poniedziałek, 28 października 2019

Erzac czyli nie wszystko da się zrobić na skróty.

Wśród ludzi lubiących dobrą, bardzo dobrą jakość dźwięku dużym uznaniem cieszą się niemieckie odbiorniki z końca epoki lampowej, już stereofoniczne. Były z dużą troską projektowane i budowane. Niektóre z nich otrzymały już wzmacniacze mocy na tranzystorach germanowych - jak Telefunken, którego miałem okazję naprawić. Ale kultowe są takie cało-lampowe, tu oprócz inżynierów też księgowi swoje zdanie mieli i w niektórych modelach zastosowano taką lampę jak ECLL800, trzy układy w jednej bańce. Wydaje się, że była tańsza w produkcji niż trzy oddzielne lampy, obecnie dosyć rzadka, przez to cenna.
Do Zygmunta trafił odbiornik  CORTINA IMPERIAL J766 na przegląd i podmianę tych cennych lamp na parę EL95 na adapterze. Taki to adapter jest oferowany na Al..ro jako funkcjonalny zamiennik lampy ECLL800 poprzez dwie EL95.
Adaptery i czwórka EL95. Widać jedna nogę słynnego rezystora.
Ja myślałem że to jakieś nieporozumienie -  nie bardzo widzę tu triodę stosowaną do odwracania fazy ! Ale okazało się, że adapter działa. Problem tylko jak.
Jedna bańka i cały stopień Push-Pull.
Zygmunt nie dysponuje bogatym oprzyrządowaniem, trudno wykonać szczegółowe pomiary toru elektroakustycznego. Nie mniej czułe ucho i wieloletnie doświadczenie procentuje. Prostymi metodami można uzyskać wiele. Jednym z takich łatwych i bardzo wiarygodnych pomiarów jest poziom przydźwięku sieciowego na głośniku. Kryterium mówi, że w popularnym odbiorniku jest dobrze, gdy napięcie zmienne mierzone na głośniku nie przekracza 5 mV przy braku sygnału i rozkręconym potencjometrze głośności. Można by to było odnieść do mocy nominalnej, przeliczyć przez decybele i byłby parametr, który byłby przyczynkiem do dyskusji w gronie audiofilów. A dla serwisanta jest to sygnał, który mówi o stanie kondensatorów elektrolitycznych, o prowadzeniu masy i nawet o magnetycznych sprzężeniach między transformatorami.
Tu mamy sprzęt Hi-Fi ale poziom 0,5mV przy lampie ECLL800 był miłym zaskoczeniem. Nie należy się dziwić, że wytrenowane ucho ceni dźwięk z takiego radia.
Dwie ECLL800 - piękne i cenne.

Zagadką był sam adapter na dwie EL95. Jak się okazało po zainstalowaniu takie erzacowe rozwiązanie działa. Tajemnica adaptera to rezystor, który z  anody jednej lampy podaje napięcie na siatkę sterującą drugiej. Jasne - sama lampa odwraca fazę o 180 stopni, więc niby mamy problem z głowy. Radio gra, stopień push-pull działa, w klasie A i dla niewielkiego wysterowania w klasie  A-B nie ma to znaczenia, sprzężenie zwrotne robi swoje i ucho nie czuje większego poziomu zniekształceń, jak na warunki warsztatowe. Może w przygotowanym studiu odsłuchowym wytrenowany słuch wychwyci różnicę, ale to już domena audiofili. W stopniu push-pull pracującym w klasie B, a tak jest we wspomnianym odbiorniku, zastosowanie tego rozwiązania jest ułomne, bo dla sygnałów powodujących zatkanie jednej sterowanej akurat lampy nie powoduje pojawienia się napięcia na uzwojeniu anodowym transformatora, które można użyć do wysterowania  drugiej lampy.
Przy adapterze nawet w warsztacie słychać jeszcze inny problem. Pojawia się wyraźny przydźwięk, mierzony to ponad 20mV. Tego już nie można pominąć, nawet w takim zastępczym rozwiązaniu. Analiza rozwiązania podpowiada , że to napięcie przydźwięku normalnie występujące w napięciu anodowym,  jest (wraz z sygnałem) podawane na siatkę drugiej lampy i tam wzmacniane ! Nawet spora wartość dzielnika napięć nie hamuje jego propagacji. I stąd mamy te dziesiątki mV. Rozwiązanie z adapterem i tylko dwoma lampami EL95 jest dobre przy zastępowaniu lampy ELL80.
Dobrze byłoby powrócić do standardowego rozwiązania z dodatkową triodą jako odwracaczem fazy.

