niedziela, 25 lipca 2021

Smak Radiotechniki czyli prawie trzy wystawy w dwa dni

 W trakcie nie tylko ostatnich Radiowych Pogaduch, ale i w trakcie kilku poprzednich powracał motyw „muzealnego” zebrania, uporządkowania, a zwłaszcza udostępnienia szeroko rozumianych radio-zbiorów. Nie mamy w kraju Radio Muzeum, jednego miejsca, instytucji której radio zbieracze mogliby z czystym sumieniem przekazać (nawet zapisem testamentowym) swoje zbiory, będąc pewnym, że ktoś będzie się pieczliwie zajmował się eksponatami, ku pożytkowi publicznemu je utrzymywał i udostępniał.

Nie mamy i trudno uwierzyć, że w dającej się przewidzieć perspektywie taka instytucja zostanie powołana. To jest ogrom wysiłków i kosztów, kosztów na powstanie i utrzymanie. Nie ma - trudno. Ale jest za to ogromna chęć i czasami determinacja, by swoje zbiory, swoją pasję i do radiotechniki umiłowanie światu okazać i się tym podzielić. W ostatnich dniach miałem okazję dwie takie wystawy/ekspozycje obejrzeć i posmakować. 

Pierwsza w Dobczycach, wystawa staraniem Pana Ryszarda Dulskiego stworzona i z jego kolekcji wyborem będąca.


 Jest ona zorganizowana w Regionalnym Centrum Oświatowo Sportowym jako taka przekrojowa radio-ekspozycja. 

Dojechać trochę trudno - wszędzie jednokierunkowe.

Gro z eksponatów to odbiorniki radiowe pieczołowicie przez Pana Ryszarda do stanu idealnego doprowadzone.


Celowo nie używam określenie „stanu fabrycznego”, bo odnoszę wrażenie, że przynajmniej część z nich jest w lepszym stanie, niż wtedy gdy opuszczała mury fabryki. 

Wzmacniacz - cukiereczek.


Perełką wystawy jest makieta Transatlantyckiej Radiostacji Babice, pomysłu i wykonania Pana Ryszarda, która w swojej historii też już wymagała odbudowy i renowacji, po pożałowania godnym traktowaniu po którejś z wystaw. Odbudowana, lśni od nowości i jest już lepiej zabezpieczona. 
Makieta - robi wrażenie.

W gablotach umieszczono kilka co starszych odbiorników lub ich replik (Manczarski) oraz faksimile dokumentów, do których zaglądnąć koniecznie trzeba. 

W gablotach - co ciekawsze.

Odbiornik Manczarskiego - bohater Radiowych Pogaduch 13

Odbiorniki wystawione na regałach to taki przekrój, od popularnych lampowych, poprzez tranzystorowe przenośne, a kończąc na profesjonalnych czy wojskowych, w stalowe skrzynie zakute. 

Sprzęt wojskowy - na paletach, klimatycznie.

 Wystawa jak na miejsce i cel jest nie za duża i nie za mała, jest fajnie zorganizowana i pomyślana, tak że każdy znajdzie coś dla siebie. Każdy eksponat opatrzony jest planszą z krótkim acz ciekawym opisem i dodatkowymi informacjami - to czyni tą wystawę po dwakroć ciekawszą. Pan Ryszard niestety wyjechał, ale telefonicznie po wystawie mnie niemalże oprowadzał. Ja miałem już możliwość dokładnie obejrzeć dużą część kolekcji  przy okazji wystawy w Niepołomicach, teraz swoją uwagę poświęciłem na to ile trudu włożyć i jakie techniki koniecznym było opanować, by te zabytki tak odrestaurować. Przy czym tylko domyślać się mogłem co kryje wnętrze, a wiem, że to właśnie tam, w obwodach i układach, wiedza i umiejętności Pana Ryszarda znalazły swoje ukoronowanie.

Zdziwiłem się trochę na otwartość wystawy, w trakcie całego mojego pobytu nie spotkałem żywego ducha, dobiegały tylko odgłosy prób muzycznych. Nam nadzieję, że byłem pilnie obserwowane przez system kamer i chociażby w ten sposób zbiory na wystawie były bezpieczne. Wszystkim polecam, nie wiem jak długo wystawa będzie czynna, ale jadąc przez Dobczyce można korek na zakopiance (chociaż częściowo) ominąć – polecam.

