niedziela, 29 stycznia 2023

KOS czyli zabawy z nanoVNA

Wleciał do mnie Kos, Odbiornik Kos produkcji Diory.


 Bardzo lubiany przez kolekcjonerów bo na początku lat sześćdziesiątych był swojego rodzaju symbolem nowoczesności, takiego powiewu świeżości i dobrego wzornictwa.
Na zgniłym zachodzie podobne robili, ale KOS ładniejszy.

Produkowany był krótko: od 1960 roku do początków 1962, w niewielkiej serii i wielu kolorach. Dlatego w każdej szanującej się kolekcji jest tym „must be”. Oddało mi się go upolować za drugim razem, bo pierwszy wylicytowany nie został przez sprzedającego wysłany z dziwnym tłumaczeniem. Dzięki pomocy kolegi Jacka odebrałem to cudo. 


Stan co najmniej dobry, obudowa nie była połamana, ani nie wypalona, ładna tylna ścianka i wyglądająca przez dziurkę lampa ELC82 dziwiła. 


Oj, tak mi się z dziubkiem ptaszka z dziupli wyglądającym skojarzyła. No braki też były widoczne – brak znaczka i nieoryginalne pokrętła. Ten pierwszy otrzymałem w prezencie, a gałeczką do skopiowania od kolegi Włodka pożyczyłem. Najbardziej mnie ucieszyły śrubki mocujące chassis i tylną ściankę – takie z sześciokątnymi plastikowymi łbami. 


Żywo mi przypomniały jakąś PLR-owska skręcankę – politechniczną zabawkę z mojego dzieciństwa.

Jako, że odbiornik to poręczny i ciekawy to długo miejsca w kolejce nie zagrzał, wcisnął się na warsztat i już. Wewnątrz wszystko oryginalne, ale trochą zakurzone i to ze wskazaniem na dym tytoniowy. 

Nie taki puszysty kurz salonowy czy też tłustawe kuchenne olejowe opary. Zdjęcie obudowy i przyjrzenie się głośnikowi odsłoniło kolejną tajemnice – od frontu nazbierało się trochę krótko przyciętych włosów, włosów -  nie sierści. 


Już po tych dwóch śladach można było powiedzieć coś o historii odbiornika. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że pracował w zakładzie fryzjerskim i to w czasach gdzie czekając na wolny fotel można było sobie dymka puścić.

Radio już było naprawiane, ale pozostawione ślady doprowadziły do wniosku, że doznało tylko  mechanicznych uszkodzeń. 

No i podstawka lampowa była już naprawiana.
Naprawione starannie tj. z profilu aluminiowego wykonana proteza piasty koła od kondensatora strojeniowego, a i sama linka z szewskiego szpagatu została nanizana. Elektrycznie – wszystko oryginalne, przy czym było widać pewnego rodzaju ubóstwo podzespołowe. Nie ma już kondensatorów papierowych, ale styrofleksy są osiowe, a nie takie stojące – jak zapowiadano w dokumentacji.
NA siłę poupychane osiowe styrofleksy.

 Co nie za bardzo korespondowało z zaprojektowana płytką drukowaną i otworami w niej.  Trudno widać takie czasy były, gdzie tego co miało być nie było. Kolejna ciekawostka wyszła przy samym potencjometrze – w powietrzu montowany ceramiczny, dyskowy kondensator 10nF był anteną dla wszelkiej maści zakłóceń, nawet zbliżenie ręki na 4 czy 5 cm znacząco brum pogłaśniało. 

Brummm antena

A w tym miejscu miał być (wg. dokumentacji) ekranowany kondensator – widać wstawiono to, co było.
Ucierpiał biedaczyna.
Zastanawiało mnie przytopienie karkasu cewki eliminatora p.cz. – to jednak nie lutownica nieostrożnego serwisowca, ale zamontowany obok rezystor redukcyjny poczynił tą  deformację. Udało się rdzeń uruchomić i skrócić karkas. Żeby sprawdzić czy pozycja rdzenia zabezpiecza ustawienie na częstotliwość p.cz  (465kHz +/-2 jako rzecze instrukcja) - posłużyłem się nanoVNA.

