wtorek, 31 marca 2020

Prima Aprilis 2020 czyli jak nie ma się czego śmiać - to śmiejmy się z siebie.

W ostatnich dniach przyszło nam więcej czasu spędzać w domu, jak się okazuje zupełnie sympatyczni ludzie z nami współmieszkają. Mieszka też z nami nasze radiowe hobby i chyba pora by spojrzeć na nie troszkę przymrożonym okiem.

UWAGA: Wszystkie zamieszczone rysunki zebrałam z czy to z face... ka czy z innych publicznych stron. Zakładam więc, że stosowne prawa autorskie zostały już wystarczająco scedowane na domenę publiczną, więc nie naruszam żadnych praw autorskich. Jeżeli tak nie  jest – proszę o kontakt, zostaną usunięte.

Podpisane R. MRÓZ - szukam autora
Zgłaszam jednocześnie chęć zakupienia kopii lub chętniej autorskiego wykonania powyższej pracy (za rozsądna kwotę). Jeżeli ktoś zna kontakt do autora proszę o wpis w komentarzach. Ten rysunek chyba najlepiej oddaje mój stosunek do radia. Znajduję nawet cechy antropologiczne.
Mamy kogoś kto przynajmniej próbuje zapanować nad naszą pasją.
Wspomagany technologicznie.


Na nic się to zda.
To dla tych których dewizą jest: "Rozmiar nie ma znaczenia"

Kolekcja 

Choć czasmi bokiem wychodzi.


Walter Winchell był znanym amerykańskim komentatorem radiowym

Wołają do kuchni. Chyba trzeba słoik otworzyć.
A takie fajne radio miałem, szkoda że już wypite.
Możemy spojrzeć na siebie nieco krytycznie.

Nie załamujmy się, czasjest trudny, ale głowa do góry.

Właśnie spodziewamy się drugiego przelotu balonu kolegi SP9OUB-P39. Krótkofalowcy bawią się wypuszczająć balony, sondy meteorologiczne właściwie. To już nie zabawa, to bardzo profesjonalna robota, z projektowaniem, programowaniem i konstruowaniem ważących gramy nadajników. Samo obserwowanie, nawet przez Habhub dużo przyjemności daje. Można virtualne podruże odbyć.

Warto więc głowę zadrzec do góry - radioamatorzy lecą! Nie załamujmy się. Bociany też przyleciały.


Dla ciekawskich - relacja ze startu balonów z Hviezdarni Brno. Brno 2020  i wykład kolegi SP9UOB


sobota, 21 marca 2020

Meratonik G 432 czyli niezawodny sprzęt na lata

Któregoś dnia, po jakichś pracach przy sprawdzaniu wzmacniacza m.cz. stwierdziłem, że mój ulubiony generator nie działa. Kupiłem go już bardzo dawno, na Wolumenie, chyba od od Pana Sławka. Kupiłem, bo miałem sentyment jeszcze z czasów studenckich, kiedy to stanowił źródło sygnałów dla wielu ćwiczeń laboratoryjnych czy to pracowni fizycznej czy elektrotechnicznej. Prosty, akustyczny bez wodotrysków, ale sprawny i godny zaufania. Meratronik G432.  

Wcześniej już dało się zaobserwować jego niedomagania, jak brak płynności regulacji amplitudy czy też trudność z ustawieniem zera (bez wartości stałej na wyjściu). Po prostu potencjometry okazały się już wytarte. Tego dnia na wyjściu sygnału nie było, no tylko na wyjściu bo na wyjściach bananowych prostokąt,  trójkąt i sinus były. 
Rozkręciłem tą konstrukcję i moim oczom ukazał się środek. Bardzo ładny środek.

