wtorek, 13 listopada 2018

Mostek raz jeszcze czyli znów o selenowych prostownikach.

Zabrałem się do naprawy, a właściwie raczej przeglądu radyjek co już spory czas czekają u mnie na kogoś, kto się nad nimi ulituje. Większość z niech to te wczesne polskie z lat sześćdziesiątych a wtedy w praktycznie każdej polskiej konstrukcji jako prostowniki napięcia anodowego stosowane były Telpod-owskie Mostki Pollacka. Zarówno w prawie całej produkcji Diory (serii Calypso/ Ramona/ Rumba …) jak i ZRK (Tatry/ Bolero ..). I po tych ponad pięćdziesięciu latach te mostki wyglądają źle, bardzo źle.
Nie tylko, że straszą wyglądem, ale w większości wypadków po prostu nie działają. Niektórzy koledzy nawet się nie zastanawiają tylko rach-ciach i selen wyrzucają. Efekt uboczy jest taki, że przekazane koledze Adamowi glajśrichtery wszelkiej maści wzbogacają muzealną kolekcję – tu można się z nimi zapoznać.  Wracając do naprawy to pojawia się szybkie i praktyczne rozwiązanie poprzez zamianę na mostek krzemowy. Kuszące gotowe kostki z czterema wyprowadzeniami, ba i nawet otworem do przykręcenia kosztują zazwyczaj przysłowiową złotówkę. Szybko i sprawnie potrafią zastąpić stary, krakowskiej produkcji układ. Tyle, że to ani wygląda, ani jest to dostosowane do konstrukcji i okablowania radia – obcy wtręt i tyle. Dlatego też stojąc przed perspektywą naprawy kilku radyjek postarałem się przygotować kilka insertów – tj. prostowników z zewnątrz wykorzystujących obudowę, a w środku sprawdzoną konstrukcję 4x1N4007. Taki akceptowalny kompromis.
Już to robiłem, ale tym razem postanowiłem troszkę poeksperymentować z technologią wykonania. Za nic nie chciało mi się przygotowywać i trawić płytek PCB, wykorzystałem więc technologię opisywaną kiedyś w Młodym Techniku (nie pamiętam dokładnie w którym roczniku), a widzianą onegdaj w radiotelefonie Klimek – budowę modułów elektronicznych poprzez zalewanie elementów elektronicznych żywicą.

Po rozebraniu starego prostownika wykorzystuję obudowę i pięć płytek kontaktowych z pocynowanej blaszki. Eksperyment wykonałem dla dwóch wersji prostownika większej i mniejszej.
Różnica jest niewielka wymiarowo (1cm) ale tylko w większej udało mi się wepchnąć dwa rezystory do skompensowania charakterystyki prostownika. By dobrać ich wartość skorzystałem z w miarę dobrze zachowanych prostowników z nowszej serii (z zamykanymi kształtką, a nie zalewanymi ), zmierzyłem napięcie w czasie przewodzenia nominalnego 100mA prądu. W zależności od stosu wahało się od 9 do 14V – chociaż wielkość spadku napięcia dla najgorszej klasy  powinna być tylko 0,7V czyli dla pakietu 11 płytek nie całe 8V. Dodałem troszkę większe rezystory, tak by skompensować jednocześnie wzrost napięcia anodowego prze zasilaniu 240V.
Do mniejszego stosu one nie weszły i ten pozostawiłem w czystym układzie 4x1N4007. Najwyżej dobiorę rezystor zewnętrzny. Wykorzystując płytki stykowe i montując elementy przygotowałam je do instalacji wewnątrz obudowy. Zamiast przekładki z cienkiej przezroczystej folii dociąłem też cieniutką, preszpanową.
Kawałki dociskowych klinów izolacyjnych posłużyły za boczki. W mniejszym prostowniku diody montowałem lutując je do poszczególnych blaszek, przewlekając diody przez nawiercone otwory.
Tutaj inny sposób montażu diod - wlutowanie w powiercone otwory.
Bardzo pomocne okazało się zlutowanie końców wyprowadzeń do srebrzanki, usztywniło to konstrukcję umożliwiając wygodne manipulowanie i tym samymuniemożliwiając  :-(  możliwość sprawdzenie elektrycznych połączeń. Ale przy tak prostym układzie możemy sobie na to ryzyko pozwolić.
Przed umieszczeniem w obudowie
I po.
Po włożeniu elementów wlałem przygotowaną żywicę. Powinna być dedykowana elektroizolacyjna, ja miałem taką stosowaną do odlewania znaczków RenCast FC-52. Też się okazało, że izolująca. Niestety popełniłem błąd i nie uszczelniłem połączenia w aluminiowej kształtce przez co część zalewy wyciekła.
Houston - mamy problem!
Poprawka z plasteliną pomogła.
Zaklejono plasteliną - zupełnie jak w Sojuzie!
Po zastygnięciu żywicy i oczyszczeniu stosu przyszła kolej na sprawdzenie izolacji.
Gotowe!
Potraktowane napięciem probierczym 1kV (obudowa a elementy) wykazały zero upływności.
Zero upływności.
Jeszcze tego samego dnia mostek uratował bardzo wiekową, ale świetnie zachowana Ramonę, gdzieś z 1961, najdalej 1962 roku.
Po wymianie mostka, okazało się, że radio jest praktycznie całkowicie sprawne, elektrolity bez formowania trzymają poniżej 100uA łącznego upływu, a napięcie na siatce EL84 jest prawidłowe. Ale tutaj nie dam się zwieść – papierowe kondensatory nie mają mojego zaufania C34 pójdzie do wymiany, jako minimum.
No i głowica, nie mam rozwiązania by ją przestroić, chyba znów się dam skusić konwerterowi.
Głowica starszego typu.
Będzie to takie pójście na akceptowalny kompromis.