Po obejrzeniu kilku filmików odważyłem się użyć tego przyrządu. Okazało się, że można. Kilka zwojów kynara na końcu S11 i od razu widać jak zmienia się rezystancja, a tak naprawdę impedancja w zakresie rezonansu. Rozochocony tym sukcesem sprawdziłem, że tak samo można złapać częstotliwość obwodów heterodyny czy wejściowych fal krótkich. Super, przy bezpiecznym i mało kłopotliwym sprzężeniu indukcyjnym  można sprawdzić, czy i gdzie jest rezonans i czy przestaraja się indukcyjnie (rdzeniem cewki) czy pojemnościowo (trymerem). Obwody wejściowe fal średnich i długich sprawdziłem dopiero później po przywróceniu anteny ferrytowej na miejsce i do obwodów. 

NanoVNA i sprzężona antena ferytowa.

Tor p.cz., który to  wg. dokumentacji miał  być zestrojony na 465kHz przy próbie klasycznej (na generator i woltomierz m.cz.)  wykazał szczyt swojej charakterystyki gdzieś w okolicach 490kHz, co znaczy że stałe obwodów popłynęły. Niestety filtry tam takie małe płaskie, philipsowskie i już pierwsza operacja dopasowanym (!) śrubokrętem zakończyła się uszkodzeniem rdzenia, a przynajmniej jego plastikowych części. Mam bardzo negatywny stosunek do tych filtrów, ale trudno – trzeba spróbować naprawić. Szczęśliwie okazało się, że delikatne ceweczki na cieniutkim preszpanowym karkasiku nie uległy uszkodzeniu.
A rdzeń pozostał.
Wnętrze filtra w całości zapaćkane jest czymś woskopodobnym materiałem, co zdaje się, że także działa jako lepidło ustalając miejsce cewek i trochę przy tym przeszkadzając przestrajać rdzeniem. Wydłubałem co się dało, rdzenie z innego filtra użyłem i … sprawdziłem częstotliwość rezonansową na nanoVNA. Podłączenie wyjścia S11 do końcówek przyrządu i badanie rezystancji łatwo wykazało, że udaje się ustawić 465kHz.
Tutaj charakterystyka fazowa i na wykresie Schmita
Właściwie trochę niżej – bez obudowy, bo po założeniu w związku ze zmniejszeniem indukcyjności w ekranie częstotliwość wzrośnie do pożądanej. Drugi filtr (gdzie ruchliwość rdzeni udało się uzyskać bez strat w sprzęcie) pomierzyłem w obwodzie, nie wylutowując. Jeden obwód około 465kHz miał, ale drugi ponad 10MHz (sic!). No przecież to nie jest FM.
Na stole operacyjnym

Trudno trzeba było wylutować, rozebrać i sprawdzić. Po tych manipulacjach okazało się, że ta ruchliwość rdzenia jest pozorna – rdzeń kręcił się razem z cewką! Szczęśliwie sama cewka nie została zniszczona, a zerwany koniec udało zlutować. Po uruchomieniu rdzenia i wydłubaniu resztek parafin sama cewka (nie rdzeń) została utwierdzona na miejscu prawdziwym woskiem. Okazało się jednak, że dojście do 465kHz wymaga wkręcenia rdzenia do końca. Problem rozwiązałem wymieniając kondensator z 200pF na 220pF. 

Naprawione i woskiem umocowane.

Po wlutowaniu filtrów tor p.cz. zestroiłem (podstroiłem) typowo – generatorem na max sygnału. Finalnie poprawię charakterystykę na wobuloskopie. Obwody wejściowe i heterodyna – tak samo użyłem nanoVNA. Pomimo braku biegłości w użyciu tego przyrządu okazało się to zaskakująco łatwe, ba nawet przyjemne. Dużo łatwiejsze niż z użyciem generatora. Pozostaje mi wykonanie chociaż troszkę bardziej profesjonalnych cewek pomiarowych, niż te zwitki z drutu, które użyłem.
Tu pomiary częstotliwości rezonansowej bez wylutywania z obwodu.
Po skręceniu radia do finalnej postaci i założeniu skali jeszcze sprawdzę zgodność ze skalą. No i pozostanie wykonanie kopii gałeczek. Ale to już inna historia.

 

piątek, 27 stycznia 2023

31 Radiowe Pogaduchy 29.01.23 19:30

 Zapraszam na 31 spotkanie z cyklu RADIOWE POGADUCHY.

