wtorek, 26 grudnia 2017

Dizajn czyli wrażenia z wystawy w Narodowym Muzeum

Drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia to dzień trudny. Obowiązki rodzinne w zasadzie spełnione (tylko szwagier ma przyjść wieczorem w celu posmakowania soku z dębowych klepek), jedzenie sporo zostało, pogoda ładna – jak w kwietniu. Coś trzeba robić. Spróbowałem zaprosić moją Panią na wystawę w Muzeum Narodowym – właśnie otwarto nową stałą Galerię Polskiego Wzornictwa


W zapowiedziach pojawiały się zarówno obiekty radio-techniczne, jak i tkaniny, krzesła, zydle i fotele zatem coś co nas wspólnie kręci. Muzeum czynne, bilety na wystawy stałe bezpłatne – dziękujemy dyrekcji MN podwójnie.  Na pierwszym piętrze urządzono wystawę.
Zamysł chronologicznego przedstawienia polskiego wzornictwa został zakłócony otwarciem nie tych co trzeba drzwi do sali. Aby dojść do początków trzeba się było cofnąć. Niby nic, a jednak psuje odbiór całej ekspozycji i wprowadza pewną dysfunkcję poznawczą. Przebaczam, ale tylko dlatego, iż jako źródło całej polskiej narodowej szkoły wzornictwa powołane zostały góralsko/zakopiańsko/witkiewiczowskie wzory.
Od parzenicy się zaczeło!
Jeden z moich serdecznych kolegów kończył szkołę Kenara i wiem, czuję i rozumiem ten zamysł by przedmiot sztuką był, a sztuka w przedmiocie się realizowała.
Radio pojawia się dopiero na końcu (czyli na początku licząc od wejścia). I powiem, że jestem średnio zadowolony. Okazów jest w sumie sztuk cztery, niby to dużo, biorąc pod uwagę ogólną liczbę eksponatów. Ale moim zdaniem nie są one reprezentatywne, no może poza jednym.
Gramofon Bambino – no ujdzie, ale już Bernard czy Daniel byłyby lepszymi eksponatami. Tu ilość wyprodukowanych egzemplarzy przeszła w jakość godną muzeum.
Ewa, no nie wiem w czym miała być taka szczególna, dla mnie Julia jest bardziej, bardziej kultowa, dopracowana, no po prostu lepsza. Koledzy w tranzytowych odbiornikach zakochanie mogą wskazać kilka swoich typów. Ewa, no była pierwsza w raju, ale tutaj – raczej nie.
EWA
Radmor jak najbardziej tak, po stokroć tak. Zwłaszcza w industrialnym ujęciu tej części wystawy. Jak w stopce w każdym poście na forum Triody pisze jeden kolega: Ludzie dzielą się na tych, którzy mają Radmora i tych , którzy chcą go mieć. Ja w dalszym ciągu jestem w tej drugiej grupie.
Autorzy wystawy, moim zdanie popełnili bardzo duży błąd, wręcz niewybaczalny, lokując wśród ikon polskiego wzornictwa (jak Fotel Chierowskiego 366)  tak popularną Szarotkę. Może i ona miała bardzo duży wpływ na postrzeganie przez rodaków wzornictwa radioodbiorników przenośnych, ale ona jest ona tak polska jak polską firmą jest Siemens. Szarotka to (mniej lub bardziej licencyjna) wersja siemenso-austriackiej Gazietty.  Błąd, duży błąd.
Trzyzakresowa, z wtyczką na pierwszym planie - no nie! Może wtyczka - ta kultowa PLR-owska.
A czego brakło, no zdecydowanie bakelitowego Pioniera. Nie tylko dlatego, że ponadczasowy, że doskonały w formie i funkcji, może Ramony, może ….. (tu wpisać swoje radio).
Mogę narzekać, krytykować, ale muszę zrozumieć. Cóż to jest wystawa stworzona przez znawców „dizajnu”.
W katalogu - brak informacji o "radiowych" eksponatach.
Tak jakby to słowo „dizajn” miało w jakikolwiek oddawać cechy narodowe, polskie i ojczyźniane. Oj, Witkacy by już to obsmarował.
Styl "zakopiański". Witkacego.
Co gorsza moją Panią martwi dodatkowy guzik w Chierowskim – u nas , a w wystawowym „oryginale” brak. Jak było w projekcie – no nie wiem.