 Jedna płytka drukowana, bardzo ładnie rozplanowana.
W dokumentacji jest wcześniejsza wersja - jeszcze bez użycia układu UL1111. Zastąpił on dobieraną parę tranzystorów.
I czysta, jakiś konstruktor geniusz umieścił ja do góry nogami co powoduje, że żaden paproch, żaden kurz nie siada. Genialne w swojej prostocie, proste w swej genialności.
Rezystory w szeregach, w szeregach tranzystory. Wszystko krajowe z dobrych, złotych czasów polskiej elektroniki. Czysta przyjemność oglądania, czyste - przyjemnie oglądać. Pomyśleć, że będę to musiał lutować, wymieniać, a może coś sztukować jakiś taki niesmak powodowało.
Ale nic to – trzeba zabrać się za to co wiemy, że jest źle – potencjometry. 
Tu zmyślność konstruktorów mechaniki w postaci osadzenia tychże w wytłoczonych zagłębieniach spowodował, że jednego nie udało mi się posiadanymi narzędziami wykręcić, ale dało się za to zdjąć obudowę i czyszczenie od tyłu przeprowadzić. 
Poddał się od tyłu.
Drugi (ten od składowej stałej) uległ bez oporu, ale z kolei okazał się tak solidnie zahermetyzowany, że korzystając z zapasów postanowiłem wymienić go na inny. Tak jak on solidny, tak samo telopod-owski, no chyba tylko jeszcze bardziej zalany żywicą.
Podobno WP oznaczało odbiór wojskowy, w tamtych czasach to powinno być chyba LWP ?
Widać produkcja specjalna.

Krótkie sprawdzenie rezultatów – generator działa, sygnał reguluje się płynnie – słowem brak uszkodzeń. 
Po wymianie, ten po prawej, aż grzeszy nowością.
Tylko się cieszyć, ale że mamy otwarty generator i mamy dostępną instrukcję serwisową to grzechem zaniedbania (w sensie niewykorzystania okazji) byłoby pozostawienie go jak jest, bez regulacji, bez kalibracji.
Dla łatwiejszej pracy - rozpisanie elementów regulacyjnych. 

Zaczynamy oczywiście od napięć zasilających.

 Potencjometrami RV12 i RV13 ustawiamy +12V i – 12V. 
I tu wielka pochwała dla konstruktorów. Na płytce drukowanej są dwa mostki, które umożliwiają odłączenie napięć zasilających od reszty układu przy regulacji zasilaczy.
Widać, że w procesie produkcji najpierw były ustawiane napięcia, a dopiero jak były poprawne były podawane dalej. Ktoś o tym pomyślał, ktoś to zrobił. Chwała konstruktorom! A przy serwisowaniu łatwo się było wczepić woltomierzem. U mnie nie było źle, jednego napięcia nie korygowałem, a drugie minimalnie, ot 100mV za mało.

Krokiem drugim było ustalenie symetrii przebiegu prostokątnego, tak by na przerzutniku Schmitta czas trwania 0 i 1 był dokładnie taki sam - symetryczny przebieg prostokątny  na wyjściu z generatora.
W instrukcji serwisowej jest specjalna uwaga co do liniowości podstawy czasu (bo to epoka analogowa była), ale przy cyfrowym oscyloskopie problemy te znikają.


 I u mnie okazało się, że po latach trzeba było zauważalnie skorygować i ustawić symetrię w górze i w dole zakresu przestrajania. Zupełnie jak w strojeniu heterodyny czy obwodów wejściowych. Tyle, że tu tylko PR-ki, a nie cewka i kondensator. Trochę trzeba było skorygować. Pomiędzy tymi iteracyjnymi krokami trzeba było korygować RV4 – tak by trzymać amplitudę 10Vpp.
Kolejnym krokiem jest ustawienie w miarę stabilnej amplitudy przebiegu trójkątnego. 
W integratorze przebieg prostokątny jest zamieniany na trójkątny. Przy wyższych częstotliwościach musi być to kompensowane. Kondensator C7 pracuje w sprzężeniu zwrotnym. Z prostokąta przez całkowanie mamy trójkąt.

