poniedziałek, 13 listopada 2017

Karbonylek czyli nie tylko kondensatory są winne

 Są radyjka takie jak to się mówi - kultowe. Takie, co który każdy poczciwy radiowiec powinien znać, rozumieć konstrukcję do każdego opornika a przede wszystkim umieć naprawić. Na dodatek, jak ma do tego pasję zbieracza to także - posiadać. W naszym kraju zdecydowanie takim numerem pierwszym jest Diorowski Pionier. Odbiornik, który przez dwadzieścia lat był na taśmach produkcyjnych, którego wyprodukowano (łącznie z wariantami, odmianami i wersjami pochodnymi) tak grupo ponad milion egzemplarzy. Radio to ma chyba setki (jeśli nie tysiące) wielbicieli, na oldradio.pl funkcjonuje Kącik Pionier Polskiego, wątek na Triodzie o Pionierze jest chyba najdłuższym z możliwych, słowem w każdej kolekcji taki Pionier powinien być. Może nawet nie jeden, kilka. A już najlepiej to w każdej wersji, od najstarszej poczynając z kubkami od AGI, do Promyka z 1968r. Marzeniem wielu jest mityczny Pionier na „czerwonych lampach”, bateryjnych, philipsowskich – podobno teki był. Ja aż tak wielkich ambicji nie miałem, wystarczył mi podarowany przez kolega Józka taki Pionierek z początku lat 50-tych, z jeszcze pełnymi falami krótkimi i Katowicami na kolorowej skali. 
Ucieszyłem się, że kompletny, że w dobrym stanie – no będzie  radość naprawiać. 
Zaczęło się to dłubanie od naprawy potencjometru i papierowych kondensatorów wymianie (za co mi się w komentarzach solidnie dostało) – później przyszła pora na strojenie, zaczynamy klasycznie z pośrednią 465kHz od drugiego obwodu poczynając. Po wydłubaniu resztek parafiny (czy czegoś parafino-podobnego) mogę ceramicznym śrubokrętem podejść do rdzeni cewek filtru p.cz. No daje się złapać jakieś maksimum przy 465kHz, ale dopiero przy maksymalnie wkręconym rdzeniu czyli maksymalnej indukcyjności. Diagnoza prosta – brakuje iloczynu LC czyli mówiąc bezpośrednio uciekły nam pikofarady z ZAPORY – mikowego kondensatora z ZAkładów POdzespołów RAdiowych. Oj, jak dobrze, że kubki filtrów w tym Pionierku są „z klinkiem”, a nie te zaginane. Po wylutowaniu kondensatora, takie tam ciekawskiego sprawdzenie – ile uciekło? Wskazanie 209pF. Co jest? Drugi miernik – to samo - kondensator sprawny. Czyli uciekła cewka, a dokładnie jej indukcyjność. Ponieważ sama się nie odwinęła to jedynym wytłumaczeniem jest, że zmieniły się właściwości materiału rdzenia. A rdzenie ładne, karbonylkowe tj. ze sproszkowanego żelaza – wynalazek niemieckiego inżyniera Hansa Vogt-a, który to w 1932 roku opatentował metodę tworzenia rdzeni do cewek radiowych. 
Hans Vout jest także pionierem filmu  dźwiękowego.
pierwszy standard zapisu dźwięku na taśmie filmowej Tri-Ergon to ich pomysł.
Dzięki pozyskiwaniu drobin żelaza z redukcji petakarbonylku żelaza do czystego żelaza. Rdzeń taki składa się ze sprasowanego proszku żelaza (karbonylkowego właśnie), z lepiszczem organicznym, czasami wypalanego. Rdzeń taki składa się z drobnych cząsteczek magnetycznych otoczonych warstwą prawie izolatora – co powoduje, że materiał ma dużą przenikalność magnetyczną (dobre, bardzo dobre dla indukcyjności) i w miarę małe straty na prądy wirowe (szkodzące dobroci cewek). 

