niedziela, 29 maja 2016

Kropla cyny czyli jak powstają odrzutowce

W osiemdziesiątych latach dużym zainteresowaniem śledziłem wszelkie docierające informacje o budowanych właśnie w USA promach kosmicznych. Radziecka technika rakietowa była przedstawiana oczywiście we wszystkich aspektach jako lepsza, no ale ona była właśnie rakietowa. Wahadłowce zaś były inne. Jednym z najważniejszych, kluczowych elementów tej konstrukcji była nowatorska konstrukcja osłony termicznej. Została ona zbudowana z klejonych ceramicznych płytek, miast uprzednio stosowanych jednorazowych tarcz ablacyjnych. Płytki te były odporne na wysoką temperaturę, prostokątne i białe (w większości). Lekkie, klejone do poszycia, a jednocześnie delikatne i podatne na mechaniczne zniszczenie.
NASA, http://www.nasa.gov/centers/johnson/pdf/390651main_shuttle_crew_operations_manual.pdf translated to polish - Samoloty Kosmiczne - Jacek Nowicki i Krzysztof Zięcina, reworked and translated
 Okazały się jednak krokiem milowym w rozwoju techniki kosmicznej (astronautycznej, aby być precyzyjnym), umożliwiły wielokrotne użycie tego samego statku kosmicznego.
W radiotechnice użytkowej takim znaczącym etapem w rozwoju, było pojawienie się klawiszowych przełączników zakresów (w miejsce uprzednio królujących obrotowych). Nadawały one nowy wymiar i jakbyśmy powiedzieli dzisiaj „dizajn”. Klawiszowe radio to było to! Pierwsze na dobre pojawiły się na początku lat pięćdziesiątych i aż do lat siedemdziesiątych szczerzyły się radia klawiaturą w kolorze (zazwyczaj) kości słoniowej.  Wymusiło to (a może właśnie umożliwiło) zmianę także konstrukcji przełącznik zakresów fal -  przełącznik  stał się elementem zespolonym, łącząc także funkcje montażowe – np. cewki heterodyny czy obwodów wejściowych były montowane bezpośrednio na nim. Ułatwiało to produkcję, stwarzało podzespół, który można było zmontować, przetestować i częściowo zestroić bez wmontowywania do radia. Znaczący krok w stronę masowej produkcji, obniżki kosztów.  Testowanie przełączników można obejrzeć na starych kronikach filmowych.

Po pięćdziesięciu latach te przełączniki wymagają konserwacji – czyszczenie styków, nasmarowanie to konieczność. Ale raz na kilkanaście radyjek trafiło się coś niezwykłego. Była to Rumba, wersja eksportowa z zachodnim, pełnym zakresem UKF.

Nie mniej pozyskana z Polski, więc zakładam, że to tzw. odrzut eksportowy, lub jednym słowem  - odrzutowiec.  Jak powstawały takie odrzuty, ano zapewne w wyniku dokładnej selekcji gotowych wyrobów – te, które nie działały doskonale  były kierowane na wiecznie głodny rynek wewnętrzny. Radio pozyskał dla mnie kolega Tomasz, sam niecierpliwy, zapalony radiowiec uruchomił i przesłuchał. Grało!
 U mnie w warsztacie zostało wyskrzynkowane. Rozskrzynkowane właściwie, bo oryginalna była rozmoczona i denko właściwie odpadło.
Prostownik selenowy też był wywalony, więc nowym zastąpiłem i … i też niecierpliwy podłączyłem. O razu poszedł dym i swąd. Tylko skąd? Ano gdzieś pomiędzy przełącznikiem klawiszowym, a blachą chassis. Ale przecież tam nie ma żadnego elektronicznego elementu, który mógłby się spalić - jak rezystor czy kondensator. Może coś wlazło, owad czy inny parazyt?

