sobota, 25 marca 2023

Ile kosztuje jedna gałeczka? Czyli robota „po kosztach”

 Ile kosztuje jedna gałeczka czy robota „po kosztach”

Ratując odbiorniki nie zawsze tzw. czynnik ekonomiczny (ile to kosztuje?, czy to się opłaca?) jest tym decydującym. Robimy to, bo ……………………………….. ( tu należałoby wpisać co najmniej kilkadziesiąt różnych powodów i przyczyn, nie wszystkie postrzegane mogą być przez ogół społeczeństwa, a i przez rodzinę jako te "racjonalne". Robimy to, ratujemy odbiorniki, i już.

Radio z gałkami "militarnymi".

Zostałem poproszony o dorobienie gałeczki wg. zasady „po kosztach”. Mam już pewne doświadczenie czy to w dorabianiu brakujących napisów, czy gałek do odbiorników – wiec odpowiedziałem, że pomogę. I że nie będzie to w żaden sposób komercyjne, no niechby zamawiający koszty żywicy pokrył.

I tu już spotkała mnie niespodzianka, przykra w dodatku. Zestaw 2x250g najczęściej przez mnie wykorzystywanej żywicy FC52, kupowałem rok temu za 39 zł, a teraz ku zdumieniu kosztuje 79 zł (płaskowyż! panie Glapiński, płaskowyż !). 

No dobra, bierzemy się do roboty, a jej (tj. roboty) wyniki to nie tylko dwie gałki w kolorze czarnym do radia, ale i niniejszy artykuł. Wypraktykowałem przygotowanie formy silikonowej do gałek odlewane w rurce. Do niektórych była to forma z puszki po zielonym groszku, kilka gałek odlałem korzystając z kawałka papierowego tubusa, w którym otrzymałem ładny kalendarz – wisi w pracowni i wcale nie jest z gołą babą. 

Materiały wyjściowe.

Tu jak najbardziej na miejscu była rura kanalizacyjna, taka 40-stka, mniej silikonu pójdzie. Nie miałem z odpadach, wiec nabyłem w supermarkecie budowlanym najkrótszy prosty kawałek za (jedyne) 9,20zł. No doliczmy do rachunku, do kalkulacji właściwie. Dodajmy do tego 1m pręta aluminiowego 6mm, który oś potencjometru ma udawać. 10,79 zł – krócej nie sprzedają. 

Jako bazę, podstawkę stosuję wytoczony walec z klocka bukowego. Mam trochę takich o wartości „opałowej” więc pozwólcie nie będę z kubików tarcicy przeliczał użytego materiału, nie mniej wycięcie, wytoczenie tak by średnica zewnętrzna do rury pasowała, nawiercenie otworu i osadzenie trzpienia ponad godzinę zabrało. 



Podstawka w 3 krokach

Troszkę trzeba było także stoczyć wałek aluminiowy bo jak się okazało 6mm na wałku i 6mm w otworze gałki – to nie to samo. Przypomniały się zajęcia z tolerancji i pasowań z technikum. 

Konstrukcja podstawki (dla innej gałki).

Gałki dwie jako wzorce otrzymałem i tu kolejna niespodzianka – oryginały porządnie zrobione były - jak dla Krigsmarine – wewnątrz mosiężny pierścień, w którym pracuje dociskowy wkręt. Lecimy więc w koszty – 20 cm bieżące fi 10mm wałka kosztuje 12zł (bez wysyłki). Miałem grubszy o średnicy 18mm, ale szkoda materiału czasu i narzędzi. Wkładka w oryginale ma ok 9 mm średnicy i (jak przypuszczam – gałki oryginalnej mimo pęknięcia nie niszczyłem) moletke na zewnątrz dla lepszego przekazania momentu. Poszedłem zatem w koszty dodatkowe, koszty narzędziowe – za 55 zł udało sią znaleźć taką fajną – jeszcze się przyda.

Obsadzenie gałki na postumencie winno być wspomożone uszczelnieniem z wosku. Wypraktykowałem wosk pszczeli – jeden płat węzy (66 zł/kg przez 11 arkuszy w kilogramie daje 6 zł). Wystarczy na długo, ale trzeba mieć. 

Przygotowanie samej gałeczki zajęło minimum pół godziny. Wyczyszczenie, przeszlifowanie i przepolerowanie czoła, uszczelnienie woskiem pęknięć zajmuje czas.