Jednak po dziesiątkach lat własności ferromagnetyczne rdzeni zmieniły się znacznie. 
Patent USA z 1938 roku
Nie wiem czy to tylko czas był winny, spotkałem się z informacjami, że przegrzanie ponad 70 stopni skutkuje zauważalnym pogorszeniem własności, a wysoką temperaturę w małym radiu lampowym nie trudno. Stało się - trzeba zaradzić. Pozostała wymiana kondensatorów, w jednym filtrze (pierwszym) jako wystarczające rozwiązanie okazało się dolutowanie po 20pF (też z epoki kondensator),
To radio obrócone, nie zdjęcie.
ten drugi filtr już wymagał 240pF, aby rdzeń przy 465kHz był w połowie drogi strojenia, czyli czoło o jakieś 2 mm zagłębiło się w karkas.
240pF - miałem takie styrofleksy.
Przy zdjętych kubkach wykonałem pierwsze zgrubne strojenie – żeby zorientować czy regulacyjności cewek wystarczy, po założeniu ekranów drugie.
Rdzeń tak 2mm do tyłu - w środku regulacji.
Ograniczenie pola magnetycznego cewki przez kubek ekranujący powoduje zmianę indukcyjności – zmniejsza ją. Podobnie działają rdzenie całometalowe tj. mosiężne i aluminiowe – wkręcając je w karkas zmieniamy kształt pola magnetycznego cewki, niejako wyciskają linie pola z wnętrza, przez co indukcja w tym przypadku maleje. To była jedna z moich pierwszych niespodzianek w radiotechnice – jak aluminium ( o zbliżonym do jedności współczynniku przenikalności magnetycznej) może tak znacząco zmieniać indukcyjność w cewkach głowic UKF.

Co do szczegółów strojenia p.cz. w Pionierku - przygotowuję odrębny artykuł.

W obwodach wejściowych też okazało się koniecznym podrasowanie indukcyjności (bo pojemności agregatu nie zmienimy a trymery mają ograniczony zakres) za pomocą rdzeni ferrytowych pozyskanych z „destruktów”- czyli odbiorników, które zakończyły swoją służbę jako dawcy organów.  Rdzenie osadzone są osadzone są w plastykowym wkręcie. Czerwone i czarne dla oscylatorów i obwodów wejściowych fal średnich i długich, przezroczyste, z innym ferrytem, takim rdzawym dla fal krótkich.
Od prawej - rdzenie z zakresu fal krótkich - bezbarwne z rdzawym rdzeniem, czarne ferryty z czerwonym czy zielonkawym gwintem  i oryginalny karbonylek dla przykładu.

Dla utrwalenia efektów strojenia p.cz. zastosowałem po kropli wosku na każdy rdzeń, wosku prawdziwego, od kolegi pszczelarza pozyskanego.
Zawoskowane
Rdzenie obwodów wejściowych z kolei zabezpieczyłem gumkami.
Te z gumki "do gaci" okazały się za cienkie.
Te pozyskane ze starej bielizny się mi skończyły, zostały zastąpione przez przycięte z gumy modelarskiej. Nożyczkami takie milimetrowe paseczki udało się wyciąć. Guma taka jest elastyczna i do tego zastosowania bardzo dobra, a kilka metrów (bo tyle sprzedają) wystarczy na kilkaset odbiorników.
Zestrojenie heterodyny i obwodów wejściowych (modulowany AM sygnał na antenę) trwało dosłownie minutę, dwie, no góra trzy. Punkty strojenia – długie 175kHz/275kHz (w praktyce Warszawa I we właściwym miejscu i z maksymalną głośnością), Średnie 600kHz/1400kHz, a krótkie  6/15.2 MHz – ładnie opisane w Kąciku.
Wyglądają kolorowe łebki.
Pionier jest wspaniałą konstrukcją! Cieszy się, że na Rynku w Dzierżoniowie jeden w formie pomnika w tym roku postawiony został. Czeka tam na mnie, na pielgrzymkę do miejsca narodzin tego radia.