Po odlutowaniu dwu przewodów i odkręceniu czterech śrub daje się w tej konstrukcji odchylić przełącznik na tyle, że można wyczyścić styki demontując poszczególne suwaki – więc do dzieła!
Udlutować trzeba dosłownie 3 lub 4 przewody. Imożna ochylic zespół przełączników.
Już pierwsze spojrzenie wyjawiło całą tajemnicę – to palił się suwak. Pomiędzy sekcjami było pełne napięcie anodowe, coś pozwoliło na przepływ prądu i poszło!
Raz nadwątlona (tu dokładnie nadwęglona) izolacja nie jest izolacją, lecz przewodnikiem i jedynym ratunkiem okazała się wymiana całego suwaka. Później do czyszczenia zdjąłem drugi suwak i …niespodzianka.
Mała metaliczna żmijka oczom moim się ukazała. Dopiero trzeci suwak ujawnił cała tragiczna prawdę – w przełącznik trafiła kiedyś zupełnie spora kropla roztopionej cyny.
Ona to stała się przyczyną całej awarii. Zupełnie tak jak stało się z locie STS-107 wahadłowców, gdzie oderwany od poszycia zbiornika paliwa, kawałek pianki izolacyjnej, wielkości teczki uszkodził krawędź natarcia skrzydła. W konsekwencji doprowadziło do tragedii i śmierci całej załogi.
Załoga STS-107 na orbicie. Zdjęcie z zachowanej karty SD. (za Wikipedią)
W tej Rumbie najprawdopodobniej kontrola jakości wychwyciła symptomy i nie wysłała radia na eksport. A ja po pięćdziesięciu latach mogę je naprawić i do zdatności przywrócić. Szkoda, że załoga Columbi nie miała możliwości naprawy, ba zdaje się że cała NASA nie miała świadomości awarii. Dopiero w późniejszych lotach w stosowny zestaw naprawczy doposażono promy.
Ja aby pomóc kolegom w naprawach Calypso, Rumby, czy Ramony publikuję schematy przełączników zespolonych tam instalowanych.

Z zastrzeżeniem, że poszczególne wersje mogą się różnić. Nie tylko zakresami ale i  użyciem poszczególnych sekcji. Zamienione są sekcje długofalowe styków 1-2-3 z 4-5-6.
Fajnie mieć świadomość, że kiedyś polski wyrób był eksportowany na zachód, no z wsadem dewizowym jakim w tym przypadku był głowica Philipsa.
W tej chwili też się w Polsce wytwarza produkty eksportowe, no ale nie pod markami Unitry.
Wracając do technologii kosmicznych to przypuszczam że niewielu wie, iż to polski surowiec jest podstawą współczesnych osłon termicznych rakiet i innych statków. Mikrosfery, kuliste struktury złożone z kombinacji tlenków niektórych metali powstają przy okazji składowania mokrych popiołów elektrownianych. Wytrącają się samoistnie na powierzchni  pompowanej zawiesiny (pulpy), są następnie zbierane w worki  i wysyłane na zachód. Ot taki odrzut, który stał się polskim hitem eksportowym.

Szkoda, że to nie radia.

wtorek, 3 maja 2016

Malowane aluminium czyli jak złote ramy upiększają rzeczywistość, w czasie przenosząc.

Moja bukowiańska rodzina była dość liczna, Tym razem będzie o Ciotce Rozalii. Nie wiele o niej mi wiadomo tylko tyle, że była piękną dziewczyną, zmarła w kwiecie wieku na zapalenie płuc. Po Cioci pozostało też jedno zdjęcie, o tyle nietypowe, że kolorowe. Dokładniej kolorowane. Bo był taki czas w rozwoju technologii utrwalania chwili i ludzi, że niedoskonałości czarno-białej fotografii, zgrabnymi domalowanymi w oko cieszące kolorowe portrety zmieniano.