Link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/7590249037

Zapraszam 29 stycznia 2023 r. o godzinie 19.30

Będzie o:

  • zasilaniu bateryjnych odbiorników lampowych,
  • lampach firmy Tungsram,
  • oraz reportaż z wernisażu wystawy w Rawie Mazowieckiej.

Uzupełnieniem będzie jak zawsze ciekawa dyskusja w gronie kolekcjonerów, miłośników i renowatorów starych radioodbiorników i telewizorów.

Nie zapomnijcie też odwiedzić naszego kanału Radiowe Pogaduchy na YouTube.


poniedziałek, 7 listopada 2022

Tester lamp kolegi Grzegorza i nie tylko.

Jednym z przyrządów, który niezwykle jest użyteczny ale trudny do zdobycia w rozumnych pieniądzach to zasilacz anodowy, który może służyć nie tylko testowaniu sprawności lamp ale także zasilaczem do uruchamiania układów lampowych.

P-508 dla jednych marzenie, dla innych grat zawalający warsztat. Dla mnie coś pomiędzy.

W związku z tym powstają konstrukcje bardzo czy mniej złożone, budowane wg. różnych układów i schematów, z wykorzystaniem różnych podzespołów czy modułów.

W ramach Radiowych Pogaduch kolega Grzegorz Bogusz, przedstawił swoją tworzoną konstrukcje. Video z Pogaduch poniżej.


Dla wszystkich, którzy chcieliby pójść w ślady Grzegorza udostępniamy schematy i wzory płytek drukowanych. Radzi będziemy za wszelkie uwagi, sugestie czy propozycje. Wysłuchać wszystkich rad zawsze warto, z mądrych skorzystać trzeba.

Pliki ze schematami Dysk Google

Co ciekawe w ostatnim czasie za konstrukcję miernika zabrał się także kolega Manuel z Madery - seria video tutaj.

A i ja wróciłem do kolejnej, trzeciej wersji zasilacza anodowego. Słowem - robi się ciekawie.
 

Muzeum PRL-u 2.0 czyli o troszkę smutnym Pionierku

W Muzeum PRL-u już byłem urządzone w budynkach po PZO uległo panoszącej się po praskim Kamionku zachłannej deweloperce. Zamknięcie było smutnym wydarzeniem, nie tylko dla Muzeum, ale  także dla okolicy. W przemysłowej kiedyś dzielnicy żyjącej takimi firmami jak PZO, PZT, Telefunken czy Szpotański pozostają kolejne mieszkania. Z jednej strony żal tych wspominek, nie istniejących już firm, ale cieszy grupa młodych mieszkańców, którzy Czasy PRL-u znają tylko ze wspomnień rodziców i z artefaktów w mieszkaniu babci.


Z wielką radością przyjąłem informację, że Muzeum życia w PLR znów działa. 



I to pod bardziej przystającym adresem ul. Piękna 28/34. To jeden z narożnych budynków MDM – miejsce z PLR-em związane jak najbardziej. 

Widok z okna na Plac Konstytucji. Na szybie okna oznaczone odniesienia do historycznych fotografii.

Oprócz Pałacu PKiN jeden z najtrwalszych pięt tego okresu w Warszawie. Samo muzeum jest na piętrze, znacząco większe i mocno przebudowaną ekspozycją. Ja nastawiłem się głównie na aspekty radio-techniczne.  Ekspozycje „przedmiotów z PRL-u” urządzone są jako bardzo dostępne plansze z realnymi eksponatami. Aż kusi by dotknąć.


 Jest cała ścianka z radioodbiornikami, głównie z tranzystorowymi, a co można zobaczyć  - odsyłam do fotografii. 

Troszkę szkoda, że praktycznie każdy eksponat jest w jakiś sposób poszkodowany, a tu brakuje anteny a tu pokrętła. Taki znak upływu czasu.  

Jest zestaw gramofonów Bambino, 


jest też kilka radiowych artefaktów porozkładanych czy to w inscenizowanym gabinecie partyjnego bonza czy PRL-owskim mieszkaniu. Trochę nie pasuje telewizor Grundinga czy Philetta upchnięta między książkami, ale dobrze niech będą to skarby przywiezione z kontraktu z drugiego obszaru płatniczego.  

Philetta ukryta przez spojrzeniem życzliwych  sąsiadów.