Może ktoś z czytelników zwrócił uwagę na użyty przez mnie termin „Mostek Pollaka”. To taki układ znany powszechnie jako Mostek Graetza. Otóż okazuje się, że jako pierwszy opracował taki układ (jeszcze jako elektrochemiczny) polski wynalazca Karol Franciszek Pollak, a tylko trochę później (jak się przyjmuje) został niezależnie wynaleziony i opatentowany przez Leo Graetz-a.
Moglibyśmy walczyć i się upierać, tyle, że ten drugi naukowiec to wrocławianin, czyli chyba możemy się zgodzić na ten „Mostek Graetza”?

Niewielu chyba wie, że kondensator elektrolityczny to wynalazek. i to opatentowany Karola Pollaka.

Przyznają to nawet Niemcy w Wikipedii, polska strona tego serwisu milczy o tym fakcie.

Nie wstydźmy się ! 
Niech będzie Kondensator Pollaka.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Wobulator część 3 i chyba ostatnia.

Po zbudowaniu, poznaniu, zrozumieniu i modyfikacji (dokładnie w tej kolejności), w trakcie ładnych kilku tygodni udało mi się uruchomić wobulator.
Krzywa strojenie (na razie do góry nogami)
Nie jako na deser całej zabawy wybrałem generator przestrajany.
Opis cewki generatora u Steva był bardzo lakoniczny ot – “68 Turns #24 AWG close-wound around 5/16” diameter straw, tap 15 turns from end”. Czyli „68 zwojów #24 AWG bliska rana na około 5/16” słomki, kran 15 zwojów od końca” – jak by to tak po Googlowemy przetłumaczyć. przekładając na nasze:
68 ścisłych zwojów drutu 0,5mm na rdzeniu 8mm, z odczepem na 15 zwoju

Jakoś tak nie chciało mi się tych amerykańskich standardów stosować a jednocześnie chciałem mieć możliwość ustawienia indukcyjności cewki, zatem posłużyłem się metodą eksperymentalną. Na rdzeniu kiedyś za złotówkę na Wolumenie nabytym, nawinąłem 68 zwojów (trzymam się przepisów), ale już cieńszego drutu, tak coś 0,25 mm. Pomiar indukcyjności tak uzyskanej cewki był bardziej niż wątpliwy – chiński kombajn nie poradził z takim wyzwaniem. Pozostał zatem pomiar metodą techniczną – dodając kondensator 47 pF uzyskałem obwód RL a jego częstotliwość rezonansową za pomocą GDO mierzyłem.
Słabo to szło, lekkie wahnięcie było przy 1,6 MHz, odwijam zatem połowę zwojów i kolejny pomiar – już ponad 3 MHz, idzie dobrze. W końcu dobierałem cewkę już w uruchomionym na pająka generatorze.Tak aby przy założonej pojemności 25 pF (pojemności montażowe, trymer, kondensator i dioda pojemnościowa) mieć rezonans około 11 MHz, to zwojów stało tylko 14 licząc z odczepem (3 zwoje).
W powietrzu, ale działa.
Steve jako diodę pojemnościową zastosował 1N4007. W zasadzie każde złącze przewodnikowe wykazuje pojemność zależną od napięcia – w konwerterze Zosi było to złącze z tranzystora.

