiarowych też można się spierać czy nie można by to zrobić jakoś tak bardziej do człowieka dostosowując. Widać ten aspekt współpracy z użytkownikiem „Human Mashine Interface” mocno zaniedbano. Mierząc oporność widać, jak zaczyna od dziesiątek megaomów, przechodząc przez kolejne zakresy. Dodatkowo jednostki pod wskazaniem są wyświetlane w postaci bardzo małych oznaczeń i łatwo kiloomy z megaomami pomylić. Przy pomiarze pojedynczych omów to denerwująca strata czasu. Dokładność pomiarów jest  (dla mnie) więcej niż wystarczająca ale stopniowe dochodzenie do pomiaru powoduje u obserwatora coś na kształt oczopląsu i utrudnia odczyt. Duże cyfry są bardzo duże, wyraźnie, niestety nie można ich obniżyć jasności. Więc jak to się mówi "oczo-j...e". Trochę to tak jakby miernik krzykiem się z nami porozumiewał.

Cały przyrząd po kwadransie usypia, najpierw zapowiadając przejście do tego stanu - szczęśliwi można temu zapobiec odpowiednio przycisk REL włączając. Obudzony zaś (dowolnym przyciskiem) zawsze wstaje na napięciowym zakresie, czyli bezpiecznie. Podoba mi się pełne rozdzielenie zakresów napięciowych i prądowych - moja fobia co do pomiarów amperów tu znalazła sojusznika. 

Musze pochwalić i to bardzo końcówki pomiarowe. Tu duży plus. Cienki z dodatkowymi nakładkami (już mi jedna zaginęła), ale miękkie kable - bardzo ok. 

 Mam teraz dwa stacjonarne cyfrowe mierniki, jeden europejski profesjonalny, ale z ograniczeniami. A drugi taki chińczyk co woltów się nie boi, ale za to ze swoimi dziwactwami. Dzieli je jakieś 30 lat, inne podejście do cech użytkowych, do ważności funkcji i użytkownika.

 Aż warto się zastanowić jak ten świat w tym czasie się zmienił i w którą stronę. I czy w tą lepszą? 


niedziela, 14 marca 2021

Babbage & Clement czyli dwie osobowości w jednym warsztacie.

Zapewne wiele osób słyszało o genialnym XIX-wiecznym konstruktorze maszyny różnicowej, Mr Charles Babbage wymyślił i rozpoczął budowę mechanicznej maszyny różnicowej. Maszyny, która to korzystając z kół zębatych, przekładni i innych dostępnych w XIX wieku cudów techniki miała liczyć i nawet drukować tablice logarytmiczne. Charles na tyle zaangażował się w powstanie i rozwój swojego wynalazku, że zainwestował praktycznie wszystkie posiadane środki. Tak własne, jak i pozyskaną pomoc rządową. Niestety maszyna ta za życia wynalazcy nie powstała. Uważa się, że główną przyczyną były rosnące koszty budowy. Monstrum to, w finalnej, projektowanej wersji miało ważyć ok. 14 ton i składać się z około 25 tysięcy części. A każda z tych części wykonana musiała być z zegarmistrzowską precyzją. Osobą, która do upadku projektu niewątpliwie się przyczyniła był Joseph Clement. 
Charles Babbage i Joseph Clement. 

