sobota, 25 czerwca 2022

Radiowe Pogaduchy 26.06.2022 godz 19.30

 Zapraszam na kolejne spotkanie z cyklu RADIOWE POGADUCHY.


Link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/7590249037

Zapraszamy 26 czerwca 2022 o godzinie 19.30 


Program w przygotowaniu.

Będzie o lampach, o detektorach oraz to co najważniejsze - dyskusja w gronie wszystkich kolekcjonerów, miłośników i renowatorów starych radioodbiorników (i nie tylko).

Nie zapomnijcie też odwiedzić naszego kanału Radiowe Pogaduchy na YouTube.


Serdecznie zapraszam.

Wojciech Taras

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Errare humanum est czyli gałek odlewanie

Ostatnio przeczytałem gdzieś artykuł popularno-naukowy, którego Myśla przewodnią było to, że tak bujnie i szybko rozwijająca się sztuczna inteligencja, nie jest w stanie dorównać naszej ludzkiej. Nie chodzi bynajmniej o szybkość i precyzyjność. Już teraz w wielu dziedzinach w takich jak: jak szybkość przetwarzania informacji, zdolność przyporządkowywania do wzorca (kojarzenie) czy możliwość zapamiętywanie danych ten wyścig z bezdusznymi maszynami już przegraliśmy. Chodzi o coś jest bardzo ludzkie, a mianowicie popełnianie błędów, ale i wyciąganie z nich wniosków i kolejne (czasam już lepsze) próby rozwiązania problemu.

Ostatnio na własnym przykładzie miałem okazję się przekonać, że takie popełnianie błędów a następnie naprawianie to także przyjemność. Tym razem chodzi o gałki do Blaupunkta. 


Jest to już chyba najdłużej ciągnąca się moja renowacja, środek odbiornika prawie działa (poza ciągle się wzbudzającym torem FM), przekładnia planetarna już odtworzona. Obudowę do idealnego stanu doprowadził Pana Cezary ze Starej Szopy. W radiu od początku (od nabycia) brakowało gałek, ale Pan Ryszard pożyczył mi jedną do skopiowania, a drugą od przełącznika zakresów to mi podarował.
Może i lekkim ubytkiem, ale oryginalna.

Długo, bardzo długo trwało zanim się zabrałem za ich powielenie. Gałek jeszcze w żywicy nie robiłem, tylko znaczki, klawisz czy wtyczkę, ale w końcu trzeba było sił własnych spróbować. Jest w sieci trochę opisów jak to czynić należy, nie mniej spróbować własnymi rękami to zupełnie co innego niż obejrzeć nawet z 500 filmów na Youtubie. Trwa nawet krócej. Pamiętam, że dawno dawno temu przy decyzji o zakupie wiertarki kolumnowej był to jakiś argument, że tak łatwiej będzie jak ustawić formę przy kopiowaniu.

Pierwsza próba była oparta o rozwiązania podpatrzone u Pana Ryszarda. Za naczynie do tworzenia formy gałki posłużyła rura PCV kanalizacyjna.

Ten kawałek rury wycięty z większego, w Castoramie były tylko metrowe odcinki.

Kształt gałki wymuszał by nie tylko była to forma dwuczęściowa ale i w odpowiedniej kolejności wylewana. Wklęsłość na froncie wymagały by najpierw połówkę od przodu uczynić, a dopiero potem dolać drugą cześć. W ten sposób nie udało się użyć wiertaki kolumnowej, a odlewać trzeba było w sposób odwrócony tj. gałka na stojaczku. Poczyniłem małą podstawkę z wytoczonego na tokareczce  walca z ocalonego przed kominkiem drewnianego bukowego klocka i 6mm pręta aluminiowego. 
Na podstawce.

Wszystko odsklepione zostało od spodu plasteliną (prezent od córki - pozostałość po zajęciach z rzeźby) i ograniczone 80mm rurą PCV. Przy maksymalnej średnicy gałki ok. 55 mm tak gruba warstwa silikonu to była czysta rozpusta i marnotrawstwo nie tak taniego silikonu.