Dnia kolejnego postanowiłem odwiedzić Szczawnicę, bo o istnieniu mini muzeum już od kilku lat wiedziałem. Aby w spokoju kolekcję obejrzeć, wybiegiem się posłużyłem i moje dziewczyny flisakom na półtorej godziny powierzyłem, w Sromowcach na tratwie zaokrętowałem. 

Piknie pyton, płyńcie wolniućko, każda minuta dla mnie ważna.

One podziwiały piękno Pienin, a ja chyc do muzeum.

Dojechać prosto, zaparkować trudniej. Mocno ręczny trzeba zaciągnąć.

Pan Grzegorz stworzył miejsce od poprzedniego odmienne, nie jest to tylko ekspozycja, ale jednocześnie działający warsztat. Tego miejsca nie da się oglądać inaczej jak z właścicielem, pasjonatem i kustoszem w jednej osobie.

Pan Grzegorz i jego skarby.

To właśnie ta pasja, ten gorący do radiotechniki stosunek wypełnia to miejsce i nadaje niepowtarzalny klimat. Oprócz odbiorników jest kilka innych eksponatów czy ciekawych lamp (w tym nadawcza z ośrodka na Gubałówce). 
Ta z Gubałówki tam w tyle się kryje. Zawsze miałem problem z widocznością nadajnika - zawsze coś przysłaniało.

Widziałem też kamery telewizyjne, czy szybko powiększającą się kolekcję starych telefonów komórkowych. Wszystkie zabytki na kilkunastu metrach kwadratowych, istna koncentracja radiotechniki. Tak jak najsmaczniejsze, długo zagęszczenie powidła. Wiśnie rosną za oknem, można je wręcz zrywać nie wychodząc z muzeum-warsztatu. Na dodatek chyba wiśnie sąsiada – czyli zawsze te lepsze :-) 

Cały warsztat muzeum ma niepowtarzalny klimat.

To co zwróciło moją uwagę jako praktykującego radio-naprawiacza to sam warsztat. Wyposażony tak jak to radioamator mógł sam kiedyś przygotować i zbudować, generatory własnej roboty, ale używane i użyteczne.

Warsztat mały, prosty a cuda czyni!

Widać, że doświadczenie i praktyka połączona z czymś co smykałką nazywamy pozwala na radości i zabawy w naprawianiu starej elektroniki odnaleźć. 

Szczawnica się bardzo rozwinęła, nie tylko wszelkiej maści tratwy, kajaki czy pontony po Dunajcu pływające, nie tylko wody lecznicze i sanatoria, ale i cyklistyka wypełnia to piękne miasteczko. Więc kto tylko może po tych wszystkich sportach i atrakcjach dla ciała zdoła – serdecznie do Pana Grzegorza na ul. Świętego Krzyża 9 zapraszam. Warto, naprawdę warto.

Po powrocie do Bukowiny i odrobieniu się z co pilniejszych prac ogródkowych, chwilę z tabletem i wiadomościami z regionu zaznać spróbowałem. A tu kolejna niespodzianka – w programie Poroniańskiego Lata jest kolejna impreza – dwaj pasjonaci Panowie Marduła i Stoch swój sprzęt z lat rozwoju Hi-Fi nie tylko że pokazują, ale i na imprezę zapraszają. Niestety było już po dwudziestej, sprzęt był już zgodnie z przeznaczeniem eksploatowany, więc na Wańkówki w sobotę już nie popędziłem. 

Dawno Karczma Guta- Mostowego, potem Muzeum Lenina teraz obiekt kultury.

Widać cała potańcówka i impreza się udała, wszyscy zmęczeni, gdyż w niedziele przed południem będąc, mogłem już tylko klamkę uścisnąć. 

No dobra, klamkę wymienili.

Tą samą co ją Lenin ujmował, do karczmy Guta-Mostowego zachodząc.

Szkoda, było blisko, ale krótko. Może za rok. Pozostaje tylko relacja Telewizji Podhalańskiej.


Podsumowując - to może dobrze, że tego Narodowego Muzeum Radia nie mamy, bo skłania to ludzi do działania, do tworzenia różnego rodzaju radio-inicjatyw, które to mają swój koloryt i niepowtarzalny swój smak. A przez swoją różnorodność, odmienność ogromnie cenne i wartościowe.

Panie Ryszardzie, Panie Grzegorzu serdecznie dziękuję. 

A wszystkich zainteresowanych zapraszam do Dobczyc i do Szczawnicy, i do Poronina też (jak wystawę za rok powtórzą). 


czwartek, 13 maja 2021

Anodowy stabilizator czyli jak zostałem oszukany.