Generator w trakcie prób - z dwoma diodami pojemnościowymi
Ja użyłem dwóch równolegle połączonych egzemplarzy BB911 – po prostu takie miałem, a i okazały się zupełnie na miejscu, tyle że po doborze jedna wypadła. Zakres zmian napięcia przestrajania przyjąłem od 1 do 7V. To niższe by dioda była zawsze spolaryzowana, a górne wynikało z wydajności napięciowe TL074 zasilanego +/-8V. Pozwoliło to uzyskać środek przestrajanie od 9,5MHz do ponad 12MHz.
Pierwsze próby użycia wobulatora z tak szerokim zakresem dewiacji okazały, że jest to niepraktyczne. W zupełności +/-500kHz jako najszerszy zakres przemiatania wystarczy. Ustawieniem rdzenia cewki, ustawienia  trymera oraz doborem kondensatorów (C7 i dodatkowego równoległego do trymera) udało ustawić się i częstotliwość środkową jako 10,7MHz dla 4V, zakres przestrajania(jak wyżej) i zachować przy tym liniowość.
Kolejna rekalibracja i sprawdzenie liniowości.
Celowo nie podaję finalnych wartości, gdyż w zależności od cewki, użytych elementów i pojemności montażowych wielkości w pF wyrażone mogą wahać się kilkukrotnie.
Nie jako przy okazjo pojawiło się ciekawe (i niepożądane) zjawisko z racji użycia dławika L1 w linii polaryzacji diody pojemnościowej. W pewnym zakresie napięć na wyjściu sygnału pojawiły się oscylacje tak na poziomie 250kHz. Widać układ generatora włączył dławik do swoich zasobów indukcji i radośnie oscylował na tych niższych częstotliwościach.
Widać oscylacje i na napięciu sterującym (niebieskie) i na sygnale wyjściowym.
W miejsce dławika użyłem najzwyklejszego rezystora o kilkudziesięciu kiloomach. Umilkły jak ręką odjął. Trochę wzorowałem się na układach innych generatorów przestrajanych, zawsze jest tam rezystor, czasami tylko dławik.
Zmiany w generaotrze
Generator na polowym tranzystorze zbudowany przekazuje sygnał w.cz. do wtórnika emiterowego za pośrednictwem R22 i C12. Nie wiem dlaczego została wybrana aż taka wysoka wartość rezystancji, nie widzę potrzeby takiego izolowania generatora i wtórnika. Przy próbie użycia zalecanych wartości napięcie w.cz. po wtórniku było kilkukrotnie niższe niż na samym generatorze. Zmiana rezystora na kilkaset om jak i zmiana układu polaryzacji bazy Q5 pozwoliła uzyskać sensowne napięcie na emiterowym rezystorze.
Nowy wtórnik - Copy-Place z innego projektu. Działa.
Z początku użyłem tu 1k omowego potencjometru, nie mniej po próbach równolegle do niego dolutowałem 470om, zwiększając prąd tranzystora i pozbywając się dużej części zniekształceń wnoszonych (jak przypuszczam) przez indukcyjność połączeń. Dwa kondensatory wyprowadzają sygnał. Jeden pełny z emitera do pomiaru częstotliwości i regulowane jako wygnał wyjściowy do strojenia. Pojemności użyłem tak na poziomie kilku nF.
Od początku projektowałem/budowałem układ jako taki, który ma się zmieścić w obudowie.
Przymiarki - miały być 4 wyjścia.
Zakupiłem taką, jaka wydała się stosowna i pod jej rozmiary dobierałem czy to płytkę montażową, układ zasilacza i połączeń. Oczywiście można zbudować, uruchomić i nawet używać układ bez obudowy ale jest raczej klęska Konsekwencji niż sukces Zapału. Oczywiście można by oprawić układ na pajęczynkę zbudowany np. w ramkę i sprzedawać jako dzieło sztuki – tak tworzył Peter Vogel.
Cenę pozostawiam bez komentarza.
Nie mniej wiem, że każde urządzenie musi posiadać zamkniętą formę, opisane funkcje i jaką taką dokumentację.
W młodzieńczym okresie zdecydowana większość konstrukcji jeśli już dotarła do fazy zmontowanej płytki z wiszącymi kabelkami, to i niestety na tym etapie kończyła. Cóż człowiek się starzeje, uczy na swoich błędach. Poznaje je, koryguje i … popełnia następne.
Pozostaje jeszcze wykorzystać wobulator, uratować kilka radiowych duszyczek i zabrać się za kolejną konstrukcję, a chodzą mi po głowie kolejne pomysły, oj chodzą.