Forma silikonem spływa.
Ale niestety dostępność średnic (w rurach wyrażona) w budowlanych supermarketach jest ograniczona - wiadomo normalizacja. Trochę się czułem jak amerykanie którzy wylewając formy silikonowe stosujący litry, co tam litry - galony silikonu. To więc się pojawił Pierwszy Błąd – wystarczy by ścianka formy z silikonu miała powyżej 5mm, tam było ponad 12 mm i oprócz marnotrawstwa materiału stało się źródłem kolejnego problemu. 

Pamiętajcie – dobrze dopasujcie naczynie do rozmiaru odlewu.

Uradowany, że wyszło w miarę w miarę, niespokojny byłem czy tak zalany silikon dobrze wypełnił wgłębienie - popełniłem błąd. Żeby to by sprawdzić, przed odlaniem drugiej połówki - wyjąłem oryginał. I jak życie pokazało nie udało się go wsadzić idealnie – drobne szczeliny pozostały, co zaskutkowało wciśnięciem się drugiego zalewu silikonu, psując precyzję formy.

Pamiętajcie – jak robicie formę dwuczęściową – nie rozdzielajcie oryginału i pierwszego zalewu.

Nie miałem dobrego rozdzielacza silikon/silikon – zaufałem czemuś co miało mieć takie działanie – alkohol poliwinylowy. Pomazawszy tym oto specyfikiem dobudowałem ze słupków z plasteliny ulepionych plasteliny coś na kształt odpowietrzaczy zrobić i zalałem drugą część formy. Prawie połowa z tych słupków przy zalewaniu się przewróciła i tym samym swojej roli nie spełniła.

Pamiętajcie – zróbcie poprawne odpowietrzenie.

Po zastygnięciu udało się cały kloc (walec) silikonu wyjąć z rury dopiero po jej rozcięciu. Ale już nie udało się tak łatwo rozdzielić połówek silikonu. Przystąpiłem zatem do wydobycie oryginału za pomocą  skalpela, jednocześnie starając się naciąć taki ząbek do ustalenia połówek między sobą. Nie wyczułem dobrze pozycji gałki a cięcie poprowadziłem tak nieszczęśliwie, że linia podziału przebiegała w bardzo newralgicznym i widocznym (raczej wyczuwalnym) miejscu, to jest na ząbkach zdobiących boczną stronę gałki. W każdym odlewie będzie to widać (czuć). Do tego błędu przyczynił się też ten pierwszy problem – gruba silikonowa ścianka utrudniała nawigację skalpelem.

Pamiętajcie – zapewnijcie dobry podział pomiędzy częściami formy stosując działający rozdzielacz. 

Aby połówki formy ustalić ze sobą użyłem ponownie rozciętej rury PCV, która jednak zaczęła się zwijać nie za równo ściskając elastyczną silikonową formę. 

Zrobiłem odlew z żywicy i po wyjęciu wszystkie te błędy się uwidoczniły.

Na froncie widać efekt bąbelka powietrza i skrzywienie obrysu.

Od tyłu jeszcze gorzej - niedolewki, bąbelki i inne wady.

Ząbki miały przeskok, dodatkową deformację wprowadziły szczeliny pomiędzy oryginałem, a formą gdzie wcisnął się silikon z drugiego zalana. Jak by było mało to nierówny nacisk na całą formę (przez rurę a raczej to co z niej zostało) spowodowało, że gałka była okrągła umownie. Całości nieszczęścia dopełniły pęcherzyki powietrza, które w górnej części cienkich ścianek się nagromadziły. Totalna klapa. Albo z drugiej strony – tyle błędów wyłapano, a tylko jedna próba. Życie pokazało, że to nie koniec.