Układ triody sterującej z obliczonym przez Zygmunta punktem pracy.
Sensowne jest użycie lampy EC92 (połówka ECC85) spotykana w głowicach UKF.
EC92 bez podstawki, znaczy się z podstawką zastępczą.
 Lampa taka u Zygmunta była, ale zabrakło wolnej podstawki 7-pinowej. Aby wypróbować to rozwiązanie trzeba się było posłużyć improwizacją – nóżki na kabelkach. Udało się – przydźwięk powrócił do poprzedniego poziomu - zmierzono 0,4mV, w sąsiednim kanale jest 20mV. W mocy przydźwięku jest to różnica   x2500, w decybelach 34dB. No wartość nie tylko dla audiofila znacząca.
Końcówki w sesji porównawczej.
Już jadą do Zygmunta podstawki i nowe lampy EC92 – będzie to zrobione z inżynierską solidnością.
Dobrze by zamiast erzac-ów, ktoś postarał się więcej i dodał jedną więcej podstawkę w adapterze. Nie będzie cudowania, nie będzie przydźwięku.

poniedziałek, 21 października 2019

Starsza siostra Chopina czyli lepiej mniej ale lepiej


Kiedyś studiując numery Radioelekronika (czy jeszcze Radioamatora i Krótkofalowca) natrafiłem na ciekawy schemat. Odbiornik Chopin Stereo. Tranzystorowa końcówka mocy, ale jeszcze z lampami w części radiowej. Były to czasy, gdy tranzystory w.cz. to był rarytas a ludzie się dopominali amplitunerów stereo, sprzętu Hi-Fi.
Teraz po wielu latach, gdy pojawiła się ciekawa oferta na portalu aukcyjnym, Chopin szybko znalazł nowy dom.
Chopin R5932
W kilka miesięcy  później dołączyła do kolekcji jego (jak się okazało) starsza siostra czyli Halka.
i Halka R4932
Odbiorniki te różnią się w zasadzie tylko rozwiązaniem wzmacniacza mocy. Halka czyli Videoton 4932 ma wzmacniacz jeszcze na lampach ECL86,
Dwie ECL86 w końcówce Halki.
 Chopin (Videoton R5932-115) już na germanowych tranzystorach, no i większej mocy. Po odczekaniu swojego na półce w kolejce pierwsza na warsztat trafiła Halka. Jak się okazało radio było dostosowane (częściowo) do wyższego UKF, ale perspektywiczne tj. dające znaki życia. Po otwarciu obudowy okazało się, że jak to się mówi :”nasi już tu byli”. I muszę przyznać, że wiedzieli co robili.
Kondensatorki powymieniane.
Krzemowe diody zamiast silikonowego prostownika, w anodowym obwodzie dodatkowy rezystor, oryginalny (i pewnie uszkodzony) elektrolit zamieniony dwoma domontowanymi kondensatorami, a przy głowicy znalazł się konwerter standardów UKF. Poza tym wymienione zostały praktycznie wszystkie kondensatory elektrolityczne i papierowe, widać ktoś kto to robił wiedział co trzeba.
Te papierowe kondensatory na transformatorach pracują w sprzężeniu zwrotnym zbocznikowane 330omowymi rezystorami. Nawet duża upływność nie przeszkodzi.
 Tam gdzie nie było sensu wymieniać na takie bez upływności pozostawił papierowe. Nie mniej kilka swoich poprawek zdecydowałem się zastosować. Po pierwsze ten dodatkowy rezystor w anodowym był trochę za duży i za bardzo redukował napięcie, grzejąc się przeokropnie. Zamiast 360 om dałem 100 om, przy napięciu na transformatorze ustawionym na 240V mamy anodowe jak na schemacie (250V). Co więcej okazało się, że tą przestrzenną konstrukcję z klejem mocowanymi kondensatorami 2x200uF dało się ładne zastąpić zestawem 200uF+100uF, na płytce mocowanymi.
Dwaj 200uF koledzy trytytką złączeni. No mi się to nie podoba.
Problem z przydźwiękiem pozostał, ale jak to opisał kolega Bratyslaw z Elektrody, to raczej prowadzenie masy główną winę ponosi. To mam do jeszcze zrobienia.
Tutaj też takie kondensatory w zasilaniu konwertera.
W tym bardzo dobrze przygotowanym opisie, jak i innych miejscach w cyberprzestrzeni jest instrukcja przestrojenia na zakres CCIR. Instrukcja tak prosta, aż trudno uwierzyć, że poprawna.
Z opisu kolegi Bratyslawa - komentarze moje.
 Jak by prosto z książek Wojciechowskiego podana. Drażni mnie osobiście stosowanie konwerterów, więc z radością wylutowałem to ciało obce i postępując zgodnie z opisem z głowicy usunąłem dodatkowe cewki (z karkasami) oraz kondensatory do cewek wariatorów dolutowane. Myślałem, że to jakiś żart, żeby wylutować po całości, ale w praktyce okazało się, że pojemności montażowe są takie jak trzeba.
Korekta do instrukcji serwisowej.
Wyglądało to nawet jakby głowica była projektowana i budowana CCIR, a do OIRT dodatkowymi elementami przymuszana. Dziwne, bo Węgrzy też dali się w niski UKF wmanewrować. No chyba, że miała ona (głowica znaczy się) jakiegoś niesocjalistycznego przodka.
OIRT  Wytęż wzrok !