Brakuje jednego tapicerowanego guzika.

Na wystawę zapraszam, ale w poniedziałki - bo wejście za darmo.     

piątek, 8 grudnia 2017

Audion czyli do czego mogą się przydać lampki choinkowe

Tak troszkę przed mikołajkami, dostałem od teściowej prezent, no właściwie to prezentem sensu stricte nie miało yto być – ot, przy sprzątaniu pawlacza „objawiły” się stare lampki choinkowe. Dokładniej kłębowisko trzech kompletów: starego PLR-owskiego, takich kupionych od Rosjan na stadionie oraz najnowszych migających wszystkimi możliwymi kombinacjami chińskich ledowych wynalazków.
Kto tego nie zna !
 Odżyły wspomnienia, żona się rozczuliła na widok lampek z głębokiego dzieciństwa. Ja, tak przy okazji, też przypomniałem sobie pierwsze lampki, które mój Tata własnoręcznie zbudował. Były bardzo prymitywne, z żaróweczek latarkowych, zasilane z 3 no może 4 połączonych w szereg płaskich baterii. Wiem, że sporo wysiłku wymagało zbudowanie tej świątecznej ozdoby, tym bardziej, że domowa „kolba” miała minimum 300W, a dostępna cyna była w laskach – typowo dekarskie wyposażenie.  Ale lampki świeciły i to ogromnie cieszyło a przy okazji tworzyło kolejne pytania – dlaczego świecą jaśniej lub ciemniej w zależności od liczby połączonych baterii? Dlaczego wszystkie gasną jeśli spali się tylko jedna? Itp. Tworzyło się zainteresowanie, dumanie nad prawidłowościami rządzącymi tym światem choinkowej elektrotechniki. Tak iskierka, która zda się roznieciła moje zainteresowania, hobby a w końcu i profesję.
Wracając do samych lampek – żelaznym punktem przedświątecznego czasu było „naprawianie lampek”, szukanie tej jednej spalonej – rozplątywanie tego szeregowo łączonego ustrojstwa. Tak i tym razem było.
W zasadzie to najbardziej zależało mi na wtyczce, właściwie dwóch.
Oczywiście najwięcej uwagi poświeciłem tym kultowym, z grzybkiem, latarenkami, z Jackiem i Agatką. Lampki były produkcji firmy? spółdzielni? czy innego zakładu pracy z Sopotu.
WOLMA - kto rozszyfruje skrót?
Niestety tworzywo po latach okazało się bardzo kruche, widać nie najlepszej było jakości i często „łapki” pękały. Po przemierzeniu omomierzem po kolei żaróweczek oczywiście okazało się, że są sprawne. Przy okazji kilka nadwątlonych kabelków podlutowałem, ale lampki nie świeciły w dalszym ciągu. Jak się okazało całkowitą odpowiedzialność za taki stan ponosił obcy element – radziecki wyłącznik.  Dziwna to i złożona to konstrukcja, w sumie kilkanaście elementów – nie dziwota, że po latach (pstryknięciach raczej) się zepsuł.
Dywersant utrudniał świętowanie - wyeliminowany.
Po jego wyeliminowaniu i podłączeniu radiowym sposobem – przez 75W żarówkę – lampki zapaliły ciepłym świątecznym światłem.
Przez kilkadziesiąt minut ozdabiały mój warsztat. Niestety jak to bywa - po przełączeniu na pełne napięcie 230V okazało się, że jedna z nich nie wytrzymała  – grzybek okazał się muchomorkiem – spalił się.
A szkoda, bo taki ładny. Duża cześć  żaróweczek z tego kompletu była bardzo nietypowa – bańki kształty miały wymyślne – widać wiele energii zostało włożone w to by i kolor, i kształt było troszkę magiczne - dzieci i dorosłych cieszyło.
Jacek i Agatka - po latach! Już nie to zdrowie a w środku ciągle blask.
Ale dlaczego poruszam ten temat lampkowy temat na „radiowym” blogu – otóż okazuje się, że lampki choinkowe i radio mają bardzo dużo wspólnego. Lee De Forest - wynalazca pierwszej praktycznie stosowanej lampy elektronowej czyli Audion-u do konstrukcji tychże, korzystał z lampek choinkowych jako bazy do eksperymentów, a później małoseryjnej produkcji.
Zlecał on swoje kolejne prace firmie H. W. McCandless & Co mieszczącej się na 27 ulicy w Nowym Yorku. Z początku były to kopie lampy Fleminga (chciał sam mocno zaprzeczał temu faktowi), uzupełniane przez dodatkowe elektrody. W którejś kolejnej konstrukcji udało mu się zbudować nic innego jak triodę.
Lee De Forest pisze o swoim wynalazki w RADIO CRAFT 1947 r.
Cechą charakterystyczną jest, że Audiony w złącze typowe dla żarówek posiadały – gwint Edisona E12.
To eksperymentowanie i zabawy doprowadziły finalnie do tego, że De Forest właśnie dzięki tym kiepskim, niestabilnym, a i szybko się zużywającym, ale za to w przedziwny sposób działającym lampkom choinkowym stał się jedną z ważniejszych postaci w rozwoju radiotechniki.