Będąc przejazdem u kolegi Jacka otrzymałem barwidło o barwie ciemnego bakelitu, mogłem zatem przystąpić do drugiej próby. Aby zmniejszyć ilość silikonu za drugą formę posłużyła mi metalowa puszka po małym groszku zielonym.

Denko szlifierką odcięte.
Dużo tańsza niż jakiekolwiek inne rury a jednocześnie łatwiejsza do obróbki niż np. sprzedawane na decymetry odcinki rur stalowych do naprawy układów wydechowych (tam jest ścianka 1,5mm stali). Odcinając denko (ostrożnie szlifierką) udało się jednocześnie mieć takie fajne ostrze wykrawające w plastelinie. Metoda ze słupkiem „na odwróconą wiertarkę” się udała.
Na podstawce, z plasteliną i pokryte rozdzielaczem (pomalowane i wypolerowane).

O odpowietrzaniu silikonu pamiętamy


Po zalaniu i zastygnięciu pierwszej warstwy przystąpiłem do budowy układu nadlewek i odpowietrzającego. 
Widać obliczenia pojemności były prawidłowe.

Z użyciem dodatkowych pierścieni zrobionych z preszpanu i rurek od patyczków do ucha (jeszcze takich starych z prawdziwego plastiku), które przyklejałem na uniwersalny klej (bakelitu nie łapie na amen – odchodzi) z małym dodatkiem plasteliny zbudowałem konstrukcję. 

Puszka spełniła swoje zadanie. Miała drugie życie.

Nie wyjmujemy oryginału z silikonu, nie wyjmujemy. Plasteliną dorabiamy ubytki.

Bardziej stabilną, ale i dającą nadzieję, że bąbelki z zalewanej żywicy znajdą się w górnej części odlewu – tej odrzucanej. 

Konstrukcja nadlewek i odpowietrzenia.

Za rozdzielacz posłużyła specjalna woskowa mikstura, którą łatwo nakłada się pędzelkiem, szybko schnie i po kilku takich nałożeniach pomimo, że spękana dawała nadzieję na rozdzielnie połówek.
Taśma zastępuje puszkę. Już można dostrzec separator - biały nalot na powierzchni silikonu.

Drugie zalanie (jak zawsze z odpowietrzanym silikonem w próżni) przebiegło bez problemów. Puszkę też trzeba było rozciąć szlifierką, a połówki dały się rozerwać.

Druga połówk akrzepnie.

Forma się rozdziela - widać pracę separatora - to to białe.

 Po wydłubaniu patyczków, krążków z preszpanu i resztek plasteliny  okazało się, że forma daje nadzieję na prawidłowy odlew, który później lekkiej obróbki tylko na tokarce będzie wymagał.
Odmierzyłem po 10ml składnika A (czyli żywicy)  i 10 ml składnika B (czyli utwardzacza). Do tego drugiego domieszałem ciut barwidła (miło być ok. 5% masy łącznej), zmieszałem i odlałem. 


Starając się tak napełnić formę, by wszystkie zakamarki były zalewane stopniowo i nie gromadziły się w nich bąbelki a następnie wcisnąłem drugą połówkę formy, z góry lekko przyciskając ciężarkiem.

Najpierw zalewamy drobne elementy
Nadmiar wypłynie przez kanaliki.

Wyszło zaskakująco dobrze. Powierzchnia bardzo ok., odpowietrzenie zadziałało, no i kolor wyszedł niczego sobie. Drugą operacją technologiczną było odtoczenie niepotrzebnych fragmentów odlewu. Ponieważ nie było szans by przy trójpunktowym styku uchwytu tokarskiego nie uszkodzić delikatnego odlewu zbudowałem z bukowego klocka, kawałka płyty HDF, trzech wkrętów i opaski cybantowej specjalny chwyt, który delikatnie obejmując całość gałki, pozwalał ją obrabiać. 
Uchwyt w czasie opracowania.

W trakcie odcinania nadlewów krucha gałka pękła i wysunęła się z uchwytu.