i masz CCIR !
Zakres przestrajania dało się ustawić a 87,5 do 102 MHz – dla mnie wystarczy. Trochę kusi by troszkę przeciągnąć tak do 104.9MHz by móc posłuchać Programu Drugiego PR, a w nim narodowej opery. W końcu mamy Rok Moniuszkowski i rad nie rad, człowiek powinien arii Jontka posłuchać. I to na takim sprzęcie.
Okazało się, że mniej elementów (konwerter, dwie cewki i dwa kondensatory) to lepiej. Radio gra, no jeszcze nad stereodekoderem trzeba będzie popracować, bo mój poprzednik widać nie tylko wnętrze głowicy omijał, ale i tą płytkę też. Nie tykana.
Dziewiczy stereodekoder.
 Dla mnie to będzie wyzwanie – do tej pory nie naprawiałem i nie stroiłem żadnego takiego tranzystorowego ustrojstwa. Ale i tu kolega Bratysław wszystko ładnie opisał. Idę w ciemno – musi się udać.

niedziela, 29 września 2019

Przystawka czyli w razie potrzeby należy zbić szybę


Przystawka to było takie magiczne słowo w kuchni mojej Mamy.
W czasach gdy prowadziła pensjonat tylko w szczególne dni obiad uzupełniany był podawaną przed zupą przystawką. W latach osiemdziesiątych trzeba było improwizować, zdobić tę przystawkę z tego co było dostępne, ale Mama zawsze potrafiła. I zawsze było to coś extra, coś co czyniło ten posiłek wyjątkowym. Ale w tamtych czasach to i telewizor miał przystawkę, taką do odbioru II programu TV. Wiertarka miała przystawkę udarową, słowem przystawka to było coś!
Po zbudowaniu zasilacza do formowania i badania upływności kondensatorów okazało się że przyrząd działa jak należy, ale podłączyć do niego w zasadzie można tylko kondensatory osiowe. 
Typowe stojące to już lepiej w radiu formować. Podłączamy wtedy kabelkami zaraz po selenowym prostowniku plus i minus. Zaleta takiego rozwiązanie to fakt, że możemy formować kondensatory elektrolityczne w naprawianym odbiorniku bez wymontowywania. Oczywiście przy tej operacji radio musi być wyłączone z sieci !!!
 Lampy mogą pozostać – bez żarzenia są tylko próżniowymi bańkami. Dla typowych, takich nakrętką mocowanych kondensatorów elektrolitycznych luzem trzeba było coś wymyśleć. Już kombinowałem z jakimś przemyślnym uchwytem do zacisków mocowanych, a to z jakąś szyną aluminiową, gdy wzrok mój padł na skarbonkę, taki śmieszny fant sprzedawany w sklepach z gadżetami i w zasadzie nadający się do niczego, jak to gadżety mają w zwyczaju. 
Ale skarbonka miała kształt, materiał i kolor nawet taki fajny. Szybko w wyobraźni wyrosła konstrukcja, a że prosta i niewymagająca to w jeden wieczór się zmaterializowała. Szybkę zbiłem, to nie było szkło, tylko jakieś takie kruche i nietłukące się tworzywo.