wtorek, 7 listopada 2017

VEF 206 czyli radio przekracza strefy czasowe i nawet więcej

Po pewnym czasie człowiek popada w rutynę, wszystko zdaje się takie same, powtarzalne i nie warte nawet pamiętania. A jednak życie czasami płata figla. Tak było przy VEF 206. Pancerne radio, działające zawsze i wszędzie. Jedyne co doskwierało ale to przeogromnie to brak UKF. Nie było i nie ma. Aż trochę dziwne, że produkowano go przez 15 lat (do 1988), nawet dłużej -  wliczając VEF 201/201 czy ciut wcześniejszy VEF12 (marzec 1970), którymi konstrukcyjnie i układowo to bardzo, bardzo bliski model.

Z jednej strony należy rozumieć „uroki” gospodarki socjalistycznej, sami mieliśmy Syrenkę, Franię i inne produkty, które przez dekady były produkowane w niezmienionej formie. Ale myślę, że jeszcze przyczyniło się do to tego dopasowanie produktu do potrzeb użytkownika, wielkie połacie Związku Radzieckiego ograniczały dostępność nadajników UKF, a w sowchozie VEF z rozbudowanymi zakresami fal krótkich krótkimi zupełnie wystarczał. Było można dowiedzieć się o ostatnich zdobyczach socjalizmu, walce z amerykańskim imperjalizme czy posłuch c koncertu Czajkowskiego z Leningradzkiej Fillarmoni. Nawet w chacie na Kamczatce. Czaso-przestrzenne kółko w Rydze 104 pokazuje jak wielki to kraj.
Postanowiłem doprowadzić swojego VEF-a do pełnej sprawności i czystości. Opisy jak rozebrać, jak wyczyścić są dostępne w wielu miejscach przepastnego internetu, może język jest dla młodszych czytelników pewnym utrudnieniem, ale wszystko pokazane dokładnie.
Swojego rozebrałem, zewnętrzną obudowę na noc zamoczyłem w roztworze ciepłej wody i niemieckiego żelu do prania, wyszczotkowałem. Metalowe listwy przeczyściłem i troszkę przepolerowałem. Zostały drobne ryski, ale trudno takie to mogą być. Pleksi skali też było troszkę podrapane, drobniejsze przeczyściłem, a te grubsze no zostały, takie złe nie były. Sporo brudu było i tak, sporo się z niego paprochów i okruszków wysypało. No może nie tyle co z klawiatury studenckiego laptopa – kanapki nie złożyłem.
Wymiana elektrolitów w większości nie była absolutną koniecznością, ale pomny doświadczeń z wobuloskopem jak i zaleceń kolegów – wymieniłem wszystkie. Niektóre nawet osiowe miałem !
Papierowych hermetyzowanych nie ruszałem, nie ma tu wielkich rezystancji jak w lampach i parę nanoamperów za dużo punkt pracy tranzystora nie zmieni. Potencjometr głośności szybko się oczyścił i przestał trzeszczeć. Troszkę uwagi poświęciłem stykom przełącznika bębnowego – łatwo dostępne i te parę minut i kropel czystego alkoholu człowiek poświęcił. Po złożeniu grało i prezentowało się super. Brakowało tylko tego FM.