Audion  znaczkiem U.S. Post upamiętniony 
Mimo, że dużo przemawia, iż dochodząc do rezultatów metodą eksperymentów i dociekań, nie do końca rozumiał zasadę działania swojego wynalazku – to sukces był niewątpliwy.
Audion i odbiornik na nim oparty - w Muzeum Historii Amerykańskiej
Lee De Forest swoim działaniem i uporem pokazał, że można na drodze prób i błędów poznawać świat i sięgać tam gdzie jeszcze ta cała uporządkowana, poszufladkowana i skodyfikowana nauka nie dotarła.
Nawet w późniejszych wersjach Audion zachował swoje lampkowe korzenie - tutaj już tylko jako uchwyt.
Troszkę to tak jak w dziecięcych zabawach i eksperymentowaniu. Jak w sprawdzaniu co się stanie jeśli podłączymy jeszcze jedną baterię? Dlaczego lampki zapaliły się jaśniej i zgasły?
Ostatnie zdjęcie świecącego grzybka. Cześć jego pamięci!
O, i właśnie w poszukiwaniu tej odpowiedzi rodzi się nowe. W głowach dzieci i dorosłych. Jest to cudowne uczucie, jak zaczynamy ten świat poznawać, nawet przy okazji choinkowych lampek naprawiania.
Szkoda grzybka. Może nie był piękny, może trochę obdrapany, ale tak bardzo przypominał te dziecięce chwile.
A czy Wy już kupiliście dzieciom prezenty pod choinkę? Takie pozwalające świat poznawać na drodze eksperymentu i to osobistego? A może samodzielnie zrobione lampki na choinkę będą dobrą zabawką? Uwaga tylko z baterii – bo te na 220V mogą „ugryźć”. Mój syn z uprawnieniami SEP do 1kV powinien sobie poradzić, ale córka dostanie takie na baterie – coś mi się zdaje, że sam chwycę za lutownicę.
Foto z wnętrza Pionierka - ta po prawej typowa choinkowa na 14V. I świeci i gra.
Często da się spotkać też choinkowego Pionierka - żaróweczki z choinki bardzo ładnie zastępowały te "radioskalowe" np. 12V/225mA.