 Za płytę mocującą 4 kondensatory elektrolityczne, posłużyła dwustronna płytka laminatu. Wybrałem dwustronną, gdyż w zamiarze nakrętki miały być przylutowane od spodu i kondensatory należałoby wkręcać, ale okazało się to niepotrzebne, lepszy byłby laminat jednostronny – miedzą na zewnątrz.

Jedna elektroda (ujemna – minus na obudowie) to ta płytka, druga to pewien kłopot konstrukcyjny. Zastosowałem 4 krokodylki przyłączone na krótkich i arcy-giętkich bo silikonowych kabelkach.
 Krokodylków mam od groma, bo swojego czasu dałem się skusić na całą paczkę za 19.90 zł w  supermarkecie. 
Ale o dziwo, to proste rozwiązanie działa i jednocześnie jestem w stanie podłączyć 4 podwójne elektrolity i wszystkie równocześnie formować.
A jak krótkie doświadczenie uczy, że formować trzeba. Po długim okresie składowania zajmuje ono co najmniej kilka godzin, aż prąd upływu spadnie tak to 30 czy 50 mikroamper. Co uważam za bardzo dobrą wartość, a kondensator pełnowartościowy, tak jak świąteczny obiad z przystawką.

sobota, 21 września 2019

Przecza czyli radiowy hotspot w Starej Szopie

Hot-spot to „gorące miejsca”, gdzie wśród zupełnie nie wyróżniającego się otoczenia jest coś co jest gorące i aktywne, promieniuje i oddziałuje na otoczenie. Po raz pierwszy z tym terminem z języka angielskiego zapożyczonym spotkałem się w czasie studiów w 1986 roku. Była to ulotka ostrzegająca przed pozostałościami wybuchu w Czarnobylu, które wiatrem niesione mogły znaleźć się i w Polsce. Było tam wezwanie do ostrożności, do wymiany piasku w piaskownicach. Były to hot-spoty w całkowicie radio-aktywnym sensie, najbardziej gorącym. Stopniowo termin Hot-Spot rozpowszechnił się przy okazji wi-fi czyli miejsca gdzie można skorzystać z bezprzewodowego (czytaj radiowego) dostępu do sieci. Kto potrzebuje podłączyć się do Internetu, a nie ma w pakiecie to szuka i biega po mieście szukając Hot-Spotów. Termin ten wszedł już powszechnie do naszego języka i przypuszczam, że w Słowniku Wyrazów Obcych już jest. Jeśli nie to będzie w kolejnym wydaniu.
Przydałoby się zaglądnąć jak to się pisze poprawnie, z myślnikiem czy bez?
Jest Menuet. Też czeka na swój czas.
Dla mnie też pewnie miejsca na mapie Polski są takimi hot-spotami, gdzie człowieka ciągnie by choć na chwile się pojawić, podładować akumulatory dla swojej pasji, wymienić informację. Jednym z takich najgorętszych jest Przecza. Spytacie gdzie to – spieszę poinformować, że pod Opolem. Niby mała i spokojna wieś, zadbana ale niewyróżniająca się . Ma wszystko co lokalnej społeczności potrzebne: jest kościół, sklep, biblioteka jest i przedszkole. Mają nawet własną stację kolejową, no może nie stację, ale przystanek.