No i dałam się oszwabić, dokładniej ochinolić. Ale po kolei. 

Takim rozpoczętym kilkanaście miesięcy temu (jak ten czas leci) był jak to się mówi z angielska „projekt” przebudowy i modernizacji zasilacza anodowego. Kupiłem ten zasilacz już jakiś czas temu, zajmował dosyć sytuowane miejsce na warsztatowej półce. Przydał się kilka razy, działał. Prócz grzechów pierworodnych (o tych później) dotknęło go jeszcze zdarzenie przewoltowania na 240V i w konsekwencji znaczącego podniesienia napięć żarzenia. Próbowałem temu (nawet skutecznie) zaradzić, ale to nie było to. Postanowiłem go pozbawić jedynej lampy i „stranzystorozować” pozbawiając jednocześnie wspomnianych grzechów. A jakie to były w tym żywocie. 


No po pierwsze bardzo nie precyzyjna regulacja napięcia anodowego – w jednym obrocie bardzo kiepskiej gałki cały zakres się znajdował od zera do około 250V. No właśnie około, bo człowiek nigdy nie wiedział ile daje woltów, podłączenie zewnętrznego woltomierza to więcej kabli i bałaganu.


Grzech drugi (i trzeci zarazem) to brak pomiarów napięcia i prądu anodowego. A i ujemnego także. Jak dodamy do tego brak pewności (o regulacji nie wspomnę) napięć żarzenia to mamy obraz i rozpaczy. Całości dopełniał jeszcze sterczący na środku pępek – gniazdo do podłączenia szkolnego oscyloskopu – grzechu pierworodnego dobitny obraz. 

Posiadając już jakieś doświadczenie w przebudowie woltomierza na coś w sumie podobnego czyli zasilacz do formowania elektrolitów, to i zabrałem się za tą konstrukcję. Zamówiłem formatki pleksi do płyty czołowej, a po głębszej wiwisekcji wnętrza zasilacza zamówiłem kluczowe elementy. Kluczowe, bo zamiarem było oparcie ukłonu stabilizacji napięcia wyjściowego o dedykowany stabilizator  LR8N3-G. Trójnóżkowy układ, który 400V może wytrzymać, a sam daje z siebie 10mA. Zamówiłem u Chińczyków 10 sztuk za 8,50$ (nie majątek) tyle, że kilka ładnych tygodni poczekać mi przyszło. W międzyczasie zająłem się czym innym i jak przyszło po trzech miesiącach, to paczuszkę odłożyłem na bok. Układ z LR8N jest fajny, prawie liniowo napięcie można regulować jednym potencjometrem, a trójnóżkowy scalak uzupełniony tranzystorem mocy może wydać tyle prądu, ile mój transformator znieść może. Powiedzmy (wg opisu na froncie) 60mA trwale, a w krótkim czasie to do 80mA czy nawet 100mA. Emisją lampy EL36 ładnie i naturalnie to było ograniczane. To przy tranzystoryzacji wydało mi się konieczne ograniczenie tego prądu, bo nawet w uprzednim „lampowym życiu” tego  zasilacza udało mi się spalić bezpiecznik anodowe napięcie zabezpieczający. A tranzystory w odróżnieniu od lamp mniej są oporne na takie szoki prądu. Znalazłem stosowny schemat. Spodobało mi się rozwiązanie z opto-rezystorem, gdzieś w Internecie znalezione.
Zamówiłem VTL5C8 też nie drogo, tyle, że kolejne tygodnie czekania się dodały. Po skończeniu zabawy z TymCzymś wróciłem do rozgrzebanego (dosłownie) zasilacza. Przyszły i stabilizatory i te opto-couplery. Zdobywając kolejne elektroniczno-harcerskie sprawności w kilka wieczorów z  KiCadem się zaprzyjaźniłem, zaprojektowałem płytki i je wykonałem. Jednocześnie na desce praktyczne sprawdzenie teorii obwodów się odbyło. Gdyż, jak wiemy, Teoria się dokładnie z Praktyką zgadza, ale tylko w teorii.  Zmontowałem, sprawdziłem układ. Podłączyłem i … nic. Nie działa! 

Układ testowy - jak zawsze na desce. Tu płyta OSB.