Oryginał w oryginalnym stanie, z warstwami naniesionymi przez lata i pęknięciem. 

Po obsadzeniu i uszczelnieniu możemy zalewać silikon. Ale taki trzeba mieć – najmniejsza porcja to 250g za 35 zł. Jeszcze miałem trochę z poprzednich zakupów - zużyłem. Kubek papierowy do rozrobienia dostałem z silikonem, ale lepsze pojemnościowo były takie na 150ml – na małą kawę. Do przemieszania patyczek po małej czarnej ze stacji benzynowej. Można kupić za 16 zł 1000 sztuk mieszadełek, z których tylko kilka się użyje, ale nie wliczajmy tych kilkunastu.

Wyczyszczone i gotowe do zalania silikonem.

Pracując z woskiem wspomagam się hotgun-em, a silikon odpowietrzam w zaadoptowanej komorze próżniowej pompą też próżniową napędzaną.

Odgazowanie.

 Silikon i katalizator dobieram ważąc składniki w proporcji 20:1. Wagę trzeba mieć, dobieranie wg. objętości jest gorsze niż na oko, na kolor. Silikon ma gęstość 1,36g/cm3, a katalizator do wody zbliżony.

Zalewamy i po 3 czy 4 godzinach roboty (przy moim doświadczeniu) mamy pierwszą połówkę zalaną, niech zwiąże – 24h w spokoju zalecane.

Po wyjęciu podstawy oryginał gałki powinien pozostać w połowie formy i przystępujemy do budowy komór odpowietrzających (z wosku) i stosownych otworów ulotowych – tu stosuje zakazane już patyczki z plastikowym rdzeniem, zużyte brudne waciki drugi raz się przydają – w koszta nie wliczam. 

Te fragmenty pierwszej formy, które będą stykać się z drugą należy izolować za pomocą woskowego rozdzielacza. Winszują sobie za 150ml skromne 35 zł.

Budowa kanałów, nakładanie rozdzielacza, drugie przygotowanie silikonu, odpowietrzanie i zalewanie to kolejna godzinka.

Zalana 2 połówka - rdzeń umocowany patyczkiem.

Po kolejnych 24h oczekiwania mamy do przecięcia rurę i rozdzielenie (ostrożne!) połówek formy oraz wyjęcie oryginału i usunięcie resztek wosku to kolejna robota. Powiedzmy kwadrans.

Teraz trzeba przystąpić do wykonania tulejek – insertów go gałek. 

Tokareczka, nakiełek, moletowanie na długości kilku cm, wykonie otworu wiertło 3mm, potem nóż przecinak i pierwszy insert mamy.

Rdzeń nr. 1.

Do pierwszego odlewu zaplanowałem wstępne wykonie gwintu w wkładce i odpowiednie osadzenie w przeciw-formie. I tu z razu niespodzianka – w oryginale to nie jest M3, nie jest też M4 i to raczej nie calowe, więc mamy M3,5. Takiego to. ani gwintownika, ani narzynki nie posiadam. Mógłbym kupić (18,45zł + 24,62zł – ceny przykładowe z All…o), ale postanowiłem, że idziemy w M3 (później się okazało - jednak M4). Zamiast żywicy FC52 użyłem F38. Wiąże szybciej, ale i szybciej można z formy wyjąć odlew. Jest on z początku jest trochę elastyczny, ale z czasem nabiera twardości. Jako barwnik użyłem kolorantu otrzymanego od kolegi, jeśli zaś byśmy kupowali to za jeden kolor (np. czarny) 15 zł za 10ml żądają. A też troszkę brązowego należało dodać, by bardziej bakelitowa w kolorze wyszła ta gałka.  


No i pierwsza wyszła, tyle że przekręciła się wkładka i to tak nieszczęśliwie, że nie dała nawiercić i na gwintować w miejscu przewidzianym. W sumie na wykonanie pierwszej i to nie udanej gałki – półtorej godziny minęło.

Odlew nawet ładny.

Druga i kolejne tulejki w przygotowaniu: moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak  - godzina przy tokarce minęła. Osiem tulejek jakoś się zrobić udało.

Seryjna produkcja odlewnicza już poszła, no tyle że druga gałka też nie udana – słabo przemieszanie i wygląd nie akceptowany – tulejka wyłuskana została użyta raz jeszcze została. 

Pierwsze koty za płoty.