Wesołych Świąt.


niedziela, 3 grudnia 2017

Polyoxybenzylmethylenglycolanhydride czyli przemyślenia mitycznego filozofa

Czasami w rozwoju rodzaju ludzkiego pojawia się coś, co na raz na zawsze lub tylko na jakiś czas rozwiązuje wiele problemów. Filozofowie pragnący ogarnąć człowieka i jego cywilizację ujarzmiają całą przyrodę w ramy nauki. Pierwszym był Tales z Minetu – od niego rozpoczęła się nauka. Ci naukowcy mogą potwierdzić, że takim kluczowym „ kamieniem milowym” był to ogień (raczej jego ujarzmienie), chleb, matematyka, mikroprocesor i inne dobra, idee czy pomysły. Niektóre są cały czas dla nas ważne, niektóre ważne tylko były. Takim „czymś” co służyło ludzkości przez wiek XX a „było” to pierwsze  w pełni syntetyczne tworzywo -  bakelit. Dzięki swoim zaletom zajęło poczesne miejsce w rozwoju techniki oraz wielu przedmiotów powszechnego użytku w całym minionym stuleciu. Odkryty i opatentowany przez pracującego w USA Duńczyka - Leo Baekeland,
Leo Baekeland


materiał bardzo szybko zdobył i na pewien czas wręcz zawłaszczył świat. Tworzywo które mogło być tanio i masowo, dokładnie i powtarzalnie produkowane. A jednocześnie trwałe i mocne, odporne chemicznie i termicznie, okazało się materiałem o wybornej izolacyjności, przyjemnym w dotyku, a na dodatek łatwo formowanym i obrabialnym mechanicznie.

 Nic dziwnego, że ów bakelit zawojował świat. Apogeum swojej popularności miał gdzieś w połowie stulecia, w czasach gdy z niego wytwarzane było mnóstwo przedmiotów m.i. obudowy odbiorników radiowych np. naszego Pioniera. Osobiście bakelit także mną zawładnął. Będąc w takiej bakelitowej euforii, któregoś dnia postanowiłem, iż następnym radyjkiem, które trafi na warsztat będzie Normende Bremen 169 – wczesny model z UKW.
Takie przyjechało.
Wisiało ono nade mną ze dwa lata (dosłownie wisiało na półce nad warsztatowym fotelem) więc postanowiłem zażegnać niebezpieczeństwo upadku i rozbicia – naprawić i światu przywrócić. Radyjko w stanie wręcz idealnym, bez ubytków, zniszczeń i z zewnątrz widocznych niesprawności. W środku okazało się dziewicze i nienaruszone naprawami czy przeróbkami. Słowem sztuka nówka, Niemiec płakał jak sprzedawał bo tylko w niedzielę słuchał.
Oryginalny niemiecki kurz.
Tutaj z Bremen już nie eksperymentowałem z dodatkowym pokryciem - zostawiłem taki jaki wyszedł spod prasy.  Samo radio to bardzo wczesny UKW, detekcja FM na zboczu krzywej – jakość odbioru średnia, dużo szumów. Troszkę poprawiłem strojeniem, ale bez szaleństw. Widać dlaczego detektor stosunkowy zdobył świat radia modulacji częstotliwości - jest lepszy. Ale w 1952 roku każda dioda była cenna, a stacji na skali UKW było 3 – słownie trzy – nie trzeba się było przykładać. Słuchacz w zasadzie mógł odbierać jedną, bo dwie pozostałe były za daleko.
UKW - trzy stacje.
Ot takie realia w NRF-ie przed 65 lat. Radio ładnie wygląda i już tym cieszy, nie wiem czy utrzyma się w mojej kolekcji czy też kogoś innego oczy a może i uszy będzie radować. Ja już mam Pionierka, nie ma ukaefu, ale cieszy samym sobą. Takie już są Pionierki.
Pionierek i obudowa Bremen.
Obudowa w postaci jednej wypraski z bakelitu, bez ubytków, pęknięć czy większych rys. Po umyciu delikatnym mydłem w osobistej wannie udało usunąć się znacząca cześć brudu i kurzu z zakamarków.
Po wysuszeniu obudowa okazała się miejscami zmatowiała – ale na to ponoć pasta polerska ma zaradzić. Pasta zaradziła, do większych rys trzeba było użyć papieru ściernego 1200 (taki był pod ręką).Doświadczenia z bakelitem miałem już wcześniej – WEGA 
Drobne rysy likwidujemy

Szlifując papierem ściernym na mokro.