Żeby się troszkę nacieszyć, na wieczorne odsłuchanie zabrałem je z piwnicznego warsztatu na górę, na drugie piętro. Niestety zbrojenia wielkiej płyty działają prawie jak kratka Faradaya i odbiór no taki sobie był – w większości przetwornice/BTS i cały elektro-smog.
Wypucowane i świecące se jak radzieckie radio przez 1 Maj alub 7 listopada.
Oczywiście ładnie PR1 na długich, troszkę Rumunów na średnich i niezawodnie Chińczycy na krótkich. Za to na 13 metrach coś nietypowego było słychać. Niby silnie, ale nie wyraźnie, wybrawszy się na balkon (w czapce i kurtce – w końcu koniec lata mamy!) okazało się, że nie tylko siła sygnału znacznie wzrosła, ale i wyraźność nieco, tak by przekaz był czytelny. Otóż leciały eterem zdrowaśki i to jak najbardziej po polsku. No wiedziałem, że pomimo 216 nadajników na UKF-ie jeszcze toruńska fala jest na krótkich? Sprawdziłem na stronie, no nadają w AM-ie ale na średnich i w Ameryce! A tu ewidentnie skorelowane jak na UKaeFie (Warszawa 89.0 MHz ) – synchronicznie.
To co było zastanawiające to bardzo zniekształcony odbiór przy silnym sygnale. Ponieważ skala radia w metrach to aby odczytać MHz  zaznaczyłem na papierowej taśmie dwa miejsca odbioru (drugi słabsze). Chajda przeliczać metry na Megaherce i sprawdzać co i jak.
Interferencje częstotliwości.
No i wyszło smutno bo okazało się, że to nie piracka toruńska rozgłośnia na krótkich nadaje, ale radzieckie radio dywersyjne odbiera na podharmonicznej 22,250Mhz nadawany program Ojca Dyrektora z UKF-u 89,00 MHz. Stąd i chrypiący głos i zniekształcenia.
Ciekawe jak radziło sobie Radio Niepokalanów uruchomione przez Ojca Maksymiliana Kolbe tuż przed druga wojną światową. Nadawało w pobliżu pasma 40m ze znakiem wywoławczym SP8RN, tak aby (jak sam Ojciec Kolbe pisze) docierało także do radioamatorów „Podobno jest 50 000 krótkofalowców. Jedni będą słuchali z ciekawości, inni może ze smutkiem, a nawet może i… z wściekłością.” Ambicją było dotarcie do Japonii do misji a może i wyżej … szczegóły na stronie Radia Niepokalanów.
Na 13metrach teraz praktycznie nie ma czego słuchać, a niech tam nawet i to skrzeczące będzie. Ja wolę chińczyków, na 41m przynajmniej się starają po polsku mówić. Też w większości treść propagandowa, ale nie po to ktoś megawaty w eter wysyła by muzyki ktoś mógł posłuchać. Nie te czasy.