Częścią muzeum jest też działająca kawiarnia z najprawdziwszym działającym, włoskim ciśnieniowym ekspresem – symbol luksusowej restauracji czy kawiarni. Ciekawe czy parzona jest kawa Ekstra –Selekt czy jakieś współczesne erzace. Jest też pokój zabaw z zabawkami z epoki, niechże dzieci się czymś zajmą gdy rodzice piją kawę. 


Są tam piłkarzyki i inne atrakcje. Dla starszych (w tym mojej osoby) taką największą interaktywną atrakcją jest pół malucha do którego można wsiąść i poczuć się jak 40 lat temu. Ale jak widać, radość z tego żółtego pół samochodu ma także młode pokolenie mieszkańców Kamionka. Gdyby odpalili - to by odjechali. 


Mnie tylko troszkę smutno, że jaki najbardziej pasujący Pionierek z kultową anteną nie jest grający i nastawiony na Wolną Europę czy BBC. 
Była by to taka radiowa wisienka na tym torcie. 

Polecam Muzeum życia w PRL, nawet jeśli ktoś już był (czy to w Muzeum czy też w PRL).


Ja zaś wybieram się do prawdziwego Muzeum PRL-u. Muzeum Polskiego Radia Lampowego. Tam każde radio gra!


niedziela, 23 października 2022

RADIOWE POGADUCHY 25.10.2022

 Zapraszam na 28 RADIOWE POGADUCHY




Link do spotkania: https://us02web.zoom.us/j/7590249037

Zapraszamy 23 października 2022 o godzinie 19.30 

Będzie o  odbiornikach SABA, będzie też o lampach co choć niebezpieczne - ratują życie. 

oraz  jak zawsze dyskusja w gronie kolekcjonerów, miłośników i renowatorów starych radioodbiorników (i nie tylko).

Nie zapomnijcie też odwiedzić naszego kanału Radiowe Pogaduchy na YouTube.




Serdecznie zapraszam.

Wojciech Taras

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Errare humanum est czyli gałek odlewanie

Ostatnio przeczytałem gdzieś artykuł popularno-naukowy, którego Myśla przewodnią było to, że tak bujnie i szybko rozwijająca się sztuczna inteligencja, nie jest w stanie dorównać naszej ludzkiej. Nie chodzi bynajmniej o szybkość i precyzyjność. Już teraz w wielu dziedzinach w takich jak: jak szybkość przetwarzania informacji, zdolność przyporządkowywania do wzorca (kojarzenie) czy możliwość zapamiętywanie danych ten wyścig z bezdusznymi maszynami już przegraliśmy. Chodzi o coś jest bardzo ludzkie, a mianowicie popełnianie błędów, ale i wyciąganie z nich wniosków i kolejne (czasam już lepsze) próby rozwiązania problemu.

Ostatnio na własnym przykładzie miałem okazję się przekonać, że takie popełnianie błędów a następnie naprawianie to także przyjemność. Tym razem chodzi o gałki do Blaupunkta. 


Jest to już chyba najdłużej ciągnąca się moja renowacja, środek odbiornika prawie działa (poza ciągle się wzbudzającym torem FM), przekładnia planetarna już odtworzona. Obudowę do idealnego stanu doprowadził Pana Cezary ze Starej Szopy. W radiu od początku (od nabycia) brakowało gałek, ale Pan Ryszard pożyczył mi jedną do skopiowania, a drugą od przełącznika zakresów to mi podarował.
Może i lekkim ubytkiem, ale oryginalna.

Długo, bardzo długo trwało zanim się zabrałem za ich powielenie. Gałek jeszcze w żywicy nie robiłem, tylko znaczki, klawisz czy wtyczkę, ale w końcu trzeba było sił własnych spróbować. Jest w sieci trochę opisów jak to czynić należy, nie mniej spróbować własnymi rękami to zupełnie co innego niż obejrzeć nawet z 500 filmów na Youtubie. Trwa nawet krócej. Pamiętam, że dawno dawno temu przy decyzji o zakupie wiertarki kolumnowej był to jakiś argument, że tak łatwiej będzie jak ustawić formę przy kopiowaniu.

Pierwsza próba była oparta o rozwiązania podpatrzone u Pana Ryszarda. Za naczynie do tworzenia formy gałki posłużyła rura PCV kanalizacyjna.