Po zeszlifowaniu na mokro, trochę polerowania i efekt zupełnie zadowalający się pokazał. Starcie wierzchniej warstwy wypraski mimo wszystko nie daje efektu nowości i nawet po długotrwałym polerowaniu już takiego „lustra” nie ma, przynajmniej mnie się nie udało.
Po lewej po polerowaniu - dużo łaniej.
Ciekawostka - specjalna śruba do montażu w bakelicie.
Ale wracając do bakelitu – jest to materiał, który zapisał się historii rozwoju ludzkości tym, że oprócz funkcji przedmiotu znaczenia nabrała forma. Ma on swoich wielbicieli, miłośników i kolekcjonerów. Nie tylko cudownych bakelitowych radyjek, ale i wszelkiej maści przedmiotów z tego materiału czynionych. Od elementów biżuterii do tak prozaicznych jak deska sedesowa. Tak, tak - istniała taka – natrafiłem na jej zachowany w stanie NOS (New On Stock) egzemplarz.
Zatem oprócz pierwszego filozofa Talesa z Miletu był również Sedes z Bakelitu. Rodem z Olsztyna.

Tales pokazał ludzkości jak pojmowaniem ujmować w naukowe ryzy przyrodę, ten „drugi” w trakcie jakże prozaicznej czynności pozwala zadumać się jak to człowiek materię w formę przemienia.

 A ten wyraz na 36 liter co tytuł niniejszego posta otwiera - to właśnie naukowa nazwa bakelitu. Nauka miała świat upraszczać, rozumem objąć pozwalając – a tu proszę 36 liter – spamiętał ktoś?

poniedziałek, 13 listopada 2017

Karbonylek czyli nie tylko kondensatory są winne

 Są radyjka takie jak to się mówi - kultowe. Takie, co który każdy poczciwy radiowiec powinien znać, rozumieć konstrukcję do każdego opornika a przede wszystkim umieć naprawić. Na dodatek, jak ma do tego pasję zbieracza to także - posiadać. W naszym kraju zdecydowanie takim numerem pierwszym jest Diorowski Pionier. Odbiornik, który przez dwadzieścia lat był na taśmach produkcyjnych, którego wyprodukowano (łącznie z wariantami, odmianami i wersjami pochodnymi) tak grupo ponad milion egzemplarzy. Radio to ma chyba setki (jeśli nie tysiące) wielbicieli, na oldradio.pl funkcjonuje Kącik Pionier Polskiego, wątek na Triodzie o Pionierze jest chyba najdłuższym z możliwych, słowem w każdej kolekcji taki Pionier powinien być. Może nawet nie jeden, kilka. A już najlepiej to w każdej wersji, od najstarszej poczynając z kubkami od AGI, do Promyka z 1968r. Marzeniem wielu jest mityczny Pionier na „czerwonych lampach”, bateryjnych, philipsowskich – podobno teki był. Ja aż tak wielkich ambicji nie miałem, wystarczył mi podarowany przez kolega Józka taki Pionierek z początku lat 50-tych, z jeszcze pełnymi falami krótkimi i Katowicami na kolorowej skali. 
Ucieszyłem się, że kompletny, że w dobrym stanie – no będzie  radość naprawiać. 
Zaczęło się to dłubanie od naprawy potencjometru i papierowych kondensatorów wymianie (za co mi się w komentarzach solidnie dostało) – później przyszła pora na strojenie, zaczynamy klasycznie z pośrednią 465kHz od drugiego obwodu poczynając. Po wydłubaniu resztek parafiny (czy czegoś parafino-podobnego) mogę ceramicznym śrubokrętem podejść do rdzeni cewek filtru p.cz. No daje się złapać jakieś maksimum przy 465kHz, ale dopiero przy maksymalnie wkręconym rdzeniu czyli maksymalnej indukcyjności. Diagnoza prosta – brakuje iloczynu LC czyli mówiąc bezpośrednio uciekły nam pikofarady z ZAPORY – mikowego kondensatora z ZAkładów POdzespołów RAdiowych. Oj, jak dobrze, że kubki filtrów w tym Pionierku są „z klinkiem”, a nie te zaginane. Po wylutowaniu kondensatora, takie tam ciekawskiego sprawdzenie – ile uciekło? Wskazanie 209pF. Co jest? Drugi miernik – to samo - kondensator sprawny. Czyli uciekła cewka, a dokładnie jej indukcyjność. Ponieważ sama się nie odwinęła to jedynym wytłumaczeniem jest, że zmieniły się właściwości materiału rdzenia. A rdzenie ładne, karbonylkowe tj. ze sproszkowanego żelaza – wynalazek niemieckiego inżyniera Hansa Vogt-a, który to w 1932 roku opatentował metodę tworzenia rdzeni do cewek radiowych. 
Hans Vout jest także pionierem filmu  dźwiękowego.
pierwszy standard zapisu dźwięku na taśmie filmowej Tri-Ergon to ich pomysł.
Dzięki pozyskiwaniu drobin żelaza z redukcji petakarbonylku żelaza do czystego żelaza. Rdzeń taki składa się ze sprasowanego proszku żelaza (karbonylkowego właśnie), z lepiszczem organicznym, czasami wypalanego. Rdzeń taki składa się z drobnych cząsteczek magnetycznych otoczonych warstwą prawie izolatora – co powoduje, że materiał ma dużą przenikalność magnetyczną (dobre, bardzo dobre dla indukcyjności) i w miarę małe straty na prądy wirowe (szkodzące dobroci cewek). 