Tu się okazało, że odlew jest bardzo kruchy i chętny do pękania w sposób niekontrolowany. Po stoczeniu okazało się dlaczego – w przekroju był dziurawy jak najbardziej robaczywe podgrzybki. Źródło problemu zostało szybko wychwycone – kilka lat stara żywica. 

Nawet widać konsystencję starej żywicy.

Pamiętajcie – nie stosujcie przeterminowanych produktów.

Po zakupie nowej porcji problem bąbelków w masie odlewu zniknął. 

Ten po lewej - lewy jest po prostu, dziurawy i kruchy.

Nie, żeby odlew był jakiś tam specjalnie twardy, ale obrabiany nożem przecinakiem nie kruszył się. Do części gałek (wykonywanych dla Pana Ryszarda) dodałem troszkę barwnika brązowego przez co ton bardziej był bakelitowy. Aby zachować jednolitość barwy w kilku odlewanych w jednej formie po kolei detalach proponuję by przygotować sobie od razu porcję jednego składnika, a następnie do każdego odlewu precyzyjne odmierzać równe porcje składnika A i tego B już zabarwionego. Bardzo, bardzo pomaga w tym waga z dokładnością do 0,01g, chociaż można na oko korzystając z przezroczystych plastikowych kieliszków nalewając równiutko, równiej niż wujek na imprezie dzieląc ostatnią ćwiartkę na sześciu chłopa. 

Nalewałem równiutko, dopiero później doczytałem że równo to ma być wagowo.

Drugi odlew mi się nie udał  - powierzchni okazała się miejscami lepka i nie związana. Diagnoza była prosta – źle wymieszana mikstura. Za szybko poszła do formy i taki skutek.

Pamiętaj – dobrze wymieszaj składniki, ale nie za długo.

Producent deklaruje czas życia (lejności) żywicy FC-22 około 6-8 minut, z doświadczenia mogę potwierdzić, że to tak jest. Czas mieszania w plastikowym jednorazowym kieliszku patyczkiem też jednorazowym (drewnianym mieszadełkiem do kawy – jak z ORLENU, może być BP i inne) to około 2 minuty, no góra trzy. Dobrze jest odmierzać ten czas minutnikiem, raczej sekundnikiem, ale mamy ręce zajęte więc równie praktycznie a dużo wygodniej pracuje się tzw. ludową metodą pomiaru czasu, to jest „na zdrowaśki”. Można określić na jedną zdrowaśkę, no półtorej – zależy jaki żarliwie do się modlitwy przykładamy. Intencja wiadoma – żeby odlew wyszedł. 

Po tym zalewaniu należy starać się wlać żywicę powoli i tak by wszystkie rowki, szczeliny i inne wklęsłości wypełnić najsamprzód, póki rzadka. 

Pamiętaj - staraj się wypełnić najpierw delikatne szczeliny tak by nie utworzyły się w nich pęcherzyki powietrza.   

Po związaniu i wyjęciu z formy (co w teorii trwa kilka godzin) mogę doradzić, by odczekać jeszcze dzień czy dwa przed dalszą obróbką. Niech całość stwardnieje.

Podsumowując, a raczej robiąc rachunek swoich błędów stosowne zalecenia mogę uwadze czytelników polecić:

  • pracujcie na świeżych materiałach,
  • dobierajcie właściwy rozmiar formy,
  • zadbajcie w konstrukcji formy o dobre odpowietrzenie,
  • przy formach wieloczęściowych zadbajcie o dobre rozdzielenie silikon/silikon,
  • dobrze wymieszajcie żywice,
  • zadbajcie o dobre wypełnienie wszelkich drobnych rowków, szczelin czy innych elementów gdzie powietrze może pozostać.

Oczywiście to nie wszystkie reguły i zasady, których należy przestrzegać, a tylko te których poprzez własne błędy doświadczyłem, nauczyłem się (mam nadzieję) i z Wami się dzielę.