poniedziałek, 22 października 2018

Wspomnienie czyli słowo o moim Dziekanie

Wydział Mechaniki Precyzyjnej wybrałem jako ten jedyny spośród wszelkich innych i który przez kilka lat był moja uczelnią. Był on też był też ukoronowaniem pięknej kariery Pierwszego Zegarmistrza, jakim Profesor Zdzisław Mrugalski w powojennej Polsce zdecydowanie był.
Prof. Zdzisław Mrugalski - zdjęcie z portalu Zegarki i Pasja
W trakcie moich studiów nie miałem za dużo okazji do bezpośrednich kontaktów z Docentem (podówczas) Mrugalskim, studentem byłem średnim, ale On zawsze był Naszym Dziekanem.
Pięknie życiorys Profesora opisał portal Zegarki i Pasja.  Moje studia, od trzeciego roku ( na specjalizacji ) bardziej ukierunkowane były na Automatykę i Metrologię, zostawiając niejako na boku, przedmioty jak Podstawy Konstrukcji Przyrządów Precyzyjnych i wszystkie te kółka, łożyskowania i inne drobiazgi. Kierunek rozwoju wytyczał raczej Instytut Automatyki Przemysłowej, jego wykładowcy, komputery, sterowanie i cała ta technika cyfrowa. Tak czy inaczej był to jednak Wydział Mechaniki Precyzyjnej.
Prawie rok temu odwiedziłem znany budynek (już nie przy ulicy Komarowa, a św. Andrzeja Boboli, co chyba była chwilowo była Chodkiewicza) Wydziału Mechatroniki. Na drzwiach wejściowych wisiała klepsydra informująca o odejściu Pana Profesora.
Dzisiaj, w rocznicę śmierci Profesora wspomnijmy o wielkich ludziach, co swoją skromnością i pasją, wiedzą i pracowitością dla wielu z nas stali się przykładem i wzorcem. Mierniczymi czasu i w czasie tym wzorcem człowieka.  Wiem, że Profesor mierzy teraz czas w całej jego nieskończoności, razem z Bratem Wawrzyńcem, Bratem Bernardem i wszystkimi innymi wielkimi zegarmistrzami.


Zerknijmy też od czasu do czasu na zegar na wieżę Zamku Królewskiego, bo w jego tryby jest włożona  wiedza i doświadczenie, a nade wszystko serce Profesora.
Zatrzymajmy zegarki - dokładnie o 11.15.

wtorek, 9 października 2018

Tesla na drogę czyli życie geniusza w piętnaście godzin wysłuchane.