Sinus powstaje z trójkątnego przebiegu w generatorze w sposób "nie naturalny", nie z różniczkowych równań zrodzony, ale w sposób całkowicie sztuczny, poprzez brutalne przycinanie   przebiegu trójkątnego, w układzie diodowo–rezytorowym. 
Powstaje w ten sposób coś co dość do sinusoidy podobne jest. Instrukcja regulacji tego elementu zakłada użycie miernika zniekształceń nieliniowych jako podstawowego przyrządu. Im przebieg do sinusa bardziej zbliżony, tym zniekształceń mniej. Szczęśliwie miałem miernik.
Nawet przyrządy z epoki udało się użyć.
 Ale jak nie ma, to można się oscyloskopem posłużyć i „organoleptycznie” do regulacji przystąpić. Służą do tego RV7 i RV8, a korygujemy napięcie na 10Vpp RV9. 
Koniecznie trzeba jeszcze sprawdzić czy amplituda jest stała w całym zakresie (a właściwie zakresach x100, x1000 i x10k) służy temu kondensator-trymer C20.

Ostatnią czynnością jest ustawienie właściwej częstotliwości. 
Falomierz liczący to oczywiście częstotliwościomierz, tak archaicznie nazwany.
Jest ona zmieniana potencjometrem RV 1 gdzie skrajne wielkości są korygowane trymerami RV3 (góra) i RV2 (dół). Tu warto zaznaczyć, że główne potencjometry były specjalnie dobierane/selekcjonowane i do nich też dostosowane skale.

Korektę częstotliwości dla 1,1 zakresu (odpowiednio dla 110kHz i 1,1 MHz ) wykonujemy C15 i C17.
Pozostaje już tylko cieszyć się przyrządem. Mnie cieszy już wiele lat, słowem można było zrobić coś dobrego, praktycznego, no można. Wiem, że w niewiele większej cenie można kupić chiński, z wyświetlaczem, modulacją i innymi bajerami, ale jakoś nie wyobrażam sobie napraw czy regulacji takiego generatora za 30 czy 40 lat. A Meratronik – proszę można.
No może jeszcze troszkę obudowę trzeba doczyścić.
Przed przystąpieniem do rozkręcania zrobiłem zdjęcie przyrządu, teraz po całej akcie dopiero zauważyłem dlaczego nie działał. 
Tak - żaden przycisk nie był wciśnięty !

 



piątek, 13 marca 2020

Radijo ir televizijos muziejus czyli miasto z sześcioma samogłoskami w nazwie.

W trakcie kolejnej podróży do Rygi postanowiłem ciut zmienić trasę i miast najkrótszą drogą tj. przez Tykocin, Suwałki, Kowno czy Poniewież postanowiłem pojechać przez Šiauliai (Szawle) i zaglądnąć do tam istniejącego Muzeum Radia i Telewizji. Powiem, że bardzo mnie miasto pozytywnie zaskoczyło.
Witacz - pogoda nie była za specjalna.