Która oryginał, która kopia - zgadujcie proszę.

Gałki prawie gotowe, pozostaje jeszcze powiercić i obsadzić docisk no i zrobić ozdobne pierścienie. Coś czuję, że i z tym elementem niezła będzie zabawa. Znów co sknocę, czegoś się nauczę,  Errare humanum est !


niedziela, 28 listopada 2021

Opus 2650 część 2 czyli częściowa degermanizacja wzmacniacza mocy

W latach osiemdziesiątych moja pasja do elektroniki przez pewien okres skupiała się na wzmacniaczach akustycznych. Był to taki okres „wysypu” różnego rodzaju konstrukcji, a właściwie ich opisów w Radioamatorze czy Młodym Techniku. Dla mnie pozostały opisy, bo na Podhalu zdobycie niezbędnych elementów by samodzielnie konstrukcję zbudować, było dla mnie jako ucznia technikum, praktycznie nieosiągalne. Ale już samo to przeglądanie, studiowanie dawało ogromną satysfakcję. Było to też ograniczone, bo dostęp do literatury fachowej był także praktycznie żaden. „Wzmacniacze Elektroakustyczne” Feszczuka były wymarzonym świętym gralem. 

Teraz po latach, ta książka jest w mojej biblioteczce, a zagadnienia konstrukcji i działania wzmacniaczy przerabiam praktycznie. Spełnienie młodzieńczych fascynacji.

Naprawiając Telefunkena okazało się, że uszkodzony jest tranzystor sterujący tranzystorami mocy. Prześledziłem dostępne schematy wzmacniacza mocy tego modelu radia i mogę stwierdzić, że były trzy kolejno po sobie postępujące wersje. Pierwsza oparta o parę sterującą AC117/AC175, 

Wersja pierwotna - czysty german

w kolejnej wersji (a taka do mnie trafiła do naprawy) pracowała para mieszana germanowo-krzemowa AC124/2N697. 

Wersja mieszana Ge/Si.

W kolejnej – jak przypuszczam finalnej wersji, gdy opanowano już produkcję krzemowych tranzystorów pnp, zamiast pracującego w poprzednim stopniu AC122 pojawił się SK5410, a para sterująca to SG2182/SG2183, to wszystko krzemie, to wszystko Telefunken. 

Jako tranzystory mocy cały czas stosowano AD149, widać bardzo dobre były.

Postanowiłem pójść śladami inżynierów Telefunkena i naprawiając ten wzmacniacz zastosować, gdzie ma to sens, tranzystory krzemowe. Była dla mnie to także praktyczna szkoła takich konstrukcji, wspomagając się literaturą i nieocenioną pomocą kolegi Zygmunta, krok po kroku, ostrożnie stąpając, przebudowałem wzmacniacz do najnowszej Telefunkowej generacji. 

Aby to zrobić, najpierw trzeba było przeanalizować całą konstrukcję. 

Podział na stopnie i funkcje. Jak w wojsku.

Pomijając obwody zasilania, w bloku  wzmacniacza mocy można wydzielić kilka kolejnych stopni. Pierwszy to wzmacniacz napięciowy na tranzystorze T301 (AC122) oddzielony kondensatorami sprzęgającymi na wejściu i wyjściu - kolorem zielonym oznaczony. Zasilany także jest z odrębnego napięcia zasilania. Zostaje jak jest, beż żadnych zmian czy poprawek. 

Kolejny to  stopień sterujący, którego zadaniem jest wypracowanie właściwego sygnału dla tranzystorów pracujących w klasie AB (push-pull byśmy w lampowym świecie powiedzieli). Dzięki bardzo przemyślanemu układowi na jednym tranzystorze możliwe jest: wypracowanie sygnału dla pary przeciwstawnej, zapewnienie regulacji prądu spoczynkowego tranzystorów mocy i symetryzacji stopnia końcowego (tak by napięcie na wyjściu, ale przed elektrolitem) wynosiło połowę napięcia zasilania.  Germanowy tranzystor AC122/30 występujący w tym stopniu zamieniłem na krzemowy pnp, zgodnie z modyfikacją opisaną przez Telefunken-a. 