Dużo podróżując po kraju samochodem nie tylko staram się słuchać radia (zwłaszcza lokalnych rozgłośni), ale także pozwalam sobie od czasu do na zagłębienie się w lekturze. Lekturze nie tak jak rozumie Słownik Języka Polskiego - gdzie odnosi się tylko do czytania. W trakcie kierowania jest to wykluczone, więc lecture należy rozumieć jak w języku angielskim. Słowem: słucham audiobooków. W trasie przejechanych grubych tysięcy kilometrów wysłuchałem już chyba każdą lekturę szkolną, od Chłopów po Nad Niemnem (nadrabiam braki z czasów szkolnych). Na chwilę obecną audiobooki oferowane są głównie komercyjnie, toteż od czasu do czasu pozwalam sobie na taki kulturalny nabytek. Kierując się przy wyborze, oprócz upodobań i zainteresowań, także zasadą jak największego zasięgu za stała abonamentową opłatę.
Ostatnio wysłuchałem biografię Nikoli Tesli napisanych przez Przemysława i Krzysztofa Słowińskich pt. Władca Piorunów. Było to ponad kilkanaście godzin słuchania, co przy średniej 70 km/h (drogi krajowe a czasem też autostrada) wyszło tak ponad 1000
km. Było to bardzo ciekawy i przyjemny kawał drogi. Książka napisana jest bardzo sprawnie i z właściwymi, jak mi się zdaje, proporcjami między danymi faktograficznymi, a powieściową historią. Jest kompletną opowieścią o tym geniuszu i wynalazcy. Wysłuchałem całej historii o współpracy z Westinghouse, konfliktu z Edisonem, pierwszych pionierskich eksperymentów z bezprzewodową transmisją energii i sygnałów. O wielkimi zamiarach i obietnicach, o walce o pieniądze i patenty, o kłopotach i sukcesach, o całym życiu tego ekscentrycznie ciekawego człowieka.
Ja osobiście miałem przez chwilę okazję znaleźć się w cieniu Tesli, tuż nad wodospadem Niagara postawionym pomniku największego elektryka, dokładnie w miejscu jego największego sukcesu – pierwszej wielkiej elektrowni wodnej.
Dotknąłem spiżowego odlewu – zaiskrzyło.
Nie potrafię powiedzieć czy była iskra geniuszu, czy tylko efekt elektrostatycznego wyładowania. Ale było, i super.
Wracając do samej książki – serdecznie polecam lekturę (jako książkę lub audiobook), jest wartościowa i merytoryczna, no może poza ostatnim rozdziałem.
Dwie okładki edycja z 2014 i 2018 roku. 
Tutaj już (moim zdaniem) autorzy w swoich dociekaniach troszkę za daleko zaszli, meteoryt Tunguski to jednak nie to. Chociaż jak to u Tesli – dużo elektryki i dużo prasowych dociekań, wszystko jest możliwe. Słowem – jest napięcie.

sobota, 29 września 2018

Wobulator cześć 2 czyli długa droga od pięknej teorii do praktyki

Na początku była PRAKTYKA i była ona u człowieka. I człowiek był praktyczny - robił najprzeróżniejsze rzeczy nie zdając sobie sprawy z tego, że może istnieć coś takiego jak TEORIA. Poznawanie świata (od Ewy począwszy) doprowadziło do powstanie i rozwoju wszelkiej maści TEORII, czyli modelowego uproszczenia RZECZYWISTOŚCI.
Święty Graal stroicieli  Cel całej wobulacyjnej działalności.
Powstało wiele sentencji o łączeniu teorii z praktyką, ale aby Coś naprawdę funkcjonowało, to to Coś musi opierać się na tych dwóch fundamentach. Może być zrodzone w TEORII, ale działać może jedynie w PRAKTYCE. Aby to się Coś stało, to musi zdarzyć wiele, z tego co się stało.

Przystępując do budowy wobulatora wg. opisu Steva N8NM opierałem się na założeniu, że publikowany schemat jest nie tylko dobrze przemyślany, ale i praktycznie wypróbowany. Okazało się to założeniem teoretycznym.