Nie jest ono za wielkie, ale jakieś takie już na pierwsze spojrzenie porządne i zadbane. Można powiedzieć – widać kulturę. Mogłem się o tym przekonać, gdyż zaparkowałem obok Šiaulių universitetas i do muzeum musiałem się ładnych kilkaset metrów przespacerować. Fajnie było przechodząc obok szkoły muzycznej posłuchać gry na pianinie czy prób śpiewu operowego, takie otarcie się człowieka o kulturę, tą wyższą.
Do muzeum dochodzi się wydzielonym dla pieszych deptakiem, częściowo już odnowionym. Godziny otwarcia sprawdziłem już wcześniej na stronie internetowej muzeum, drogę na Google Maps. Nawet się ucieszyłem, że po zimowej przerwie jest w marcu (III) otwarte, aż do 19-stej.  Dochodzę do drzwi i … pocałowałem klamkę. No może nie dosłownie (mamy wszak zarazę), ale drzwi zastałem zamknięte. Ekspozycja na zewnątrz, na ścianie budynku to raczej twór artystyczny, może dyskusyjny, ale co ciekawe nie zniszczony – widać w mieście jest kultura! Nie tylko ta wielka.
Można obejrzeć, można dotknąć.
 Popatrzyłem sobie na drzwi raz jeszcze, coś mnie tknęło i wykonałem telefon pod wskazany numer.
Przemiła dziewczyna poinformował mnie, że w poniedziałki wszystkie muzea są zamknięte. Ale za to jutro to będzie ono otwarte, aż do 19-stej. I w tedy zrozumiałem swój błąd – III to nie marzec, ale trzeci dzień tygodnia (od niedzieli licząc) wiec tak to w Litwie cyframi rzymskimi oznaczają dni tygodnia, a nie miesiące. Oj, trzeba znać zwyczaje miejscowe.  Zaproszono mnie na środę, w dniu narodowego święta Litwy muzeum (galerie handlowe też) będzie otwarte, a wstęp za darmo. Mówię sobie - 2 EURO zapłaciłem za parking to mi się wróci.
W Rydzie jak zawsze zostałem gościnnie podjęty u Andris-a, dostałem okolicznościową kartę QSL z okazji 30 rocznicy Baltijas ceļš i zapasową antenę ferrytową do Selgi.
Rocznicowa kart QSL z Łotwy
Poprzednia nie wytrzymała podróży lotniczej, antena nie kartka.
Pionier na honorowym miejscu. Na samej górze detektor Andris-a, Pionier, właśnie uruchomiony i odnowiony Apasitis& Zukovskis (Łotewska firma współpracująca z Telefunkenem) i Riga 10.
Wracałem zgodnie z planem i zaproszeniem, to jest we środę. Miasto udekorowane narodowymi barwami, muzeum też.
Katedra Piotra i Pawła jest symbolem miasta.
 Wewnątrz się okazało, że co prawda nie jest ono za nazbyt wielkie - ot jedno pomieszczenie, ale w przemyślany sposób urządzone. Obchodząc ekspozycję w kierunku wskazówek zegara - mamy część grającą (na zamianę magnetofon i radiola), mamy gablotę z patefonami i całym mechanicznym zapisem dźwięku.
Później pierwsze detektory.
 No i mamy to co tygrysy lubią najbardziej –  wystawę z przedwojennymi odbiornikami.

W gablocie były tam między innymi: Philips 456 (dokładnie jak mój), był przeogromny Telefenken, była Siera – dokładnie taka jak teraz Zygmunt naprawia, był i PZT Echo ślicznie zachowany.


 Jako ciekawostka występował kultowy okrągły bakelitowy EKCO.
Nie wiem dlaczego, chyba przez mierny stan, jakoś nie wzbudził mojego zachwytu. Był tam i VEF, był i odbiornik z kowieńskiej fabryki KARADI.

Brakowało mi tu wileńskiego Elektrita, ale cóż - czasy tam przedwojenne pokazane. Wilno było za granicą.
Druga gablota to czasy CCCP i dużo ważnych okazów.
 Zwiezda w środku, Festiwal ze zdalnym sterowaniem (jak  Andrisa w domu) przenośny Turist, kieszonkowa Selga czy nawet zabawkowy robot-radio z Radiotehniki. Nawet załapał się radiowy generator termo-elektryczny.
Kolejna gablota to cześć radioamatorów krótkofalowców, widać że mieli oni duży udział w powstaniu tej wystawy.
Czuję, że duża część ekspozycji to ich zbiory.  Ponieważ w Šiauliai przez pewien czas istniała fabryka telewizorów to druga połowa muzeum jest właśnie taka, telewizyjna.
Z ciekawostek jest telewizor na wodę (wlewało się do soczewki szkła powiększającego ekran, nie do środka), aż po kombinacje łączące telewizor z gramofonem.
Kultowego w Polsce kolorowego Rubina nie było – małe muzeum, szkoda by miejsce zajmował. Ostatnie ściana to pokaż (na żywo) różnych transmisji telewizyjnych od migającego czarno-białego obrazu, poprzez semi-kolorowe SECAM-y, aż do współczesnej cyfrowej telewizji.
Leją wodę z telewizora - gdzieś to powiedzenie ma swoje źródło.