Ten kawałek rury wycięty z większego, w Castoramie były tylko metrowe odcinki.

Kształt gałki wymuszał by nie tylko była to forma dwuczęściowa ale i w odpowiedniej kolejności wylewana. Wklęsłość na froncie wymagały by najpierw połówkę od przodu uczynić, a dopiero potem dolać drugą cześć. W ten sposób nie udało się użyć wiertaki kolumnowej, a odlewać trzeba było w sposób odwrócony tj. gałka na stojaczku. Poczyniłem małą podstawkę z wytoczonego na tokareczce  walca z ocalonego przed kominkiem drewnianego bukowego klocka i 6mm pręta aluminiowego. 
Na podstawce.

Wszystko odsklepione zostało od spodu plasteliną (prezent od córki - pozostałość po zajęciach z rzeźby) i ograniczone 80mm rurą PCV. Przy maksymalnej średnicy gałki ok. 55 mm tak gruba warstwa silikonu to była czysta rozpusta i marnotrawstwo nie tak taniego silikonu.

Forma silikonem spływa.
Ale niestety dostępność średnic (w rurach wyrażona) w budowlanych supermarketach jest ograniczona - wiadomo normalizacja. Trochę się czułem jak amerykanie którzy wylewając formy silikonowe stosujący litry, co tam litry - galony silikonu. To więc się pojawił Pierwszy Błąd – wystarczy by ścianka formy z silikonu miała powyżej 5mm, tam było ponad 12 mm i oprócz marnotrawstwa materiału stało się źródłem kolejnego problemu. 

Pamiętajcie – dobrze dopasujcie naczynie do rozmiaru odlewu.

Uradowany, że wyszło w miarę w miarę, niespokojny byłem czy tak zalany silikon dobrze wypełnił wgłębienie - popełniłem błąd. Żeby to by sprawdzić, przed odlaniem drugiej połówki - wyjąłem oryginał. I jak życie pokazało nie udało się go wsadzić idealnie – drobne szczeliny pozostały, co zaskutkowało wciśnięciem się drugiego zalewu silikonu, psując precyzję formy.

Pamiętajcie – jak robicie formę dwuczęściową – nie rozdzielajcie oryginału i pierwszego zalewu.

Nie miałem dobrego rozdzielacza silikon/silikon – zaufałem czemuś co miało mieć takie działanie – alkohol poliwinylowy. Pomazawszy tym oto specyfikiem dobudowałem ze słupków z plasteliny ulepionych plasteliny coś na kształt odpowietrzaczy zrobić i zalałem drugą część formy. Prawie połowa z tych słupków przy zalewaniu się przewróciła i tym samym swojej roli nie spełniła.

Pamiętajcie – zróbcie poprawne odpowietrzenie.

Po zastygnięciu udało się cały kloc (walec) silikonu wyjąć z rury dopiero po jej rozcięciu. Ale już nie udało się tak łatwo rozdzielić połówek silikonu. Przystąpiłem zatem do wydobycie oryginału za pomocą  skalpela, jednocześnie starając się naciąć taki ząbek do ustalenia połówek między sobą. Nie wyczułem dobrze pozycji gałki a cięcie poprowadziłem tak nieszczęśliwie, że linia podziału przebiegała w bardzo newralgicznym i widocznym (raczej wyczuwalnym) miejscu, to jest na ząbkach zdobiących boczną stronę gałki. W każdym odlewie będzie to widać (czuć). Do tego błędu przyczynił się też ten pierwszy problem – gruba silikonowa ścianka utrudniała nawigację skalpelem.

Pamiętajcie – zapewnijcie dobry podział pomiędzy częściami formy stosując działający rozdzielacz. 

Aby połówki formy ustalić ze sobą użyłem ponownie rozciętej rury PCV, która jednak zaczęła się zwijać nie za równo ściskając elastyczną silikonową formę. 

Zrobiłem odlew z żywicy i po wyjęciu wszystkie te błędy się uwidoczniły.

Na froncie widać efekt bąbelka powietrza i skrzywienie obrysu.

Od tyłu jeszcze gorzej - niedolewki, bąbelki i inne wady.