Przechodząc do opisu uruchamiana wobulatora, i rozpoczynając od generatora sygnału piłokształtnego:
  • obwody wyjściowe 555 - sterowanie diodami LED okazały się całkowicie zbyteczne, ot taka "kość ogonowa" całego pomysłu – pozostałość po poprzednich schematach. Może i służąca kontroli napięcia i działania generatora, ale w tej chwili bezużyteczna. Jakoś tak zapatrzony w schemat zamontowałem i pozostała. Planuję użyć wyjścia 555 do wygaszania plamki na powrocie - zobaczymy.
    Na razie zostawiłem - ku ozdobie.
  • częstotliwość przemiatania (czyli sygnału piłokształtnego) jest w oryginalnym układzie zdeterminowana pojemnością kondensatora całkującego oraz prądem stałym generowanym w układzie lustra prądowego. O ile ta pojemność (1uF)  jest po prostu fajna i na dodatek miałem taki ładny kondensatorek o małych wymiarach, to prąd determinowany jest (głównie) przez wartość rezystora R5 – w modelowym układzie było to 15kom. Jak to się złożyło razem to się okazało, że częstotliwość przemiatania wynosi ponad 160Hz.
    Tu mamy163Hz z zatrzymaniem - bez schodka to ponad 200Hz wyciągało.
    Nie ma żadnych powodów by tak często ganiać plamkę na ekranie oscyloskopu. W spotykanych konstrukcjach (nie tylko tych najstarszych) często stosuje się 50Hz i to sinusa. Tutaj pewnego rodzaju kompromisem okazała uzyskana przy 68kom-ach, częstotliwość trzydziestu kilku Hz. Wystarczy, by obraz nie migał nadto na ekranie.
    Jest kropka, i to ładna.
    A i nie za szybko by generator w.cz mógł się przestroić.
  • drugim układem czasowym to układ różniczkujący,zatrzymujący na chwilę ładowanie kondensatora, słowem generujący schodek. Założyłem, że częstotliwość generatora w tym miejscu (a i plamka na ekranie oscyloskopu) będzie stać w jednym miejscu co najmniej 1ms – tak aby umożliwić pomiar częstotliwości znacznika – wzorem rozwiązania stosowanego w ruskim wobulatorze. Trzeba było zwiększyć rezystancję z 10 do 33kom, tak aby na 1,5 ms plamka się zatrzymała.
    Schodek na 1,7ms - wystarczy. 37Hz - nie mruga
  • komparator - też pozmieniałem potencjometr linowy 10k o charakterystyce B - czyli liniowej - tak to teraz chińczycy oznaczają. Dawniej B to był logarytmiczny. A i rezystory też inne - chodzi  to by plamka mogła się schować. czyli napięcie na potencjometrze mogło być tak ciut mniejsze niż 1/3 Uzaś i ciut większe niż 2/3 Uzaś - przy skrajnych nastawach.
    R1 i R31 do zmiany. Po kilka kiloomów, tak by na R2 zakres 2,4V do 5,6V móc ustawić.
  • kolejnym miejscem, gdzie zastosowałem odejście od schematu teoretycznego była budowa pierwszego wzmacniacza operacyjnego – wtórnika. Pierwsze „ale” to poziom sygnału na wyjściu. Sygnał z 555 ma poziom od 1/3Uzas do 2/3Uzas czyli przy 8V to jakieś od 2,6 do 5.4V. No nie jest wykorzystany zapas napięcia regulacyjnego. Po to by zbliżyć się do 6V zmiany (p-p) wystarczyło dodać 220kom do już zamontowanego rezystora 100k (R12) i mamy rozwiązanie. To 6V zmiany jest uwarunkowane napięciem dla warikapów.  Przyjąłem 1V jako minimum (diody muszą być spolaryzowane zaporowo) do około 7V jako maksimum – więcej na wyjściu ze wzmacniacza operacyjnego przy zasilaniu 8V się nie uda uzyskać. Ustawienie napięcia na wyjściu wzmacniacza (8) ustawiłem centralnie +/-3V . Tak by zmiana R13 (wielkość przestrajania ) nie zmieniała częstotliwości środkowej.
Trochę się tu zmieniło
  • kolejny układ to wyjście napięciowe do sterowania osią X oscyloskopu. W projektowym układzie miało ono podwójną amplitudę wejścia Uwyj= Uwej*(1+R20/R19), ale nie było symetryczne. Jak podnieśliśmy na poprzednim stopniu sygnał do 6V p-p to to tutaj wyjście oparło się o wydajność napięciową wzmacniacza (ciut ponad 7V). Proste dodanie trymera i przepięcie rezystora 100kom daje możliwość finalnej symetryzacji i pełne wykorzystanie sygnału do sterowania osi X oscyloskopu.
    Niby nic, a wiele zmienia.
    Niby często jest w oscyloskopach BIAS, ale jeśli mamy symetryczne +/-6V to jest super.

Tu nastąpi przerwa układowa i w kolejnym odcinku przeskoczę do samego generatora przestrajanego.
Tak patrzę na ten poprawiany i zmieniany schemat, powstający po malutku wobulator i się nie dziwię, ile pracy, prób dzieli TEORIĘ od PRAKTYKI. Tyle, że po tym wszystkim powstanie DOŚWIADCZENIE, które kiedyś poprawi TEORIĘ, tak by od PRAKTYKI mniej odstawało.
Tu to już nawet generator widać!