Jednak po dziesiątkach lat własności ferromagnetyczne rdzeni zmieniły się znacznie. 
Patent USA z 1938 roku
Nie wiem czy to tylko czas był winny, spotkałem się z informacjami, że przegrzanie ponad 70 stopni skutkuje zauważalnym pogorszeniem własności, a wysoką temperaturę w małym radiu lampowym nie trudno. Stało się - trzeba zaradzić. Pozostała wymiana kondensatorów, w jednym filtrze (pierwszym) jako wystarczające rozwiązanie okazało się dolutowanie po 20pF (też z epoki kondensator),
To radio obrócone, nie zdjęcie.
ten drugi filtr już wymagał 240pF, aby rdzeń przy 465kHz był w połowie drogi strojenia, czyli czoło o jakieś 2 mm zagłębiło się w karkas.
240pF - miałem takie styrofleksy.
Przy zdjętych kubkach wykonałem pierwsze zgrubne strojenie – żeby zorientować czy regulacyjności cewek wystarczy, po założeniu ekranów drugie.
Rdzeń tak 2mm do tyłu - w środku regulacji.
Ograniczenie pola magnetycznego cewki przez kubek ekranujący powoduje zmianę indukcyjności – zmniejsza ją. Podobnie działają rdzenie całometalowe tj. mosiężne i aluminiowe – wkręcając je w karkas zmieniamy kształt pola magnetycznego cewki, niejako wyciskają linie pola z wnętrza, przez co indukcja w tym przypadku maleje. To była jedna z moich pierwszych niespodzianek w radiotechnice – jak aluminium ( o zbliżonym do jedności współczynniku przenikalności magnetycznej) może tak znacząco zmieniać indukcyjność w cewkach głowic UKF.

Co do szczegółów strojenia p.cz. w Pionierku - przygotowuję odrębny artykuł.

W obwodach wejściowych też okazało się koniecznym podrasowanie indukcyjności (bo pojemności agregatu nie zmienimy a trymery mają ograniczony zakres) za pomocą rdzeni ferrytowych pozyskanych z „destruktów”- czyli odbiorników, które zakończyły swoją służbę jako dawcy organów.  Rdzenie osadzone są osadzone są w plastykowym wkręcie. Czerwone i czarne dla oscylatorów i obwodów wejściowych fal średnich i długich, przezroczyste, z innym ferrytem, takim rdzawym dla fal krótkich.
Od prawej - rdzenie z zakresu fal krótkich - bezbarwne z rdzawym rdzeniem, czarne ferryty z czerwonym czy zielonkawym gwintem  i oryginalny karbonylek dla przykładu.