Jest też jedno miejsce gdzie radio jest najważniejsze. To muzeum/warsztat kolegi Włodka.
Rzec by należało, to nie warsztat tylko profesjonalnie działająca, komercyjnie dostępna (ta ważne), pracownia renowacji i napraw odbiorników radiowych „Stara Szopa”.
Warsztat, jak najbardziej profeska.
Ekspozycja z magazynem w jednym.
Jestem pełen podziwu (to dobre) i zazdrości (nieładnie, ale się przyznam), że udało się tutaj pasję do radia doprowadzić na poziom mistrzowski.
A jednocześnie jest to miejsce gdzie radio dosłownie promieniuje, nie tylko na miejscowość – Włodek organizuje zajęcia dla przedszkolaków!!!

Ale też i udziela się w regionalnej telewizji.

Ile razy mam możliwość, to lekko z trasy zjeżdżając – do Przeczy wpadam na kawę i rozmowę. Pooglądam co na warsztacie, czasem coś podpatrzę i cały czas zazdroszczę, że się udało zamienić hobby na zawód.
Włodek jest aktywny też w Internecie i na Facebooku. Zapraszam do polubienia, ja z nieustającą ciekawością podglądam co trafia na warsztat i co z niego wychodzi.
Przecza to jest naprawdę bardzo radio-aktywny Hot-Spot w Polsce, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Chociaż jak spojrzę na mapkę opadu po Czarnobylu to troszkę się obawiam czy Włodek nie zacznie koło swojego warsztatu zaraz biegać z dozymetrem.
Mapa skażeń cezem - za http://czarnobyl1986.info
 Mam nadzieję, że tamte hotspoty, o których ulotka przestrzegała już wygasły, a ten w Starej Szopie będzie promieniował coraz bardziej.

wtorek, 17 września 2019

Niepotrzebne lampowce czyli drugie życie U719

W kumulacyjnym punkcie radiowej gorączki moje zainteresowanie sprzętem lampowym sięgało zenitu, a ja sam sięgałem po wszystko co tylko lampowe było. Z nazwy lub zawartości. Niby to w zasadzie, że „lampowe” to lepsze, dużo lepsze. Kupiłem kiedyś coś, co wydawało się być bardzo na miejscu – woltomierz lampowy. Kiedyś cudo, o wielkiej oporności wejściowej miernik - przez co w minimalnym stopniu wpływającym na sam obwód mierzony. Powstawały opisy jak taki przyrząd zbudować, powstawały też  i same  woltomierze.
ELPO U519
 Kupiłem, przyznam się, za śmieszną cenę. Troszkę w warsztacie powstał, ale ani bardziej poręczny, ani dokładniejszy, ani … no żadnych zalet w stosunku do V640 nie posiadał. Został odstawiony w kąt jako zapomniany zabytek z czasów lamp schyłkowych.
Jednocześnie doskwierał mi brak zasilacza do kontrolowanego formowania kondensatorów elektrolitycznych.  Radziłem sobie montując od czasu do czasu stanowisko składające się z zasilacza anodowego (też lampowego), miernika napięcia (do jakiego formujemy) i miliamperomierza mierzącego prąd formowania. Ani to wygodne, ani bezpieczne, ani … no żadnych zalet takie rozwiązanie nie posiada.
W Internecie jest sporo opisów różnych konstrukcji „capacitor reformer”, ale jakoś tak nie wiedziałem co będzie dobre i użyteczne - sprawę mojego reformatora odkładałem na zaś. Dopiero zdrowe kopnięcie anodowym napięciem przy kolejnej zabawie sprawę zdecydowanie do przodu posunęło. A i pojawiła się ładnie na video pokazana konstrukcja kolegi Manuela. Ładna, elegancka wręcz – żal by się nie pokusić o powtórzenie. Tyle, że wymaga ona (oprócz dziesiątek innych elementów) także: transformatora, woltomierza i mikroamperomierza jak i stosownej obudowy. Już przeglądałem Alleg..o w poszukiwaniu parki wskaźników wyskalowanych do 400V i 100uA, już kombinowałem jak wykonać obudowę, gdy wzrok padł na … U719.
No obudowa tam jest, transformator z jakimś anodowym napięciem też, no jest  też ładny miernik wychyłowy i kilka przełączników. Dobra, będzie reinkarnacja. Będziesz Ty żył nowym życiem, z napięciem.
Organy wycięte.
Z radością zapuściłem się do wnętrza by badać konstrukcję tego przyrządu pod kątem użyteczności organów do nowej funkcji. Miernik sam z siebie okazał się być hybrydą lampowo- tranzystorową.
Germany krajowej produkcji, z pięknym TG70 na radiatorze, odpowiadały tylko za stabilizacje napięcia żarzenia i referencyjne.