Dydaktyka na przykładzie. Na dole w gablotach końcówka mechanicznego zapisu, pocztówki dźwiękowe, a i tu też znalazł się polski akcent – gramofon Unitra.
Efekt współpracy RWPG.
W kąciku przy biurku kustosza, był też demonstracyjny odbiornik detektorowy, by szkolna gawiedź mogła radia na słuchawki posłuchać, niestety niesprawny - którejś z kolei wycieczki szkolnej widać nie przeżył.
Przy oknie rozłożono pozycje książkowe, jedna o historii litewskiego radia. Dla mnie arcyciekawa, tak że kilkanaście fotografii poszczególnych najciekawszych stron wykonałem.
Będę rozgryzał tekst - trzeba się uczyć języka sąsiadów i ich zwyczajów. Ekspozycję kończy mały regalik z okolicznościowymi kartami QSL by zabrać sobie na pamiątkę – widać lokalne środowisko krótkofalowców działa prężnie i chwała im za to.
To, że miasto utrzymuje to muzeum, a nawet kilka innych (Muzeum Fotografii czy Muzeum Rowerów) jest naprawdę super. Bardzo dobrze świadczy o tym mieście i jego w kulturę bogatych mieszkańcach. Od dzisiaj jest moim ulubionym na mapie Litwy.  Muszę się jeszcze przy okazji kolejnego wyjazdu wybrać do Muzeum Fotografii czy Muzeum Rowerów, nie będę czekał na kolejne święto 11 marca, gdy wstęp jest za darmo.
 Tyle tylko, że trzeba będzie troszkę poczekać - Muzeum zamknięte do odwołania. Google jeszcze o tym nie wie.


niedziela, 1 marca 2020

Żyrystor czyli kłopotliwe hasło w słowniku.

Nie pamiętam od kogo, ale właśnie jako prezent otrzymałem pięknie jak na owe czasy wydany, o naukowym zacięciu, formie i treści pozycję: Leksykon Naukowo-Techniczny wielce zasłużonego Wydawnictwa też Naukowo – Technicznego.
Rysunków mało, ale to w końcu słownik, taka książka bez wyrazu. Studiowałem ten leksykon uważnie. Pamiętam, że jedno hasło, na przedostatniej stronie, było bardzo tajemnicze – żyrystor.

Nie spotkałem się nigdy z takim elektronicznym elementem. Z tzw. elementów biernych były rezystory, kondensatory, cewki i transformatory. Z aktywnych lampy i wszelkiej maści półprzewodniki, ale żyrystora nie znałem. W Składnicy Harcerskiej czy Bomisie – sprzedawcy rozkładali ręce – żyrystorów nie dowieźli. Rzeczony słownik objaśniając pojęcie odsyłał do innego hasła Żyrystor -> Element Żyrystorowy.  Moja ciekawość tylko rosła – co to jest ten żyrystor.

Po 40 latach natrafiłem na ów tajemniczy element, z razu w Internecie, opisowo jako Gyrator. Jak się okazuje, właśnie nie do końca element, tylko twór teoretyczny, dający się zrealizować w praktyce jedynie z użyciem elementów aktywnych. Potrzebny jest wzmacniacz operacyjnego lub od biedy  jeden tranzystor.
Żyrystor w swej naturze to taki fajny element który pozwala np. kondensator w cewkę zamienić, i na odwrót też. Wynalazł go Duński inżynier, u Philipsa zatrudniony Bernard D. H. Tellegen, wynalazca także takiej lampy jak pentoda! Element ten tak jak transformator jest tzw. czwórnikiem i swym działaniem odwraca rodzaj impedancji tzn. jeśli na wyjściu podłączymy kondensator to na zaciskach wejściowych to  żyrystor będzie się zachowywał jak cewka (i na odwrót). Słowem na element wzajemnie dualny (sprawdźcie sobie en termin w Leksykonie).