Genialny i sławą otoczony wytwórca precyzyjnych przyrządów, najęty do wykonania maszyny. Utalentowany i zdolny to był mechanik, ale jak się okazało również sprytny biznesmen. 
On to, dla własnych potrzeb skrupulatnie wykorzystywał ówcześnie panującą zasadę, że wszystkie narzędzia potrzebne do wykonania zlecenia (czytaj maszyny) mają być zakupione (lub wykonane na zlecenie) sumptem zamawiającego, a po użyciu przechodzą na własność wykonawcy. Możemy sobie wyobrazić tylko ile i jakich to maszyn powstało. 
Tokarka projektu Joshep-a Clement-a.
W wyniku tego układu, jak łatwo się domyśleć, cały projekt maszyny różnicowej kosztował krocie. Babbage zbankrutował, projekt upadł i nikt już w XIX wieku maszyny różnicowej dokończył. A Clement, no cóż – podobno dorobił się dorobił się sporego majątku. Z całej maszyny pozostały tylko drobne artefakty. Na pocieszenie można dodać, że finalnie maszyna różnicowa została końcu XX zbudowania, działa i liczy.
Maszyna różnicowa Babbage’a - źródło Wikipedia
Jest teraz zabytkiem (no może lepiej powiedzieć - eksponatem) londyńskiego muzeum. Pracując ostatnim czasem nad tym dziwnym wzmacniaczem ważne dla mnie było, by w wyglądzie nosił on pełne znamiona urządzenia powstałego na przełomie wieków (sygnatura 1904 r. na obudowie zobowiązuje). Orzechowe drewno, bakelitowe pokrętła (ok. tworzywo wynalezione w 1910 r.) oraz mosiężne elementy takie jak główna tablica przyrządu, mają o tym zaświadczać. 
Pierwsze przymiarki do rozbudowy.

To musi wyglądać jak wyciągnięte z laboratorium Państwa Curie, czy Wilhelma Roentgena – ot, takie skrzyżowanie najlepszych ówczesnych technologii, dostępnych materiałów i rzemieślniczej staranności. 
Stare szkice dobrą inspiracją były.

 Aby wykonać taką ozdobną mosiężną płytę czołową zamierzyłem się skorzystać ze szlachetnej techniki wytwarzania tarcz zegarów. Z foto-trawieniem.
Pierwsze projekty.

 Technologia bardzo zbliżona do wykonywania płytek drukowanych (też trawione ścieżki miedzi), więc postanowiłem swój warsztat wzbogacić o dwa urządzenia tj. naświetlarkę UV i laminator. Opierając się na dziesiątkach opisów i filmików postanowiłem do budowy wykorzystać stary skaner uratowany przez elektrośmieciami do budowy tej profesjonalnej (jak na amatorskie warunki) naświetlarki. 
10 zł (bez wysyłki)

Skaner kosztował 10 zł (bez przesyłki) a za to otrzymałem budowę, szybę z klapką, trochę niepotrzebnej mechaniki i elektroniki. 
I tyle fajnej elektroniki na nic.

Widać, że w latach dziewięćdziesiątych to było naprawdę profesjonalne, drogie urządzenie. Liczyłem też na zasilacz, ale ten okazał się uszkodzony. Do odmierzania czasu i włączania światła UV na określony czas wykorzystałem moduł chińskiego timera (kilkanaście złotych + przesyłka), dało się jakoś zamontować. 
Wyświetlacz na poziomie.

No tyle by wyświetlacz był czytelny, musiałem przedłużyć szpilki i przymocować go bezpośrednio przy czerwonym ekranie. Ekranie wykonanym z chomikowanej przez 40 lat czerwonej plexi (miała być do jakiegoś wyświetlacza, bodajże do mojej pracy dyplomowej w technikum). No dobra więc nie 40, ale 36 lat czekała. Timer w końcu zasilaczem 5V od starego telefonu BlackBerry zasiliłem.
Za przedłużenie przycisków posłużyły części wacików.

 Jak się okazało sporo mnie kosztował sam układ naświetlania składający się z typowego świetlówkowego układu. Statecznik, 11W świetlówka UV i oprawka. Inwestycje w naświetlarkę powiększyły się już 10-krotnie.
W świetle UV.