Część pomiarowa oparta była o „elektrometryczną” lampę M8136, czyli ECC82  w specjalnym wykonaniu.

Zawartość przyrządu o pechowym numerze 1313 okazała się bardzo konstrukcji „reformera” pomocna.
1313 - jak numer nocnego osobowego Warszwa Wszchodnia- Zakopane. Kto jeździł to pamięta.
Kluczowy był transformator. Oryginalnie dobrze w uzwojenia obdarzony, sekcyjne pierwotne 2x110V+ trochę uzwojeń dla kombinacji, gdyby 127V czy 237V trzeba było złożyć.
 Żarzenie nadawało się jako pomocnicze do zasilania niskowoltowej części. Wtórne anodowe było za niskie, ale za to podwojeniu, pięknie 500V na kondensatorach mogło dać. I dało. Ciekawa i bardzo podatna na przebudowę okazałą się mechaniczna cześć konstrukcji. W całości skręcana, z dystansami nieprzeliczonymi śrubkami M3 i M4.
Tylko to się ostało.
Front okazał się dwuwarstwowy, pod malowanym szyldem z sitodrukowym opisem, druga aluminiowa blacha stanowiła konstrukcję nośną dla potencjometrów i przełączników. Sam ustrój MEA nie był tak doskonały jak w V640, ale moje przeogromne zdziwienie i zaskoczenie wywoła mała karteczka z napisem 10uA. Nie spotkałem się z tak czułym mikroamperomierzem, raczej liczyłem na coś w granicach 100uA, a tu proszę - dziesięć razy więcej. Znaczy się mniej dziesięć razy.
10 uA
Ostatecznie szanse na nowe życie otrzymała obudowa wraz z wewnętrzną konstrukcją, obwód sieciowy (kabel, bezpiecznik), transformator, radiator, jeden z przełączników obrotowych, pokrętła i inne.
Układ elektryczny przebudowanego przyrządu to modyfikacja kolegi z Madery. W zasilaczu jest  powielacz napięcia. Miałem takie fajne kondensatory elektrolityczne 15uF/350V z mocowaniem w otworze (mniejsza średnica niż typowych) i drutowych wyprowadzeniach obydwu elektrod. Do odbiorników radiowych się nie nadawały, a tu okazały się super.
Już są elektrolity
Zaraz na ich wyprowadzeniach zamontowałem rezystory 260kom/2W do rozładowywania po wyłączeniu z sieci ale i dla symetryzacji napięcia też. Dlaczego użyłem 260kom – po prostu takie miałem w lekkiej nadwyżce i się nadawały. Regulator napięcia wg. projektu oryginalnego (z jedną znaczącą zmianą – o tym później). Jakimś trafem miałem potencjometr liniowy 1Mom i to z wyłącznikiem. Pozwało to zbudować regulację napięcia tak, że wyłączenie przyrządu (a o tym raczej się pamięta) jednocześnie ustawia napięcie wyjściowe na minimum – w moim wypadku 50V.
Koncepcja front-plate.
Trochę zabawy było z przeniesieniem przełącznika w miejsce potencjometru, a potencjometru w miejsce po przełączniku – ale się udało. Aluminium w miarę łatwo się obrabia. Tą cechę wykorzystałem wycinając piłką włosowa prostokątny otwór pod cyfrowy chiński voltomierz 500VDC.
Repozycja niektórych organów regulacyjnych.