Jak do tej pory nie udało się stworzyć takiego biernego elementu korzystając ze zjawisk fizycznych w świecie fizycznym znalezionych. Coś tam kombinują w terahercowym świecie mikrofal, ale żyrotron to tylko zbieżność nazw.
Poczytałem o tzw. eChoke i postanowiłem na próbę sobie taki żyrystor zrobić i sprawdzić czy to działa w ogóle.  Jak za pomocą kilku elementów można z kondensatora zrobić cewkę. I to nie byle jaką – mikrofarady na grube Henry przetworzone być miały.
Na początku  zbudowałem w technologii „na desce” układ zasilacza typowego dla świata lampowego i odbiorników lampowych z filtrem C-R-C.
Rezystory końcowe - no z 50 W mogą wytrzymać.
Napięcie zmienne (tu się nie wysiliłem - użyłem sieciowego) przez transformator izolujący i żarówkę dla bezpieczeństwa, podane jest na mostek prostowniczy i kondensator 47uF. Napięcie to po wyprostowaniu obciążone zostało prądem odpowiadającym prądowi pentody mocy (ot. tak 40-50mA) – tu posłużyłem się dwoma rezystorami – razem 5,3kom-a i tak ze 30W mocy by ciepło rozproszyć, następnie rezystor 1kom (5W), kolejny kondensator 47uF i kolejne rezystory (w sumie 4,3koma) udające obwód lamp pozostałych.

Schemat z rezystorem.
 O precyzję napięć i prądów super staranności nie przejawiałem, z grubsza chodzi o to by odpowiadało napięciom i prądom w radiu (lampowym) występującym.

Napięcia stałe uzyskałem 259V i 221V na drugim kondensatorze a prądy odpowiednio  49mA i 56mA. Ale nie to najważniejsze – napięcie tętnień to 4,2V i 158mV  (rms) – zupełnie przyzwoite.
Na pierwszym kondensatorze.
Na drugim kondensatorze (uwaga - zamiana podstawy czasu oscyloskopu).
Do montażu żyrystora także technika deska-gwoździki-pajączek użyta została, widać nawyków z dzieciństwa nie sposób się pozbyć. Za schemat posłużył gotowy schemat z układów zasilaczy gitarowych. Elementy wybrałem jakie miałem tranzystor BUK444 to nawet sprzed śmieciarki uciekł.
Połączyłem i … działa. Nadspodziewanie dobrze. Na drugim kondensatorze, za żyrystorem tętnienie spadły z grubsza o połowę – czasami nawet do 40mV (rms), a cały żyrystor (od wejścia do wyjście) spadek napięcia stałego w układzie tylko 6V wykazał.
Przy standardowym ukłądzie i 1kom-owym rezystorze (prądzie 50mA) spadek ten wynosił 50V, co Pan Ohm łatwo prawem swym dawno już był udowodnił. Jednym słowem Żyrystor został dla mnie odkryty, w praktyce.
Żyrystor w praktyce - jaki jest, każdy widzi.
Jest bardziej złożony, ale od dławika o kilogramy mniejszy, a od rezystora o watty sprawniejszy.
Wydaje mi się, że w praktyce renowacji starych odbiorników radiowych nie ma miejsca na tego typu wynalazki. Pomimo ułomności dostępnych rozwiązań i elementów sprzed lat kilkudziesięciu trzeba docenić trud inżynierski i cały wysiłek w to włożony by radio grało jak najlepiej, nawet bez tyc żyrystorów. No chyba, ze jakiś układ lampowy wzmacniacza z hybrydowym zasilaczem będę czynił – to tam żyrystor można z powodzeniem zastosować. Są także dostępne komercyjnie jako eChoke.
Wyglądają jak rezystor, ale zakładam się że schemat mają podobny do mojej „na deskowej” konstrukcji, tyle że żywica zalane.
Zerknijmy na końcu do przywołanego słownika, do hasła do którego odsyłał. Co to jest ten element żyrystorowy. Widać redaktorzy słownika rozwiązali ten problem najprościej.
Tak to sprytnie wybrnęli z kłopotliwego hasła. Tylko się im ten element wzajemnie dualny przykleił. Przypadek? No, nie sądzę.

Tak czy inaczej  już wiem co to jest ten żyrystor, Wy też. Nadszedł czas na Ż.
Nie mają wyrazu na Ż, Jak Żyrystor.