Operacje typu wyjęcie odlewu i wstępne sprawdzenie, odważenie żywicy, odważenie katalizatora, dodanie koloranta, przemieszanie z katalizatorem, zmieszanie z żywicą, przesmarowanie formy i jej zalanie i finalnie zaciśniecie to w sumie 10 do 15 minut na sztukę. Przetykanie innym pracami kiedy wiążą.  Wyszło osiem gałeczek, w tym dwie w troszkę bardziej brązowym kolorze.

Kolejną operacją było wiercenie otworów na wkręt dociskowy. 

Nawiercanie w "przyrządzie".

Chciałem użyć M3, więc najpierw ostrym wiertłem 2,2mm potem miało być 2,4mm, ale pomyliłem się i poszło 2,7mm. Gwintowanie było łatwe, ale okazało się, że docisk M3 nie trzyma. Czyli w zasadzie klapa. 

Aby ratować sytuację pozostało bądź to M3,5 jak w oryginale lub przejście na M4. Wybrałem to drugie. Więc kolejne nawiercanie – już sprawdziłem wiertło 3,3mm i gwintowanie M4. Udało się.

Przyszło przygotować śrubki dociskowe. Nie udało się użyć gotowych, bo i za długie i ampulem zakręcane, wiec trzeba było wykonać z pręta. Można było kupić metrowy kawałek gwintowany za 6,90 zł, ale użyłem dłuższych śrub pozostałych po jakimś mechanizmie. Ładnie wykonane i precyzyjne. Nie mniej należało to przyciąć równiutko na ładne, krótkie odcinki. Uchwyt tokarski nie jest przy tych średnicach precyzyjny, więc mój warsztat wzbogacił się o zakup tulejek zaciskowych wraz z uchwytem za 84,40 zł (w cenie przesyłka od żółtych braci).

Przycinanie śrub dla przygotowani docisków.

 Przycięte przecinakiem 4 mm kawałki zostały rowkiem obdarzone w prymitywnym uchwycie.

Kolejny "przyrząd".

 

Po zamontowane w docelowym miejscu okazały się ciur za duże i dwie sztuki poszły do kosza a kolejne 8 uzyskało już 3,5mm długość. Przycięcie, obrobienie, nacięcie i pasowanie itd. – półtorej godziny poszło.

4 mm średnicy i 3,5mm długości. 

Teraz kolejna, ostatnia operacja – przycięcie gałek by nadlewki zlikwidować i nadać ostateczny kształt. Poszło szybko, pół godziny, tyle że jedna z gałek nie wytrzymała tej operacji – pękła. I z 8 pozostała tylko wspaniała siódemka. Są wśród nich lepsze i gorsze, jaśniejsze i ciemniejsze, proste i lekko niecentryczne. Przekaże wszystkie zamawiającemu by wybrał najlepsze.

Do wyboru - do koloru.

Podsumowując, gdyby ktoś chciał zrobić gałeczki to potrzebuje wydać na materiały i surowce coś około 180 zł, nie licząc drewna, wosku, patyczków plastikowych kubków czy kieliszków czy kilku par rękawiczek.

Po całej robocie trzeba też posprzatać.

A oprócz tego trzeba posiadać tokarkę, pompę próżniową, wagę, wiertarkę kolumnową, osprzęt itp. 

Do tego ogromną cierpliwość i około 10h godzin pracy. Czyli licząc po minimalnej stawce godzinowej (pierwsza połowa 2023 roku) 228 zł. Czyli w sumie przy ośmiu sztukach wychodzi kosztów 50 zł/sztukę kosztów. Bez wliczanie czasu przygotowania i zakupów, kosztów przesyłek czy też czasu na niniejsze opisanie. Dla dwóch gałek to już cena całego radia. 

Zdecydowanie jednak odradzam kupować radio tylko po to by wykorzystać tylko gałki z niego. Choć znane są takie operacje. 

Nie mówię, ze nie da się tego zrobić i szybciej, i taniej. Kto chce niech próbuje. I dzieli się swoimi rezultatami i kalkulacjami.


niedziela, 29 stycznia 2023

KOS czyli zabawy z nanoVNA

Wleciał do mnie Kos, Odbiornik Kos produkcji Diory.


 Bardzo lubiany przez kolekcjonerów bo na początku lat sześćdziesiątych był swojego rodzaju symbolem nowoczesności, takiego powiewu świeżości i dobrego wzornictwa.
Na zgniłym zachodzie podobne robili, ale KOS ładniejszy.