Tu już 3 krzemowe tranzystory.

Tej części pracy nie dało się wykonać kopiując układ bez zrozumienia jego działania, jak wspominałem - dużo pomógł mi kolega Zygmunt skrupulatnie tłumacząc zawiłości. Wspomagany w ten sposób odrobiłem zaległości z Feszczuka. A teraz, jako neofita spieszę dzielić się moją wiedzą.

Cały ten stopień sterujący można podzielić na trzy elementy: (1) tranzystor (wraz z opornikiem R1319 zbocznikowanym C1310), (2) zespołem diod czy innych stabilizatorów zapewniających stałość napięcia do wypracowania sygnałów dla kolejnego stopnia komplementarnego (kolor czerwony) i (3) rezystora (rezystorów R1318+R1316, pominiemy tu dynamiczny wpływ C1309). Rysując to w sposób następujący widać, że objęty prostokątem (na schemacie ideowym – ten kolorem czerwonym nakreślony) (2) zespół elementów ma zapewnić stały spadek napięcia, niezależnie od prądu przezeń płynącego, (3) rezystor w kolektorze (tu narysowany po amerykańsku – trochę jak sprężyna) realizuje prawo Ohma, a prąd całości zadaje (1) tranzystor sterujący.

obwód tranzystora sterującego.

Przyjmując jako Uo napięcie połowy napięcia zasilającego to UB T1303 ma być większe o U BE T1303+ UBE T1701 a UB T1304 (npn) mniejsze o UBE T1304. Należy dodać jeszcze napięcie stałe związane z prądem spoczynkowym tranzystorów odkładającym się na rezystorach, ale o tym za chwilę.

Sumowanie napięć 

 Regulując za pomocą PR-ki R1304 (pomarańczowa) napięcie na bazie T1302, a w konsekwencji prąd płynący przez tranzystor i obwód możemy ustalić symetrię wzmacniacza – coś w rodzaju naciągu wstępnego tej "sprężynki" (R13118/1316). Takie sprzężenie zwrotnie pochodzi z dzielnika napięciowego - obwód w kolorze pomarańczowym. Aby to osiągnąć musiałem zwiększyć wartość rezystora R1313 do 3,3k om, bo opisana wartość 2,7k om była za mała. Przebudowując układ na tranzystor krzemowy problem sprawiły stosowane przez Telefunkena, a niedostępne asymetryczne warystory E 295 ZZ/02 służące do stabilizacji napięcia. 

Weź i teraz (2021) znajdź takie varystory


Wujek Google, znalazł tylko to w katalogu Valvo.

Z początku próbowałem je zastąpić diodą Zenera o napięciu 2,6V (widać na kilku zdjęciach), ale to z kolei czyniło niemożliwym ustawienie prądu spoczynkowego tranzystorów mocy. Użycie polskich diod stabilizacyjnych BAP812 produkcji CEMI, dających 2V w kierunku przewodzenia, było strzałem w dziesiątkę. 

Tu już widać szare, niepozorne BAP812

Dodam, że Uo ustawiałem wstępnie bez podłączonych końcowych tranzystorów sterujących i mocy AD149, później tylko je po finalnym montażu lekko korygując.

Za dzielnik do napięcia posłużyły dwa rezystory 1kom.

Zachowałem oryginalne rozwiązanie stabilizacji temperaturowej oparte na termistorach, zarówno dla Uo (R1301) jak i dla prądu spoczynkowego (R1701), a korektę rezystora R1705 z 1k om na 680 om wykonałem dolutowując równolegle drugi o rezystancji 2,2kom.
Termistora nawet nie wykręcałem z radiatora.