Dla utrwalenia efektów strojenia p.cz. zastosowałem po kropli wosku na każdy rdzeń, wosku prawdziwego, od kolegi pszczelarza pozyskanego.
Zawoskowane
Rdzenie obwodów wejściowych z kolei zabezpieczyłem gumkami.
Te z gumki "do gaci" okazały się za cienkie.
Te pozyskane ze starej bielizny się mi skończyły, zostały zastąpione przez przycięte z gumy modelarskiej. Nożyczkami takie milimetrowe paseczki udało się wyciąć. Guma taka jest elastyczna i do tego zastosowania bardzo dobra, a kilka metrów (bo tyle sprzedają) wystarczy na kilkaset odbiorników.
Zestrojenie heterodyny i obwodów wejściowych (modulowany AM sygnał na antenę) trwało dosłownie minutę, dwie, no góra trzy. Punkty strojenia – długie 175kHz/275kHz (w praktyce Warszawa I we właściwym miejscu i z maksymalną głośnością), Średnie 600kHz/1400kHz, a krótkie  6/15.2 MHz – ładnie opisane w Kąciku.
Wyglądają kolorowe łebki.
Pionier jest wspaniałą konstrukcją! Cieszy się, że na Rynku w Dzierżoniowie jeden w formie pomnika w tym roku postawiony został. Czeka tam na mnie, na pielgrzymkę do miejsca narodzin tego radia.

wtorek, 7 listopada 2017

VEF 206 czyli radio przekracza strefy czasowe i nawet więcej

Po pewnym czasie człowiek popada w rutynę, wszystko zdaje się takie same, powtarzalne i nie warte nawet pamiętania. A jednak życie czasami płata figla. Tak było przy VEF 206. Pancerne radio, działające zawsze i wszędzie. Jedyne co doskwierało ale to przeogromnie to brak UKF. Nie było i nie ma. Aż trochę dziwne, że produkowano go przez 15 lat (do 1988), nawet dłużej -  wliczając VEF 201/201 czy ciut wcześniejszy VEF12 (marzec 1970), którymi konstrukcyjnie i układowo to bardzo, bardzo bliski model.