Produkowany był krótko: od 1960 roku do początków 1962, w niewielkiej serii i wielu kolorach. Dlatego w każdej szanującej się kolekcji jest tym „must be”. Oddało mi się go upolować za drugim razem, bo pierwszy wylicytowany nie został przez sprzedającego wysłany z dziwnym tłumaczeniem. Dzięki pomocy kolegi Jacka odebrałem to cudo. 


Stan co najmniej dobry, obudowa nie była połamana, ani nie wypalona, ładna tylna ścianka i wyglądająca przez dziurkę lampa ELC82 dziwiła. 


Oj, tak mi się z dziubkiem ptaszka z dziupli wyglądającym skojarzyła. No braki też były widoczne – brak znaczka i nieoryginalne pokrętła. Ten pierwszy otrzymałem w prezencie, a gałeczką do skopiowania od kolegi Włodka pożyczyłem. Najbardziej mnie ucieszyły śrubki mocujące chassis i tylną ściankę – takie z sześciokątnymi plastikowymi łbami. 


Żywo mi przypomniały jakąś PLR-owska skręcankę – politechniczną zabawkę z mojego dzieciństwa.

Jako, że odbiornik to poręczny i ciekawy to długo miejsca w kolejce nie zagrzał, wcisnął się na warsztat i już. Wewnątrz wszystko oryginalne, ale trochą zakurzone i to ze wskazaniem na dym tytoniowy. 

Nie taki puszysty kurz salonowy czy też tłustawe kuchenne olejowe opary. Zdjęcie obudowy i przyjrzenie się głośnikowi odsłoniło kolejną tajemnice – od frontu nazbierało się trochę krótko przyciętych włosów, włosów -  nie sierści. 


Już po tych dwóch śladach można było powiedzieć coś o historii odbiornika. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że pracował w zakładzie fryzjerskim i to w czasach gdzie czekając na wolny fotel można było sobie dymka puścić.

Radio już było naprawiane, ale pozostawione ślady doprowadziły do wniosku, że doznało tylko  mechanicznych uszkodzeń. 

No i podstawka lampowa była już naprawiana.
Naprawione starannie tj. z profilu aluminiowego wykonana proteza piasty koła od kondensatora strojeniowego, a i sama linka z szewskiego szpagatu została nanizana. Elektrycznie – wszystko oryginalne, przy czym było widać pewnego rodzaju ubóstwo podzespołowe. Nie ma już kondensatorów papierowych, ale styrofleksy są osiowe, a nie takie stojące – jak zapowiadano w dokumentacji.
NA siłę poupychane osiowe styrofleksy.

 Co nie za bardzo korespondowało z zaprojektowana płytką drukowaną i otworami w niej.  Trudno widać takie czasy były, gdzie tego co miało być nie było. Kolejna ciekawostka wyszła przy samym potencjometrze – w powietrzu montowany ceramiczny, dyskowy kondensator 10nF był anteną dla wszelkiej maści zakłóceń, nawet zbliżenie ręki na 4 czy 5 cm znacząco brum pogłaśniało. 

Brummm antena

A w tym miejscu miał być (wg. dokumentacji) ekranowany kondensator – widać wstawiono to, co było.
Ucierpiał biedaczyna.
Zastanawiało mnie przytopienie karkasu cewki eliminatora p.cz. – to jednak nie lutownica nieostrożnego serwisowca, ale zamontowany obok rezystor redukcyjny poczynił tą  deformację. Udało się rdzeń uruchomić i skrócić karkas. Żeby sprawdzić czy pozycja rdzenia zabezpiecza ustawienie na częstotliwość p.cz  (465kHz +/-2 jako rzecze instrukcja) - posłużyłem się nanoVNA.

Po obejrzeniu kilku filmików odważyłem się użyć tego przyrządu. Okazało się, że można. Kilka zwojów kynara na końcu S11 i od razu widać jak zmienia się rezystancja, a tak naprawdę impedancja w zakresie rezonansu. Rozochocony tym sukcesem sprawdziłem, że tak samo można złapać częstotliwość obwodów heterodyny czy wejściowych fal krótkich. Super, przy bezpiecznym i mało kłopotliwym sprzężeniu indukcyjnym  można sprawdzić, czy i gdzie jest rezonans i czy przestaraja się indukcyjnie (rdzeniem cewki) czy pojemnościowo (trymerem). Obwody wejściowe fal średnich i długich sprawdziłem dopiero później po przywróceniu anteny ferrytowej na miejsce i do obwodów. 