Raz jeszcze sprawdziłem połączenia i tranzystor, i diody. Wszystko ok. Wniosek prosty – padł LR8N. Wymieniłem, i  … nic. Gdy trzeci okazał się taki sam, trochę z głupia-frant wstawiłem kolejny w chiński super miernik. I tu … szok. Okazało się, że zamiast wymyślnej techniki w obudowach poprawnie oznaczonych są tranzystory npn, nawet dość o dość przyzwoitym wzmocnieniu. Zostałem przez firmę (XYVXYZX – ty krzaczki bo chińska) wyrolowany. Jaki jest sens sprzedawania tranzystorów oznakowanych jak stabilizatory w cenie 85c za sztukę! No nie rozumiem. Zostałem właśnie „ochinolony” czyli oszukany bezczelnie i to na śmieszna kwotę. 

To jest tranzystor

Niech ten nowy wyraz będzie moim wkładem w rozwój języka polskiego. Jako nowy synonim oszwabienia, tyle że głupi i z mniejszym sensem. Gdyby nie minął ponad rok od zakupu – miałem szanse na refundację. O czym dostawca uprzejmie poinformował. Strata wizerunku i zaufania – ogromna, ale dla mnie strata czasu. Szczęśliwie te (już dobre) stabilizatory są dostępne u lokalnego, krajowego dostawcy. No nie darmową wysyłka, ale w dwa dni. Przyszły i to sprawne.

I po kłopocie.

Układ podstawowy na desce ożył i działał zgodnie z zamierzeniami to można  go przenieść na płytkę drukowaną. Nie uruchamiałem układu zabezpieczającego bo wydawał mi się prosty i pewny. Jednak okazało się, że ten układ nie działał. Źle powiedziałem – działał od razu. Fotorezystor nawet przy zupełnie odłączonej diodzie już przy lekkim ogrzaniu miast megaomów (co karta katalogowa zaświadczała) wykazywał rezystancję kilkuset kiloomów. 

Niby wszystko OK. A nie działa. Fotorezystor ciemny a ciepły już ma 500k.

A to zupełnie rozkładało zabezpieczenie i całość układu. Potencjometr dla 300V ma wartość właśnie 500kom. Trzeba było powrócić do układu zabezpieczenie nadprądowego w oparciu o tranzystor NPN.
Wersja więcej niż próbna.

Dowolny w zasadzie. Zrobiłem, działa. Jako tranzystorów użyłem tych fejkowych (znów nowe słowo) scalaków. 

Finalnie minimalna przeróbka płytki.

Przynajmniej do tego się przydały. 


niedziela, 18 kwietnia 2021

Patyna pod secesyjną lampą czyli koniec wieńczy dzieło

Wiem, zaszalałem. Postanowiłem, że naprawa przebudowa TegoCósia będzie prowadzona tak, by po całej tej reinkarnacji dalej wyglądał jak „z epoki”.

Ponad sto lat temu przy budowie najnowszych elektroniczny

TakiCóś - efekt końcowy.

ch urządzeń jak telefon (czym najprawdopodobniej TakiCóś był w pierwszym wcieleniu) posługiwano się dostępnymi i sprawdzonymi technologiami. Skrzyneczka – drewniana, ładnie zrobiona – stolarstwo od kilku tysięcy lat już praktykowano. Tu niewiele miałem do roboty, wystarczyło tylko posklejać rozpęknięte elementy. No ok, dorobiłem chassis do zamontowania transformatorów. Nie miałem szlachetnego drewna orzechowego (gdzie to kupić, jak to przyciąć), ale użycie zwykłych sosnowych listew z supermarketu wystarczyło, trochę bejcą kolor poprawić trzeba było.
Chassis z drewna. Widać mocowania prętów ustalających transformatory.

Takie chassis służy dobrze, w poprzednim wcieleniu transformator na niedobite gwoździe się miał trzymać.
Nie zmyślam - takie mocowanie transformatora zastałem.

Elementy mosiężne jako łatwe w obróbce, w zegarmistrzostwie przełomu XIX/XX wieku powszechnie stosowane, toteż ten materiał wybrałem na panel frontowy. Stosowymi napisami, jak i podpisem chciałem ta czołową płytkę sygnować. Toteż, szlachetną metodę fotograwerstwa cyferblatów wybrałem. Sto lat temu była już dostępna. Łatwiej jest to robić teraz, nie trzeba koloidowych powłok z białka kurzego nanosić, jak w dagerotypach. Za kilkanaście złotych można spory arkusz gotowej folii światłoczułej kupić. Trochę więcej kosztuje do tego chemia, ale ta zaś starczy na ładne kilka metrów kwadratowych, no może poza chlorkiem żelaza. 