Ząbki miały przeskok, dodatkową deformację wprowadziły szczeliny pomiędzy oryginałem, a formą gdzie wcisnął się silikon z drugiego zalana. Jak by było mało to nierówny nacisk na całą formę (przez rurę a raczej to co z niej zostało) spowodowało, że gałka była okrągła umownie. Całości nieszczęścia dopełniły pęcherzyki powietrza, które w górnej części cienkich ścianek się nagromadziły. Totalna klapa. Albo z drugiej strony – tyle błędów wyłapano, a tylko jedna próba. Życie pokazało, że to nie koniec.

Będąc przejazdem u kolegi Jacka otrzymałem barwidło o barwie ciemnego bakelitu, mogłem zatem przystąpić do drugiej próby. Aby zmniejszyć ilość silikonu za drugą formę posłużyła mi metalowa puszka po małym groszku zielonym.

Denko szlifierką odcięte.
Dużo tańsza niż jakiekolwiek inne rury a jednocześnie łatwiejsza do obróbki niż np. sprzedawane na decymetry odcinki rur stalowych do naprawy układów wydechowych (tam jest ścianka 1,5mm stali). Odcinając denko (ostrożnie szlifierką) udało się jednocześnie mieć takie fajne ostrze wykrawające w plastelinie. Metoda ze słupkiem „na odwróconą wiertarkę” się udała.
Na podstawce, z plasteliną i pokryte rozdzielaczem (pomalowane i wypolerowane).

O odpowietrzaniu silikonu pamiętamy


Po zalaniu i zastygnięciu pierwszej warstwy przystąpiłem do budowy układu nadlewek i odpowietrzającego. 
Widać obliczenia pojemności były prawidłowe.

Z użyciem dodatkowych pierścieni zrobionych z preszpanu i rurek od patyczków do ucha (jeszcze takich starych z prawdziwego plastiku), które przyklejałem na uniwersalny klej (bakelitu nie łapie na amen – odchodzi) z małym dodatkiem plasteliny zbudowałem konstrukcję. 

Puszka spełniła swoje zadanie. Miała drugie życie.

Nie wyjmujemy oryginału z silikonu, nie wyjmujemy. Plasteliną dorabiamy ubytki.

Bardziej stabilną, ale i dającą nadzieję, że bąbelki z zalewanej żywicy znajdą się w górnej części odlewu – tej odrzucanej. 

Konstrukcja nadlewek i odpowietrzenia.

Za rozdzielacz posłużyła specjalna woskowa mikstura, którą łatwo nakłada się pędzelkiem, szybko schnie i po kilku takich nałożeniach pomimo, że spękana dawała nadzieję na rozdzielnie połówek.
Taśma zastępuje puszkę. Już można dostrzec separator - biały nalot na powierzchni silikonu.

Drugie zalanie (jak zawsze z odpowietrzanym silikonem w próżni) przebiegło bez problemów. Puszkę też trzeba było rozciąć szlifierką, a połówki dały się rozerwać.

Druga połówk akrzepnie.

Forma się rozdziela - widać pracę separatora - to to białe.

 Po wydłubaniu patyczków, krążków z preszpanu i resztek plasteliny  okazało się, że forma daje nadzieję na prawidłowy odlew, który później lekkiej obróbki tylko na tokarce będzie wymagał.
Odmierzyłem po 10ml składnika A (czyli żywicy)  i 10 ml składnika B (czyli utwardzacza). Do tego drugiego domieszałem ciut barwidła (miło być ok. 5% masy łącznej), zmieszałem i odlałem. 


Starając się tak napełnić formę, by wszystkie zakamarki były zalewane stopniowo i nie gromadziły się w nich bąbelki a następnie wcisnąłem drugą połówkę formy, z góry lekko przyciskając ciężarkiem.

Najpierw zalewamy drobne elementy
Nadmiar wypłynie przez kanaliki.

Wyszło zaskakująco dobrze. Powierzchnia bardzo ok., odpowietrzenie zadziałało, no i kolor wyszedł niczego sobie. Drugą operacją technologiczną było odtoczenie niepotrzebnych fragmentów odlewu. Ponieważ nie było szans by przy trójpunktowym styku uchwytu tokarskiego nie uszkodzić delikatnego odlewu zbudowałem z bukowego klocka, kawałka płyty HDF, trzech wkrętów i opaski cybantowej specjalny chwyt, który delikatnie obejmując całość gałki, pozwalał ją obrabiać. 
Uchwyt w czasie opracowania.