Jako tranzystor regulacyjny użyłem STB6NK90Z, akurat koledze Zygmuntowi  sypnęło darmowych elementów i taki był w zestawie (jak i 1N4007 czy diodę Zenera) – wszystko z paczki z darów. Postanowiłem, że moja konstrukcja będzie lepsza o ogranicznik prądu. Znalazłem nawet taki fajny układ na dwóch tranzystorach npn – proste i eleganckie. Nawet zbudowałem taką konstrukcję, działa (działała, bo zdemontowałem) super.
Wczesna koncepcja -oddzielna regilacja napięcia (jak w oryginale) i prądu (po prawej).
Tyle, że był to w szeregu drugi organ regulacyjny, Tylko po co. Z tranzystorem MOSFET układ ograniczania działa tak samo, a ten już mamy. Tak wiec mam ulepszenie konstrukcji kolegi. Ze względu na nieznajomość dopuszczalnego prądu w uzwojeniu anodowym, pozwoliłem sobie pozwolić (hi,hi!) tylko na 30mA na pierwszym biegu. Zmiana zakresu pomiarowego 30-10-3-1 mA wiąże się ze zmianą prądu ograniczającego. Tak że miernikowi nie grozi przepalenie, no jest „przeciążony o jakieś 10% nawet przy zwarciu wyjścia.
Działa!
Radiator chłodzi tylko tranzystor mocy, szkoda że MOSFET-ów już nie robią w obudowie TO-3, ładnie by wyglądał w miejscu TG70. Udało mi się zdobyć dwie bakelitowe łączówki, przez co montaż jest bez płytek drukowanych czy też uniwersalnych.
Po lewej układ wysokiego napięcia, po prawej zasilacze 8V dla woltomierza.
Z początku troszkę z nimi eksperymentowałem, ale jednak co tradycyjny montaż, to tradycyjny. Układ powstał troszkę w twórczym zapale i często zmieniała się koncepcja. Chiński laminat nie wytrzymywał przelutowywania. Jako napięcie zasilania miernika napięcia posłużyło napięcie żarzenia, jednopołówkowo prostowane i stabilizatorem 78L08 równo trzymane.
Wersja wcześniejsza z dwoma regulatorami.
Jako front wykorzystałem wydrukowany na domowej drukarce arkusz, pracowałam na kopii oryginalnego starając się zachować i wielkość i font i styl opisów. Tak jak w oryginale – w języku drugiej strefy płatniczej.
Jedna z koncepcji frontu.
Przykryte to 0,5mm plexi jest i ładne i (może) wystarczająco trwałe.
Ponieważ 10uA ustrój daje możliwość pomiaru mniejszych prądów, nią te które elektrolity potrzebują przy formatowaniu, to przyrząd ma jeszcze czulsze zakresy 300 – 100 – 30  czy 10 uA. Tu już nie udało się zapewnić ochrony ogranicznikiem prądu, ale ustrój jest też zabezpieczony. Opiszę to następnym  razem.
Przełącznik zakrewów mA.
Przyrząd działa nawet lepiej niż się spodziewałem i jestem z niego bardzo, bardzo zadowolony. Formując elektrolit widać stopniowe zmniejszanie prądu, jego fluktuacje – taki nieregularne machanie wskazówką. Zaś przy sprawdzaniu upływności np. kondensatorów papierowych już tej fluktuacji nie obserwuję.
Efekt prawie końcowy - jeszcze tylko trochę poprawek.
Dostał przyrząd drugie życie, już nie będzie poczwarą warsztatu, nawet mi pomacha.

Tak teraz patrzę na zasilacz anodowy - bez wskażnika, z niepotrzebnym gniazdkiem do zasilania oscyloskopu, z kiepską regulacją, oj coś mi się zdaje, że mam kolejny pomysł.