Solidnie zapakowane. Brawo Warchem.

Po moich pierwszych próbach z zaadoptowanym do roli naświetlarki skanerem i doborem czasu naświetlania światłoczułej folii musiałem zainwestować w jeszcze 2 świetlówki UV i stosowne dławiki. Próba użycia tanich świetlówek do naświetlania hybrydowych lakierów na paznokcie okazało się nie trafionym zakupem. Wiwisekcja „startera” ujawniła prawdę. 

Słów brak.
Okropieństwo i tandeta. Do naświetlarki wbudowałem też odbłyśnik z  kawałka  folii spożywczej, lekko umarszczonej, na grubszym kartonie naklejonej. Rozmieściłem świetlówki tak, by w miarę równomierne naświetlenie uzyskać. Ponieważ do pracy ze światłoczułą folią wskazane jest użycie światłą żarowego. W warsztacie mam tylko LED-y lub świetlówki, które to resztkowy ultrafiolet emitują i mogą naświetlać folię już na etapie przygotowań. Szukając jakiejkolwiek oprawki, natrafiłem na zachowaną z mojego rodzinnego domu secesyjną oprawę. 

Pochodzi ona najprawdopodobniej z początków elektryfikacji Bukowiny czyli z 1936 roku. Secesyjny klosik, naturalną patyną (i kurzem) pokryta mosiężna konstrukcja i porcelanowa izolacja. Szacunek dla wzornictwa, smaku i gustu. Niech będzie takim dobrym znakiem, symbolem całej mojej roboty.

Większość prac odbyła się w miłym świetle żarowym. Dwie żarówki w szeregu.

Z pomocą syna przegotowaliśmy stosowny, wręcz profesjonalny szablon i na mniejszej już płytce laminatu odbyły się kolejne testy w celu określenia optymalnego czasu ekspozycji. W nowych warunkach. 

Naświetlanie testu. Dla zdjęcia bez klapy.

Kolejno zrywane paski metalizowanej folii pozwoliły tak sprawdzić czasy naświetlania od 30 sekund do 3 minut.

Przysłona stopniowo, co 30 sekund, zrywana.

Naświetlanie, polimeryzacja i wywołanie dokładnie jak poprzednio (nawet tego samego roztworu węglanu wapnia, lekko tylko rozcieńczonego, użyłem.
Zmywanie maski.

Optymalnie wyszło dokładnie w połowie eksperymentalnych czasów, zarówno 90 jak i 120 sekund było do zaakceptowania, przyjąłem zatem 100 sekund jako rezultat tych empirycznych badań.
Zarówno 90 jak i 120 sekund jest ok.

W celu wykonania tabliczki miałem zakupione 3 arkusiki mosiężnej blachy: dwa o grubości 0,8mm trzeci 0,5mm zakładając, że wystarczy.  Za maskę posłużył rysunek w Coreldraw przygotowany, 15‑dniowa wersja próbna oprogramowania wystarczyła by znaleźć kompromis pomiędzy radością tworzenia, możliwościami technologii, a komunikatywnością panelu. 

Lustrzane odbicie.

Wydrukowaliśmy (tu znów pomoc syna była konieczna) na folii przezroczystej i to w odbiciu lustrzanym, tak by czarny toner był jak najbliżej światłoczułej warstwy. Wszystko to po to by efekt paralaksy ograniczyć, krawędzie maskowania (i trawienia) były ostre.

Naświetlanie przez 100 sekund i wywołanie w tym samym roztworze węglanu sodu pokazało, że przyjęta koncepcja i technologia jest super. Maska wyszła doskonale, no może z wyjątkiem dwóch czy trzech punktów. Za pomocą pędzelka z odrobiną farby i te niedoskonałości zostały poprawione.

Jest super, dużo lepiej niż się spodziewałem.

Trawienie w chlorku w zasadzie nie różni się od trawienia płytek PCB. Tyle, że zamiast 35 mikromerów (grubość warstwy miedzi na laminacie) wżery winny mieć gdzieś między 0,2 do 0,4 milimetra, tak by lak grawerski miał gdzie wniknąć i się utrzymać. Wszystkie poradniki sugerują by trawienie przeprowadzać „do góry nogami”, aby ułatwić opadanie produktów trawienia. W celu odpowiedniego ustawieniu blachy w kąpieli, przygotowałem cztery rurki PCV z nacięciem do mocowania mosiężnej blachy tak by utrzymać dystans ok. centymetra od dna.