W trakcie odcinania nadlewów krucha gałka pękła i wysunęła się z uchwytu.

Tu się okazało, że odlew jest bardzo kruchy i chętny do pękania w sposób niekontrolowany. Po stoczeniu okazało się dlaczego – w przekroju był dziurawy jak najbardziej robaczywe podgrzybki. Źródło problemu zostało szybko wychwycone – kilka lat stara żywica. 

Nawet widać konsystencję starej żywicy.

Pamiętajcie – nie stosujcie przeterminowanych produktów.

Po zakupie nowej porcji problem bąbelków w masie odlewu zniknął. 

Ten po lewej - lewy jest po prostu, dziurawy i kruchy.

Nie, żeby odlew był jakiś tam specjalnie twardy, ale obrabiany nożem przecinakiem nie kruszył się. Do części gałek (wykonywanych dla Pana Ryszarda) dodałem troszkę barwnika brązowego przez co ton bardziej był bakelitowy. Aby zachować jednolitość barwy w kilku odlewanych w jednej formie po kolei detalach proponuję by przygotować sobie od razu porcję jednego składnika, a następnie do każdego odlewu precyzyjne odmierzać równe porcje składnika A i tego B już zabarwionego. Bardzo, bardzo pomaga w tym waga z dokładnością do 0,01g, chociaż można na oko korzystając z przezroczystych plastikowych kieliszków nalewając równiutko, równiej niż wujek na imprezie dzieląc ostatnią ćwiartkę na sześciu chłopa. 

Nalewałem równiutko, dopiero później doczytałem że równo to ma być wagowo.

Drugi odlew mi się nie udał  - powierzchni okazała się miejscami lepka i nie związana. Diagnoza była prosta – źle wymieszana mikstura. Za szybko poszła do formy i taki skutek.

Pamiętaj – dobrze wymieszaj składniki, ale nie za długo.

Producent deklaruje czas życia (lejności) żywicy FC-22 około 6-8 minut, z doświadczenia mogę potwierdzić, że to tak jest. Czas mieszania w plastikowym jednorazowym kieliszku patyczkiem też jednorazowym (drewnianym mieszadełkiem do kawy – jak z ORLENU, może być BP i inne) to około 2 minuty, no góra trzy. Dobrze jest odmierzać ten czas minutnikiem, raczej sekundnikiem, ale mamy ręce zajęte więc równie praktycznie a dużo wygodniej pracuje się tzw. ludową metodą pomiaru czasu, to jest „na zdrowaśki”. Można określić na jedną zdrowaśkę, no półtorej – zależy jaki żarliwie do się modlitwy przykładamy. Intencja wiadoma – żeby odlew wyszedł. 

Po tym zalewaniu należy starać się wlać żywicę powoli i tak by wszystkie rowki, szczeliny i inne wklęsłości wypełnić najsamprzód, póki rzadka. 

Pamiętaj - staraj się wypełnić najpierw delikatne szczeliny tak by nie utworzyły się w nich pęcherzyki powietrza.   

Po związaniu i wyjęciu z formy (co w teorii trwa kilka godzin) mogę doradzić, by odczekać jeszcze dzień czy dwa przed dalszą obróbką. Niech całość stwardnieje.

Podsumowując, a raczej robiąc rachunek swoich błędów stosowne zalecenia mogę uwadze czytelników polecić:

  • pracujcie na świeżych materiałach,
  • dobierajcie właściwy rozmiar formy,
  • zadbajcie w konstrukcji formy o dobre odpowietrzenie,
  • przy formach wieloczęściowych zadbajcie o dobre rozdzielenie silikon/silikon,
  • dobrze wymieszajcie żywice,
  • zadbajcie o dobre wypełnienie wszelkich drobnych rowków, szczelin czy innych elementów gdzie powietrze może pozostać.

Oczywiście to nie wszystkie reguły i zasady, których należy przestrzegać, a tylko te których poprzez własne błędy doświadczyłem, nauczyłem się (mam nadzieję) i z Wami się dzielę.

Która oryginał, która kopia - zgadujcie proszę.

Gałki prawie gotowe, pozostaje jeszcze powiercić i obsadzić docisk no i zrobić ozdobne pierścienie. Coś czuję, że i z tym elementem niezła będzie zabawa. Znów co sknocę, czegoś się nauczę,  Errare humanum est !