Z jednej strony należy rozumieć „uroki” gospodarki socjalistycznej, sami mieliśmy Syrenkę, Franię i inne produkty, które przez dekady były produkowane w niezmienionej formie. Ale myślę, że jeszcze przyczyniło się do to tego dopasowanie produktu do potrzeb użytkownika, wielkie połacie Związku Radzieckiego ograniczały dostępność nadajników UKF, a w sowchozie VEF z rozbudowanymi zakresami fal krótkich krótkimi zupełnie wystarczał. Było można dowiedzieć się o ostatnich zdobyczach socjalizmu, walce z amerykańskim imperjalizme czy posłuch c koncertu Czajkowskiego z Leningradzkiej Fillarmoni. Nawet w chacie na Kamczatce. Czaso-przestrzenne kółko w Rydze 104 pokazuje jak wielki to kraj.
Postanowiłem doprowadzić swojego VEF-a do pełnej sprawności i czystości. Opisy jak rozebrać, jak wyczyścić są dostępne w wielu miejscach przepastnego internetu, może język jest dla młodszych czytelników pewnym utrudnieniem, ale wszystko pokazane dokładnie.
Swojego rozebrałem, zewnętrzną obudowę na noc zamoczyłem w roztworze ciepłej wody i niemieckiego żelu do prania, wyszczotkowałem. Metalowe listwy przeczyściłem i troszkę przepolerowałem. Zostały drobne ryski, ale trudno takie to mogą być. Pleksi skali też było troszkę podrapane, drobniejsze przeczyściłem, a te grubsze no zostały, takie złe nie były. Sporo brudu było i tak, sporo się z niego paprochów i okruszków wysypało. No może nie tyle co z klawiatury studenckiego laptopa – kanapki nie złożyłem.
Wymiana elektrolitów w większości nie była absolutną koniecznością, ale pomny doświadczeń z wobuloskopem jak i zaleceń kolegów – wymieniłem wszystkie. Niektóre nawet osiowe miałem !
Papierowych hermetyzowanych nie ruszałem, nie ma tu wielkich rezystancji jak w lampach i parę nanoamperów za dużo punkt pracy tranzystora nie zmieni. Potencjometr głośności szybko się oczyścił i przestał trzeszczeć. Troszkę uwagi poświęciłem stykom przełącznika bębnowego – łatwo dostępne i te parę minut i kropel czystego alkoholu człowiek poświęcił. Po złożeniu grało i prezentowało się super. Brakowało tylko tego FM.
Żeby się troszkę nacieszyć, na wieczorne odsłuchanie zabrałem je z piwnicznego warsztatu na górę, na drugie piętro. Niestety zbrojenia wielkiej płyty działają prawie jak kratka Faradaya i odbiór no taki sobie był – w większości przetwornice/BTS i cały elektro-smog.
Wypucowane i świecące se jak radzieckie radio przez 1 Maj alub 7 listopada.
Oczywiście ładnie PR1 na długich, troszkę Rumunów na średnich i niezawodnie Chińczycy na krótkich. Za to na 13 metrach coś nietypowego było słychać. Niby silnie, ale nie wyraźnie, wybrawszy się na balkon (w czapce i kurtce – w końcu koniec lata mamy!) okazało się, że nie tylko siła sygnału znacznie wzrosła, ale i wyraźność nieco, tak by przekaz był czytelny. Otóż leciały eterem zdrowaśki i to jak najbardziej po polsku. No wiedziałem, że pomimo 216 nadajników na UKF-ie jeszcze toruńska fala jest na krótkich? Sprawdziłem na stronie, no nadają w AM-ie ale na średnich i w Ameryce! A tu ewidentnie skorelowane jak na UKaeFie (Warszawa 89.0 MHz ) – synchronicznie.
To co było zastanawiające to bardzo zniekształcony odbiór przy silnym sygnale. Ponieważ skala radia w metrach to aby odczytać MHz  zaznaczyłem na papierowej taśmie dwa miejsca odbioru (drugi słabsze). Chajda przeliczać metry na Megaherce i sprawdzać co i jak.




No i wyszło, i smutno bo okazało się, że to nie piracka toruńska rozgłośnia na krótkich nadaje, ale radzieckie radio dywersyjne odbiera na podharmonicznej 22,250Mhz nadawany program Ojca Dyrektora z UKF-u 89,00 MHz. Stąd i chrypiący głos i zniekształcenia.
Ciekawe jak radziło sobie Radio Niepokalanów uruchomione przez Ojca Maksymiliana Kolbe tuż przed druga wojną światową. Nadawało w pobliżu pasma 40m ze znakiem wywoławczym SP8RN, tak aby (jak sam Ojciec Kolbe pisze) docierało także do radioamatorów „Podobno jest 50 000 krótkofalowców. Jedni będą słuchali z ciekawości, inni może ze smutkiem, a nawet może i… z wściekłością.” Ambicją było dotarcie do Japonii do misji a może i wyżej … szczegóły na stronie Radia Niepokalanów.
Na 13metrach teraz praktycznie nie ma czego słuchać, a niech tam nawet i to skrzeczące będzie. Ja wolę chińczyków, na 41m przynajmniej się starają po polsku mówić. Też w większości treść propagandowa, ale nie po to ktoś megawaty w eter wysyła by muzyki ktoś mógł posłuchać. Nie te czasy.

Uprzejmie informuję, że zbieżność daty tego postu z roczniczą Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Pażdziernikowej jest jak najbardziej przypadkowa, a może to przesłuch z innej strefy czasowej (?). Wszak Lenin wiecznie żywy.