Trawienie. Już nie koniecznie w świetle żarowym, ale tak było fajniej

Przy takim ułożeniu nie bardzo było jak stwierdzić jak szybko proces trawienia postępuje i kiedy proces należy przerwać. Zastosowałem metodę porównawczą. W tej samej kąpieli, a wiec w tej samej temperaturze i stężeniu umieściłem blaszkę mosiężną 0,5 mm i drugą 0,15mm. Można przyjąć, że jeśli ta pierwsza zostanie strawiona to proces dotarł na głębokość 0,25mm. Druga blaszka to było by tak około 0,075 mm – trawienie z dwóch stron testera następowało. 

Testerzy samobójcy.

W głównej płycie mosiężnej druga strona taśma klejącą zabezpieczona była. Po około 3 godzinach (roztwór raczej chłodny trzymałem) kontrolna płytka wskazała na zakończenie procesu. Po wyjęciu z kąpieli wygląda, że wszystko jest.

Widać relief. Miejscami więcej niż do połowy głębokości sięgał.

 Folię światłoczułą usunąłem poprzez kąpiel w roztworze wodorotlenku sodu. Zeszło jak wylinka - skóra węża. 

Na sodę kaustyczną nie ma silnych. Każda skóra zejdzie. Choć tu słaby roztwór wystarczył.

Tyle, że w czasie sekund, nie męczyła się. Jednocześnie kąpiel w tym zasadowym środowisku spowodowała, że mosiądz lekko sczerniał i pokrył się niebiesko opalizującym nalotem. Nie ma problemu – doczyścimy.

Ale najpierw chciałem spróbować czy zakupiony czarny lak do butelek może zastąpić niedostępny lak grawerski. Grawerski jest dostępny na eBay, ale razem z wysyłką wychodzi to dość droga impreza. Lak do butelek to tylko 2 czy 3 złote za pałeczkę. Poszło, podgrzanie palnikiem spirytusowym (ślubnej podebrałem taką lampkę oliwną modną w latach dziewięćdziesiątych, oleju już w niej nie było) zupełnie wystarczyło. Lak się topił już tak przy pięćdziesięciu stopniach.

Lakiem zapaćkane. Widać opalizację po pobycie w sodzie.

No wolałbym więcej, ale ok. Co ciekawe przy ścieraniu papierowym ręcznikiem na „czystej” powierzchni mosiądzu wiązał się te z z tym nalotem od trawienia i … zupełnie nieoczekiwanie nabierał wyglądu jak stary stuletni mosiądz. WoW! 

Jest super! Ma swój wiek.

Super, już szukałem metod starzenia, a tu mam rezultat nieoczekiwanie. Zamiast malować specjalnym patynującym lakierem czy specjalnym woskiem, mam to czego chciałem. Pozostało już tylko zabezpieczyć akrylowym lakierem przezroczystym, nawiercić otwory i zamontować.

Wierceni odbyło się na desce. Tak by nie powichrować samej blachy.

Dodatkowo powierzchnia osłonięta została taśmą, by wiór nie rysował mosiądzu
 (patrz zdjęcie powyżej)

Lampy w tej konstrukcji na zewnątrz wystawione i koszyczkiem ochronione. Trochę przebudowałem oryginalną klatkę, a na jej szczycie taką ozdobną nakrętkę zamontowałem. 


Odkręcając ją można dostać się do lamp i je wymienić. Adaptowałem w tym celu jakiś bakelitowy zacisk pomiarowy czy też inną osieroconą gałeczkę. Maskując wklejoną tam nakrętkę, taki mosiężny koreczek wytoczyłem i wkleiłem.

Tocznie dekielka

 I to ten dekielek jak najwyższy punkt tego całego stwora wieńczył moją nad nim robotę. 

On sam na szczycie. Koniec prac. 

Taki stary góralskich cieśli zwyk – „mojka”, symbol zakończenia prac. Zamiast zaś gmerk-a znak z datą na płytce zostawiłem. A dla przyszłych naprawiaczy – schemat w środku – niech się za 117 lat przyda.

Artystyczne ujęcie autorstwa mojej córki!

A secesyjna żarówki oprawka – jeszcze się przyda. 

Całe moje dzieciństwo świeciła w korytarzu. Ma swoją magiczną moc.