NanoVNA i sprzężona antena ferytowa.

Tor p.cz., który to  wg. dokumentacji miał  być zestrojony na 465kHz przy próbie klasycznej (na generator i woltomierz m.cz.)  wykazał szczyt swojej charakterystyki gdzieś w okolicach 490kHz, co znaczy że stałe obwodów popłynęły. Niestety filtry tam takie małe płaskie, philipsowskie i już pierwsza operacja dopasowanym (!) śrubokrętem zakończyła się uszkodzeniem rdzenia, a przynajmniej jego plastikowych części. Mam bardzo negatywny stosunek do tych filtrów, ale trudno – trzeba spróbować naprawić. Szczęśliwie okazało się, że delikatne ceweczki na cieniutkim preszpanowym karkasiku nie uległy uszkodzeniu.
A rdzeń pozostał.
Wnętrze filtra w całości zapaćkane jest czymś woskopodobnym materiałem, co zdaje się, że także działa jako lepidło ustalając miejsce cewek i trochę przy tym przeszkadzając przestrajać rdzeniem. Wydłubałem co się dało, rdzenie z innego filtra użyłem i … sprawdziłem częstotliwość rezonansową na nanoVNA. Podłączenie wyjścia S11 do końcówek przyrządu i badanie rezystancji łatwo wykazało, że udaje się ustawić 465kHz.
Tutaj charakterystyka fazowa i na wykresie Schmita
Właściwie trochę niżej – bez obudowy, bo po założeniu w związku ze zmniejszeniem indukcyjności w ekranie częstotliwość wzrośnie do pożądanej. Drugi filtr (gdzie ruchliwość rdzeni udało się uzyskać bez strat w sprzęcie) pomierzyłem w obwodzie, nie wylutowując. Jeden obwód około 465kHz miał, ale drugi ponad 10MHz (sic!). No przecież to nie jest FM.
Na stole operacyjnym

Trudno trzeba było wylutować, rozebrać i sprawdzić. Po tych manipulacjach okazało się, że ta ruchliwość rdzenia jest pozorna – rdzeń kręcił się razem z cewką! Szczęśliwie sama cewka nie została zniszczona, a zerwany koniec udało zlutować. Po uruchomieniu rdzenia i wydłubaniu resztek parafin sama cewka (nie rdzeń) została utwierdzona na miejscu prawdziwym woskiem. Okazało się jednak, że dojście do 465kHz wymaga wkręcenia rdzenia do końca. Problem rozwiązałem wymieniając kondensator z 200pF na 220pF. 

Naprawione i woskiem umocowane.

Po wlutowaniu filtrów tor p.cz. zestroiłem (podstroiłem) typowo – generatorem na max sygnału. Finalnie poprawię charakterystykę na wobuloskopie. Obwody wejściowe i heterodyna – tak samo użyłem nanoVNA. Pomimo braku biegłości w użyciu tego przyrządu okazało się to zaskakująco łatwe, ba nawet przyjemne. Dużo łatwiejsze niż z użyciem generatora. Pozostaje mi wykonanie chociaż troszkę bardziej profesjonalnych cewek pomiarowych, niż te zwitki z drutu, które użyłem.
Tu pomiary częstotliwości rezonansowej bez wylutywania z obwodu.
Po skręceniu radia do finalnej postaci i założeniu skali jeszcze sprawdzę zgodność ze skalą. No i pozostanie wykonanie kopii gałeczek. Ale to już inna historia.

 

poniedziałek, 7 listopada 2022

Tester lamp kolegi Grzegorza i nie tylko.

Jednym z przyrządów, który niezwykle jest użyteczny ale trudny do zdobycia w rozumnych pieniądzach to zasilacz anodowy, który może służyć nie tylko testowaniu sprawności lamp ale także zasilaczem do uruchamiania układów lampowych.

P-508 dla jednych marzenie, dla innych grat zawalający warsztat. Dla mnie coś pomiędzy.

W związku z tym powstają konstrukcje bardzo czy mniej złożone, budowane wg. różnych układów i schematów, z wykorzystaniem różnych podzespołów czy modułów.