Uprzejmie informuję, że zbieżność daty tego postu z roczniczą Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Pażdziernikowej jest jak najbardziej przypadkowa, a może to przesłuch z innej strefy czasowej (?). Wszak Lenin wiecznie żywy.


piątek, 3 listopada 2017

Chwila refleksji czyli o kolejce do lekarza

Jedną z rzeczy, której nie cierpię, zda się nie tylko ja, to czekanie. A zwłaszcza czekanie w kolejce do lekarza. Pomimo wielu „reform” tzw. „służby zdrowia” – obydwa te terminy piszę w cudzysłowie, to jest źle, nawet bardzo źle. Płacimy z żoną sumienie te obowiązkowe składki na NFZ, chcemy czy nie chcemy – potrącane są przed wypłatą. Jedynym momentem, gdy uzmysławiamy sobie jakie są to pieniądze to wypełnianie PIT-a końcem kwietnia i wtedy to pojawia się refleksja – a ile to ja z tego skorzystałem? Może to dobrze, że się stresuje, iż wpłaciłem aż tyle, a korzystałem – no nic, prawie nic. Taki stres, taka dychotomia poznawcza to człowiek się zastanawia czy wszystko z nim jest w porządku. Jeśli zapisze się do specjalisty, jak moja żona do immunologa to termin dostanie na grudzień, szczęśliwie już w 2018 roku, to fakt czekanie kilkunastu miesięcy w zdroworozsądkowym rozumie zakrawa na wariactwo. Czy my żyjemy w jakimś nienormalnym świecie, czy tylko nam się tak wydaje? artykuł w Internecie, to pojawia się duże pytanie – czy aby wszystko ze mną jest ok.? Czy to co czyni z nim jego radiowa pasja nie powoduje czasem więcej cierpień i kłopotów niż pożytku?  Dr Bogusław Habrat dosyć przejrzyście, acz z należną lekarzom tej specjalności ogólnością, omawia coś co mnie, a i przypuszczam wielu z kolegów radiowców, że użyję tego - toczy. Pasja, poszukiwanie specjalnych okazów, poświęcanie i grosza, i czasu, a i co gorsza czasami także relacji z innymi ludźmi – no chyba nie jest warte tego? Ale co w zamian? Jakie inne działanie czy też, że użyję terminu z artykułu Pana Doktora – uzależnienie behawioralne będzie zajmowało nam czas. Układanie pasjansa? Oglądanie śmiesznych filmików w Internecie?
Czy aby wszystko ze mną w porządku?
Czy człowiek czasem nie powinien z tym wszystkim zapisać się do psychologa? A jak jeszcze natrafi na
Odwiedzając kolegów radiowców po całej Polsce dane jest mi zaobserwować ich walkę z sobą samym, zdarza się, że zwycięsko prowadzoną, ale czasami też klęskę totalną przypominającą. Gustownie dobrane kilka, kilkanaście, no góra kilkadziesiąt radyjek – to miło spojrzeć, zachwycić i pozazdrościć.
Uporządkowane, skatalogowane  i nawet z metkami - to jest to.
Kilkaset czy kilka tysięcy (słyszałem, nie widziałem) w tonach raczej niż sztukach  liczonych to nieszczęście. Zajmuje to miejsce, garaże, piwnice i strychy czy całe domy.
Zapakowane i czeka.
No chyba, że ktoś zdecyduje się mieszkać w muzeum, cofnąć się dziesiątki lat, do innej epoki.
Radio, lampa, cukiernica i gospodarz - wszystko w najlepszym wydaniu, z klasą. 
No tak, ale kto w tamtych czasach miał piętnaście superheterodyn w salonie? Najbogatsi to mieli jedną. Czy 50 amplitunerów HiFi pozwoli cieszyć się muzyką, no jeden, góra dwa to tak. Ale kilkaset?
U mnie rygor trzyma żona, nie powiem, że konfliktów to nie rodzi – widział kto, że „Beethoven jest za duży do salonu”(!).
No pięć Beethoven-ów to trochę przesada
Tak, że starych odbiorników radiowych w mieszkaniu mam 3, słownie trzy. I chyba więcej się nie zmieści. Za to piwnica, to jest istna poczekalnia pacjentów - bo mnie osobiście nie cieszy ich „manie”, jako że czuję się to takim radio-felczerem (jeszcze nie lekarzem).
Znaleźć jakiś ciekawy radiowy przypadek, wyleczyć stosownie do możliwości i rokowania, a potem powierzyć w jakieś ręce, gdzie wiem, że krzywda się nie stanie – to cała radość. A w między czasie pozyskać co nieco wiedzy, umiejętności i podzielić się kolegami, ot choćby na tym blogu. Super, to mnie kręci. Tak to sobie tłumaczę, tą „misję” moją – też w cudzysłowie pisaną.
A, że od czasu do czasu trzeba rachunek sumienia wykonać, i coś  tam usprawnić, to w ramach „dobrego przykładu” się teraz pochwalę. Zrobiłem wygodniejsze miejsca dla pacjentów w piwnicznej poczekalni, teraz już mogą w komfortowych warunkach mieć nadzieję, że z warsztatu dobiegnie sakramentalne – Następny Proszę!
Teraz to jest poczekalnia
Swoją drogą, jak policzyłem te moje egzemplarze, a i dodałem te co są poutykanie we wszystkich innych możliwych miejscach (piwnice, strychy i tak gdzie się dało) to wyszło mi, że przy dotychczasowym tempie (t.j. jeden Pionier przez pół roku) – do emerytury wystarczy. Ba do końca, przez ZUS prognozowanego czasu życia, się nie wyrobię. I co z nimi będzie?
Pocieszam się, że ktoś z tego bloga skorzysta, czegoś się tam nauczy i dalej będzie naprawiał.