 Czasu nie liczę, ale ładnych kilka wieczorów poświęciłem na kombinowanie, montowanie poprawianie itp. W końcu, końców - naświetlarka powstała. No dobrze, to jeszcze materiały czyli folia światłoczuła i chemikalia. Koszty poszły razy dwa. Materiał na froncik, nie wiedziałem jakiej grubości blachę mosiężna będę potrzebował to kupiłem trzy formatki 0,8mm i 0,5 mm. Na jednej się nauczę, na drugiej zrobię a trzecia na zapas. Do kompletu trzy kuwety i licznik kosztów znów podwoił swój stan. Dla zdrowia psychicznego przestałem już je liczyć. Czas wypróbować. Wykoncypowałem, że trzeba określić optymalny czas naświetlania zrobię próbkę z różnym od 30 s do 5 minut. Spreparowałem arkusz z kreskami różnej grubości, ale gdzieś się zapodział i musiałem na szybko pisakiem na przezroczystej folii naskrobać podobny. 
Arkusz testowy - minuta pisaczkiem i gotowe.

Za materiał wziąłem zwykła płytkę laminatu, tak formatu A4. Wszystko w myśl opisu zamieszczonego na stronie Leniwiec zrobiłem. Na przygotowaną płytkę nakleiłem folię światłoczułą. 
Folii naklejanie.

Oj, rozeznać która strona jest która było ciężko, ale chyba dobrze. Zerwałem tą troszkę bardziej matową. Potem laminowanie. O, zapomniałem - jeszcze nabyłem laminator i zamontowałem tam regulator temperatury (bo kupione wyłączniki bimetaliczne na 90 stopni okazały się NO (Normal Open) zamiast NC (Normal Close). Do rachunku muszę kolejną stówkę i ze cztery wieczory sobie doliczyć. Wyszło jak wyszło, ważne że działa. 
Laminator z dobudowanym termostatem.

 Folię światłoczułą nakleiłem, zalaminowałem i do naświetlarki. Stopniowo odrywane paski papieru miały ograniczać pola naświetlane z różnymi czasami. To nawet się udało. Po naświetlaniu do wywoływacza. Do roztworu węglanu sody znaczy się. Miało być 5g na pół litra, ale nie za bardzo mi się chciało odmierzać, to tak na oko – łyżeczkę od herbaty na trochę wody wsypałem. Przy wkładaniu płytki do kuwety, okazało się, że skaner mam co prawda A4 (jak i płytka), ale już kuwetę nie – za mała. No dobrze finalnie tą jedyną i niepowtarzalną tabliczkę dla wzmacniacza będę robił w formacie 186x124mm więc się w trawieniu zmieści. Po włożeniu okazało się, że roztwór chyba zbyt mocny uczyniłem i roztwarzanie nienaświetlonej części trwało sekundy. 
Nie naświetlona folia - spłynęła.

Za to moim oczom ukazał się obraz jak na dagerotypie chyba, częściowo naświetlony a częściowo nie, z rysunkiem kresek i zygzaków. No ucieszyłem się z niego chyba tak jak Roentgen ze swojego pierwszego prześwietlania. Znaczy się działa, teraz już tylko dopracować technologię. 
Coś się utrwaliło.

Na filmikach na Youtube to tak prosto wyglądało. Ten obraz na miedzi wykazuje, że obraz ujawnia się głównie w pobliżu samego źródła światła UV, w większości jednak był niedoświetlony. Jawnym się stało, że należy też zadbać o dobre przyleganie folii, czystość itp. Ponieważ była to próba tonie przykładałem dużego znaczenia do dokładnego naklejenia folii i laboratoryjnej czystości - to pojawiło się dużo miejsc z wadami. Ale kierunek jest poprawny i da się to zrobić. 
Wnioski co do dalszych działań - widać jak na fotografii.

No tyle, że naświetlarkę trzeba uzupełnić o kolejne świetlówki, czyli koszty, koszty i czas. Coś czuję, że mój wewnętrzny Mr Clement (ten mechanik), tego mojego Mr Babbage (tego konstruktora) znów na koszta naciągnie. Ale to może lepiej niż by to Dr Jekyll i Mr Hyde  mieli być. 
Richard Mansfield was best known for the dual role depicted in this double exposure: he starred in Dr. Jekyll and Mr. Hyde in both New York and London. Wikipedia.

To też postaci z XIX Anglii rodem.