Cokolwiek się stało, to przez PRAKTYKĘ się stało.


sobota, 15 września 2018

Owsiana 14 czyli ruina w ostatnich letnich promieniach

Telefunken ( podobnie jak Philips) był aktywny na polskim przedwojennym rynku radiowym. PZO i PZT powstawało wiele większych i mniejszych zakładów. Zazwyczaj reprezentujących nowoczesne podeście do biznesu i technicznych rozwój.
Przedwojenna reklama Telefunkena ((dzięki uprzejmości Darka)
Telefunken wykupując i rozbudowując hale produkcyjne po firmie Sidol przeniósł się ulicę Owsianą numer 14, wraz z produkcją odbiorników. Wcześniej warsztaty mieściły nie na Polnej, Długiej czy Rakowieckiej. To na Kamionku powstawały modele opisane w kalendarzyku Telefunkena na 1939 rok łącznie z najlepszymi przedwojennymi odbiornikami.
Telefunken - model nieco późniejszy.  (foto i radio Darka)
Może, aż takiego rozmachu jak holenderski konkurent nie przejawiał, jednak stopniowo się rozrastał i rozbudowywał produkcję. W 1937 roku przeniósł warsztaty produkcyjne na dynamicznie podówczas rozwijający się Kamionek.
Ta część prawobrzeżnej Warszawy była czymś na kształt przedwojennej Krzemowej Doliny. Obok fabryki Szpotańskiego, Braci Borkowskich (BRABOR)), PZO i PZT powstawało wiele większych i mniejszych zakładów.
Zazwyczaj reprezentujących nowoczesne podeście do biznesu i technicznych rozwój. Telefunken wykupując i rozbudowując hale produkcyjne po firmie Sidol przeniósł się ul. Owsianą wraz z produkcją odbiorników. Wcześniej warsztaty mieściły nie na Polnej, Długiej czy Rakowieckiej. To na Kamionku powstawały modele opisane w kalendarzyku Telefunkena na 1939 rok łącznie z najlepszymi przedwojennymi odbiornikami.
Po wejściu Niemców zakłady Telefunkena na Owsianej zamknięto i budynki zajęła Fabryka Konserw „Wanda” własność braci Pakulskich.
Po nacjonalizacji w 1950 r. dalej produkowano konserwy, po czym przebudowano pomieszczenia na biurowiec i hotel pracowniczy zakładów Cora.
Dziura w siatce wygląda jak zaproszenie.

Teren mocno explorowany - jak widać.
Nie ma Telefunkena, nie ma firmy braci Pakulskich nawet Zakładów Cora też nie ma. Pozostały budynki. Uniwersytet  SWPS i dodał młodzieńczego wigoru temu miejscu. Zobaczymy.
Brama i  odrzuca (zapachem) i wciąga (możliwościami)

Budynek dyrekcji

Jest już nawet szyld. To jedna z propozycji.

Klatka schodowa.

Kiedyś było naprawdę ładne. Kiedyś.

 Łącznik

Jeszcze trzyma


HAS NO LIMIT - można zrobić wszystko

"Nasi tu byli!" - chce się powiedzieć, jest i but, i pusta flaszka.
Zdewastowane, niszczejące i czekające na kogoś, kto je uratuje. Czy tak się stanie – zobaczymy. Na razie drapieżnie rozrasta się na Kamionku deweloperska tkanka mieszkaniowa. Pożera coraz to nowe parcele, wprowadzając nowych mieszkańców, ich nowe historie i życiową energię. Jest to ożywcze dla Kamionka, dobre. Może zatem uda się ocalić to miejsce? Zmienić funkcję i przeznaczenie. Tak jak po sąsiedzku dawną fabrykę Szpotańskiego zasiedlił Uniwersytet  SWPS i dodał młodzieńczego wigoru temu miejscu. Zobaczymy.
Nowe się przyjmuje na Kamionku.

W najbliższym sąsiedztwie znajduje się słynna Kamienica Leona Doleya,
Kamienica Doleya od tyłu.
słynna nie tylko swą historią w czasach świetności, urzędniczą batalią o wymuszenie remontu, ale także tym że była magicznym miejscem – tu rodziły się prawdziwe lampy radiowe. 
Wszystko da się uratować – tak wyglądał Telefunken przed renowacją przeprowadzoną przez Darka z Białegostoku (dziękuję za udostępnienie zdjęć).
Telefinken stan zastany (foto i radio Darka)
Trzeba tylko chcieć.

P.S. Podobno na Woli zburzono ostatni budynek ZRK (czyli Philipsa). Telefunken jeszcze stoi.