piątek, 20 października 2017

Unitra czyli dyskretny urok korporacji

Jeszcze nie tak dawno, jak wskazuje Google Street View – jeszcze w roku 2014, na wylocie ulicy Racjonalizacji, przy Konstruktorskiej stał baraczek.
Nie wiem dokładnie co się tam ongiś mieściło, ale moje oko przykuwało (przykuwało wręcz codziennie, przez dziesięć lat pracowałem 50 metrów dalej) specyficzne okratowanie okien na parterze. W kółeczku, na środku, bardzo wyraźnie było wkomponowana litera U – znany logotyp Unitry.
W tym czasie w tych baraczkach kwitł pełną parą taki niskopoziomowy kapitalizm, takie tam kredki czy perfumy, słowem Spółka Szwagier i Ja. Za to już kilkaset metrów dalej, w okolicach skrzyżowania ulic Postępu i Domaniewskiej, na zgliszczach CEMI, buchał pełną parą korporacyjny „Nowy Ład”, wieżowce powypełniane korpo-ludkami na każdym piętrze.  A tu proszę takie niby zapomniane, niby brzydkie, ale jakże praktyczne zabezpieczenie „Made in Unitra”, dzielnie opierało się czasowi i przemianom.
Bo było solidne i chyba (patrząc optyką końca słusznie minionego okresu) nawet ładne, to „U” zwłaszcza.
Nie wiem, kto był projektantem poszczególnych logotypów Unitry, ale muszę przyznać, że były dobre. Dobre, to znaczy trwałe, bo chyba tak można ocenić ich jakość. Jak coś jest dobre wzorniczo to wiele lat trafia do świadomości klientów/użytkowników/fanatyków.
Logotypy ze Strony UNITRA -klub - koszulę sobie można zamówić.
Kilka dni temu bardzo się zdziwiłem, a i ucieszyłem jednocześnie, gdy na Facebook-u pojawiła się foto-relacja przesympatycznego kolegi, który to ze Świdnicy do Warszawy wyruszył, by zwiedzić nowo-otwartą wystawę. Ku mojemu zdziwieniu wystawa "Unitra. Zakres częstotliwości"  była kilkaset metrów od nowej siedziby mojej firmy, no i chyba tylko z kilometr od poprzednio przywołanego baraczka. Korzystając z chwili wolnego wybrałem się tam „per-pedes”.
Udało się ją odnaleźć, ale nie w starym budynku Klubu/Kina KARD, gdzie też rozmościł się i zakrólował siermiężny kapitalizm (ale i Pan Florian schronił się ze swoim lampowym królestwem),
Stary budynek - obraz nędzy i rozpaczy.
ale w nowo-wybudowanym, supernowoczesnym budynku na wylocie ul.Cybernetyki – adres Rzymowskiego 32. Wystawę zwiedzałem w samotności, nikt nie zajrzał, nikt nie przechodził. A sama wystawa, troszkę skromna, zimna i chłodna, a także nieprzyjemnie cicha – żaden sprzęt nie był grający, ale z pewnego kąta patrzenia (tj. mojego) – bardzo, bardzo ciekawa.

Pozwólcie, że kilka zdjęć pokażę. A uwagę zwrócę tylko na parę osobistych szczegółów.
Koncert - no lepszego nie było. Pamiętam z wycieczki do Warszawy w 1983 lun 1984 - nagrywana byłą ścieżka dźwiękowa. Tylko na magnetofon patrzyłem
Po pierwsze MAJA 2
– mój radiomagnetofon – podstawówka i technikum. Bardzo mój, bardo Powtórka z Rozrywki, 60 minut na godzinę i bardzo teatrzyk Zielone Oko.
Maria – upadający socjalizm i Wola Europa, podwójna przemiana częstotliwości i słuchanie wieczorami wieści z innego – ponoć lepszego świata.