Jako krzemową parę T303/304  użyłem BD139/2SA1358 (zamiast BD140) – spośród posiadanych łatwiej dało się dobrać takie same współczynniki wzmocnienia, co poprzez inną obudowę tranzystorów pozwoliło na uproszczenie montażu do radiatora, od strony BD 139 także z użyciem przekładek izolujących, dla obydwu tranzystorów z użyciem pasty termoprzewodzącej. 

Układ jeszcze mieszany jeden kanał całkowicie krzemowy, drugi jeszcze mieszany.

Przy okazji wyjaśniła się tajemnica wypalonego rezystora 180 om (R1320).

Ofiara i winowajca.

 Równolegle do niego podłączony dławik miał przerwę, i ów biedny rezystor cały prąd na siebie wziął. A że był on w omach kilkukrotnie większy (dławik miał liche 26 omów), to rezystor zgorzał.

26 om, indukcyjność żadna (wg. chińskiego miernika)

 Z braku możliwości wykonania tak subtelnych nawinięć koszykowych, na podstawie pomiarów

Dopiero pomiar za pomocą nanoVNA daje wynik.

 drugiego ocalałego dławika dobrałem taką konstrukcje dławikowo-rezystorową, by indukcyjność i rezystancja była podobna. Oczywiście zastosowałem to samo zastępstwo dla obydwu tranzystorów.  
Widać i komplementarne tranzystory i erzace dławików. 

Roboty ze wzmacniaczem mocy było sporo, kombinowania także, ale jego przyjemność ożywienia wszystko wynagrodziła. Stopień mocy zagrał ładnie, daje 13W na 4 omach, tranzystory się nie przegrzewają. 

Jest moc, jest fun.

Wymiany kondensatorów elektrolitycznych w części przedwzmacniacza nie będę opisywał – poszło bez kłopotów. 

Przed wymianą kondensatorów.

Po wymianie elektrolitów.

A i potencjometr regulacji balansu dał się naprawić. Oczywiście, jak prawie zawsze winne naloty na srebrzonych elementach ślizgowych. 

Styki, styki i styki.

No i po godzinie poszukiwań udało się odnaleźć zagubiony przy demontażu mały grafitowy ślizgacz – taki drobny element, a kłopot byłby ogromny.

Mam cię draniu! Już mi nie uciekniesz.

Wymieniłem też sygnałowe elektrolity w pozostałym torze m.cz., jak i w stereo dekoderze.

Aż dziw, że radio grało. To miało być 5uF.

Cudem, podkreślam cudem, udało mi się wykręcić rdzenie przegrzebanych filtrów p.cz. Po obróceniu ich (rdzeni) o 180stopni, już ze spokojem zestroiłem p.cz. na wobulatorze. 

Wzorcowa wewnątrzniemiecka współpraca. Po lewej NRD, po prawej RFN.

Ale żeby na AM dobrze ustawić, polski PGS21 musiał się wmieszać (dając częstotliwość znacznika).

Z drobnostek, acz upierdliwych do znalezienia, to wyeliminowałem zły styk w głowicy UKF w stopniu wzmacniacza (grało, ale grało słabo) i zimny lut w torze AM (takie same objawy). Po poprawie pozycji cewek na antenie ferrytowej także odbiór na średnich i długich jest bardzo satysfakcjonujący.


 To radio naprawdę może sprawić radość przy użytkowaniu, ale i przy naprawie. Widać, że ktoś pomyślał, aby ułatwić życie także serwisantom – dostępne punkty pomiarowe, mostki tam gdzie obwód przy regulacji trzeba rozpiąć – no super. Już się cieszę na kolejne. A może i ten egzemplarz wróci na warsztat, coś Pan Andrzej wspomina o przedwzmacniaczu gramofonowym (!?).

Przy okazji odrobiłem zaległe lekcje ze wzmacniaczy. Nie tyle lekcje co praktyczne ćwiczenia.