W ramach Radiowych Pogaduch kolega Grzegorz Bogusz, przedstawił swoją tworzoną konstrukcje. Video z Pogaduch poniżej.


Dla wszystkich, którzy chcieliby pójść w ślady Grzegorza udostępniamy schematy i wzory płytek drukowanych. Radzi będziemy za wszelkie uwagi, sugestie czy propozycje. Wysłuchać wszystkich rad zawsze warto, z mądrych skorzystać trzeba.

Pliki ze schematami Dysk Google

Co ciekawe w ostatnim czasie za konstrukcję miernika zabrał się także kolega Manuel z Madery - seria video tutaj.

A i ja wróciłem do kolejnej, trzeciej wersji zasilacza anodowego. Słowem - robi się ciekawie.
 

Muzeum PRL-u 2.0 czyli o troszkę smutnym Pionierku

W Muzeum PRL-u już byłem urządzone w budynkach po PZO uległo panoszącej się po praskim Kamionku zachłannej deweloperce. Zamknięcie było smutnym wydarzeniem, nie tylko dla Muzeum, ale  także dla okolicy. W przemysłowej kiedyś dzielnicy żyjącej takimi firmami jak PZO, PZT, Telefunken czy Szpotański pozostają kolejne mieszkania. Z jednej strony żal tych wspominek, nie istniejących już firm, ale cieszy grupa młodych mieszkańców, którzy Czasy PRL-u znają tylko ze wspomnień rodziców i z artefaktów w mieszkaniu babci.


Z wielką radością przyjąłem informację, że Muzeum życia w PLR znów działa. 



I to pod bardziej przystającym adresem ul. Piękna 28/34. To jeden z narożnych budynków MDM – miejsce z PLR-em związane jak najbardziej. 

Widok z okna na Plac Konstytucji. Na szybie okna oznaczone odniesienia do historycznych fotografii.

Oprócz Pałacu PKiN jeden z najtrwalszych pięt tego okresu w Warszawie. Samo muzeum jest na piętrze, znacząco większe i mocno przebudowaną ekspozycją. Ja nastawiłem się głównie na aspekty radio-techniczne.  Ekspozycje „przedmiotów z PRL-u” urządzone są jako bardzo dostępne plansze z realnymi eksponatami. Aż kusi by dotknąć.


 Jest cała ścianka z radioodbiornikami, głównie z tranzystorowymi, a co można zobaczyć  - odsyłam do fotografii. 

Troszkę szkoda, że praktycznie każdy eksponat jest w jakiś sposób poszkodowany, a tu brakuje anteny a tu pokrętła. Taki znak upływu czasu.  

Jest zestaw gramofonów Bambino, 


jest też kilka radiowych artefaktów porozkładanych czy to w inscenizowanym gabinecie partyjnego bonza czy PRL-owskim mieszkaniu. Trochę nie pasuje telewizor Grundinga czy Philetta upchnięta między książkami, ale dobrze niech będą to skarby przywiezione z kontraktu z drugiego obszaru płatniczego.  

Philetta ukryta przez spojrzeniem życzliwych  sąsiadów.

Częścią muzeum jest też działająca kawiarnia z najprawdziwszym działającym, włoskim ciśnieniowym ekspresem – symbol luksusowej restauracji czy kawiarni. Ciekawe czy parzona jest kawa Ekstra –Selekt czy jakieś współczesne erzace. Jest też pokój zabaw z zabawkami z epoki, niechże dzieci się czymś zajmą gdy rodzice piją kawę. 


Są tam piłkarzyki i inne atrakcje. Dla starszych (w tym mojej osoby) taką największą interaktywną atrakcją jest pół malucha do którego można wsiąść i poczuć się jak 40 lat temu. Ale jak widać, radość z tego żółtego pół samochodu ma także młode pokolenie mieszkańców Kamionka. Gdyby odpalili - to by odjechali. 


Mnie tylko troszkę smutno, że jaki najbardziej pasujący Pionierek z kultową anteną nie jest grający i nastawiony na Wolną Europę czy BBC. 
Była by to taka radiowa wisienka na tym torcie. 

Polecam Muzeum życia w PRL, nawet jeśli ktoś już był (czy to w Muzeum czy też w PRL).


Ja zaś wybieram się do prawdziwego Muzeum PRL-u. Muzeum Polskiego Radia Lampowego. Tam każde radio gra!