SM 50 (tu wersja 52 z mikrofonem) – słuchawki stereo – wprowadzenie w świat „kanał lewy/ kanał prawy”.
Julia Stereo – nieosiągalna, tylko dla nomenklatury (teraz u mnie 3 sztuki stoją!), ale ciekawa – pierwotny projekt z innym przełącznikiem.
Bosman – nie zrealizowany zamiar.
Mnie się  podoba – ciekawe jaki miał być elektrycznie.
Jest też miejsce dla buntowników, artystów. Ciekawy wątek – nie wiedziałem.
Tylko Prezes jeszcze taki używa.
Kącik telewizyjny – miałem Vell-ę przerobioną na monitor (zielony kineskop kupiłem w Bomis-ie na ul. Promenady.L
Sklepik przy ul.Promenady w roku 2009 - już historia.
Sklepik, niestety zbankrutował końcem roku 2016.
Można się było poczęstować scalakiem lub tranzystorem Unitry, z trudem się oparłem, nie wsadziłem żadnego do kieszeni. Niech się inni częstują.
Tak sobie tylko myślę, że te 40 lat temu pełną parą działało Zjednoczenie Unitra (wg. dzisiejszej nomenklatury – Korporacja Unitra), teraz nie ma po niej nawet kraty w oknach – pod tym adresem na Konstruktorskiej deweloper już wybudował mieszkania dla korpo-ludków. Czy po kolejnych 40-stu znajdą się ludzie, którzy będą zafascynowani na tyle tym zjawiskiem korporacji, by na zderzaku umieszczać logo, organizować klub czy jeździć na wystawy. Nie wiem.

Ona jednak to coś miała, i ma. Żyje UNITRA w pamięci, świadomości i wspomnieniach.    

poniedziałek, 9 października 2017

Elektrownia czyli miejsce gdzie zaczyna się radio

Większość cokolwiek z radiem obeznanych osób, na pytanie: „Gdzie zaczyna się radio?” wskaże antenę. Jako ustrój zbierający z eteru fale elektromagnetyczne, z razu w prąd przetwarzając, który to kolejno wzmacniany i przekształcany finalnie cewkę głośnika (lub słuchawek) w akustyczne drgania wprawia. Ja jednak pozwolę sobie zgoła odmienny pogląd oznaczyć.
Od lewej czy od prawej - gdzie początek a gdzie koniec?
Dla mnie radio od wtyczki zasilania (lub baterii) zaczyna się. Bo też stąd płynie energia niezbędna do poruszania rzeczonej cewki, do zasilania wszystkich stopni wzmacniających jak i innych obwodów mniej lub bardziej potrzebnych. Bez prądu radio nie działa, oczywiście poza odbiornikami detektorowymi, co jednakże chlubnym wyjątkiem jest. Znaczy się tam prąd jest, tyle że z anteny pochodzi. Jak do tej pory nie odkryto takiego sposobu skutecznej zdalnej komunikacji, która by bez elektrycznego zasilania funkcjonowała. Poświęćmy troszkę uwagi zatem prądowi i jego początkom.
Pierwsze j tej dziedzinie wynalazki opierały się o chemiczne źródło – tutaj zasługi przypadają Włochom (Volcie dokładnie), ale szybko przez Brytyjczyków zaadoptowane, podobnie jak Marconi –  ot, zbieżność taka.
Ogniwo Volty - zda się oryginał z wystawy w Muzeum Historii Amerykańskiej 
Wielkim postępem w dziedzinie chemii poprzez odkrycie wielu pierwiastków drogą elektrolizy zaowocowało. Anegdotą jest jak po licznych sukcesach za Kanałem,  Napoleon był zdegustowany. Francuska Akademia tłumaczyła się, że nie posiadają wystarczająco silnego stosu Volty by móc prowadzić badania. Napoleon grosza nie poskąpił i dużo mocniejszą baterię ufundował. Przy uroczystym otwarciu, sam osobiście chciał się przekonać o celowości wydatków – przytknął dwa druty do języka, po czym … szybko opuścił salę. 
Obraz  "Volta przedstawia ogniwo Napoleonowi" autor G. Bertini z 1897 r. z muzeum Volty w Como.
Sam z dzieciństwa pamiętam, że było to podstawowa metoda pomiarowa napięcia zarówno płaskich baterii od latarek jak tych bardziej szczypiących - dziewięciowoltowych. Anodowych na szczęście nie posiadałem.
Koniec dziewiętnastego wieku to wielkie zmaganie  pomiędzy dwoma standardami – prądem stałym (Edison) i przemiennym (Tesla/Westinghouse).
Taki amerykański żart - ale sprzątaczka się cieszy - ma gdzie podłączyć odkurzacz - też  Muzeum Historii Amerykańskiej 
Już niedługo na ekrany wejdzie Hollywood -sko podkolorowana opowieść o wojnie prądów – czekam z niecierpliwością.


W Stanach Zjednoczonych polaryzacja była bardzo silna. Edison forsował prąd stały, jako że jemu wiele patentów przypisanych dotyczyło tegoż właśnie.
Edison i Westinghouse to tak ze wojna na standard żarówki - tu wygrał E22, E14 E10 i inne od Edisona pochodzace.
Tesla zaś udowadniał, że zmienny dużo więcej zalet posiada. Co ciekawe w pierwszej elektrowni, napędzanej wodami Niagary na końcu konieczne było prostowanie prądu – niezbędne dla elektrolizy aluminium. Bo i ta elektrownia temu głównie służyła.

Użycie transformatorów i przesłanie prądu do Buffalo udowodniło, że Edison zabrnął w ślepą ścieżkę.
W Polsce zarówno w okresie przedwojennym jak i krótko po wiele standardów było. Zależnie od tego jaki lokalna elektrownia produkowała Zdaje się, że na przełomie lat 50/60 110V jak i  prąd stały praktycznie w zasilaniu sieci oświetleniowej zanikł. Nie znalazłem materiałów, które by mówiły jak postępowała standaryzacja sieci w Polsce, może ktoś ma – byłbym wdzięczny za kontrakt.
Troszkę później niż w Ameryce, ale elektryką się w Bukowinie ponad 80 lat cieszymy.
W Bukowinie od 1936 roku mieliśmy 220V zmiennego, na początku częstotliwość i napięcie zależało od obciążenia agregatu, później sieć została podłączona do „wysokiego napięcia”.

Podziwiam wysiłek konstruktorów odbiorników, którzy zmagali się z koniecznością zasilania zarówno z prądu stałego jak i zmiennego, szczególnym uznaniem gdzie i 220V i 110V mogło odbywać się bez przełączania zwór czy przekładania bezpieczników. Kosmos pięknym tego przypadkiem jest.
Niestety zdarzały się nam wielokrotnie radyjka gdzie niewłaściwe ustawiony przełącznik napięć zasilających skutkował  podaniem pełnych 230V na uzwojenie do 110V przygotowane – skutki opłakane.
Spalony transformator po próbie zasilania na 110V
Dlatego też gdzie tylko mogę odłączam wewnątrz jeden lub dwa kable, tak aby na 110V(czy 127V) radio nie mogło działać.
Usnąć możliwość połączenia - w Calypso
Po to by nikt nie poczuł się jak Napoleon, gdy „tylko chciał spróbować”.
Tu jakiś "fachowiec" bezpiecznik wattował. nawet druty są!