To głebokie pragnienie by coś było ładniejsze i chociaż udawało lepszy standard można też w niektórych radiach zauważyć. malowane złote paski (szparunki) czy inne wlwmenty miały upiększać radio, upiększać w tani sposób, prosty w masowej produkcji i nie wymagający specjanych dobieranych fornirów czy drogich materiałów. Jest to widoczne np. NRD-owskich odbiornikach z lat pięćdziesiątych i to tych najlepszych, najładniejszych. Brak dostępności (lub przydziału w warunkach gospodarki socjalistycznej) mosiądzu zaowocował rozwiązaniem „erzacowym”.
Paznokciem zeskrobałem.
Ozdobne listwy, które to normalnie wykonywano z żółtego metalu, tu były aluminiowe i pokryte czymś, co miało ten mosiądz udawać.
Po 50 latach kolor ten aż czasami raził swoją innością, odmiennością. Co gorsza kolory schodziły przy najmniejszym otarciu, choćby paznokciem. Z początku myślałem, że są to powłoki elektrooksydacyjne – bardzo trwałe i solidne wykończenie elementów aluminiowych. Takie znalem ze sprzętu sportowego Polsportu z lat siedemdziesiątych. Kolor był zbliżony, jednak trwałość PRL-owskich leżaków czy kijków narciarskich była wyższa. Bo i powłoki ze swej natury lepsze, tyle ze nie do odtworzenia w warunkach domowych.
Aby jakoś ratować wygląd Beethovenów pierwszym i najprostszym rozwiązaniem, które Zygmunt (a ja za nim) zastosował bezceremonialne potraktowanie NRD-owskiego lakieru i dobranie się do gołego aluminium.
Wyglądało to dużo lepiej, radio prezentowało się okazale, ale no, jakby to nie powiedzieć – jednak nieoryginalnie.
No niby wszysko ok - ale jednak nie.
Przy okazji handlowej wymiany jednego z Beethovenów (odsprzedawałem drugi swój egzemplarz) zapytałem nabywcę (też restauratora) o jego sposób na "te listwy: Odpowiedź była: E… tam, Złotolem maluje, ludziom wystarczy” - że mnie jednak niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Sam pamiętam ten Złotol, trochę podobny w malowaniu do NRD-owskich farbek do plastykowych samolotów.  Szybkoschnący, mażący się, jakieś takie odpustowe wrażenie zostawiał. Nie tylko ja mam obiekcje.
Szukałam innego specyfiku, kojarzyłem coś w okolicach lampek choinkowych. Ba nawiązałem już korespondencję z dystrybutorem materiałów do produkcji cmentarnych zniczy – też malują szkło na czerwono i żółto. Na forum triody pojawił się post o werniksie. Cóż szkodzi – spróbujemy. Na szczęście sklep internetowy miał swoją fizyczną reprezentację kilka ulic za Gocławiem, to po zamówieniu pojechałem odebrać.
Ponieważ mój Beethoven jest głęboko schowany - to też werniks pojechał do Zygmunta. Dojechał (a raczej dowiozłem go) razem z Juwelem (pod Rawiczem za 120 zł kupionym). Juwel szybko ozdrowiał i pora przyszła na upiększanie. Duże obawy były, co do metody przygotowania podłoża pod malowanie. Czym czyścić, czy polerować? Ja zazwyczaj mosiężne listwy papierem 1200, watą stalową i na koniec pastą polerską traktowałem. Aluminium jest jednak miękkie – zostawiłem wybór Zygmuntowi. Tu informacja:

Aluminium z resztkami lakieru fabrycznego i brudu przetarłam do czysta zmywaczem do paznokci. Kobiet Ci u mnie dostatek. Później wypolerowałem pasta poleską  klockiem twardego filcu i wytarłem do sucha szmatką. Następne to malowanie. Ot cała technologia.

Wydaje się, że wy wyczyszczeniu powierzchni lepiej by było zrobić mat na blaszce kalającej klawisze, ale radio do "wyglądania" i brak odpowiedniej technologii tak sprawił a blaszka lepiej błyskiem w pada w oko.
Zasugerowałem tylko by użyć pędzelka z miękkim włosiem i delikatnie nakładać.

Efekt i zadowolenie Zygmunta (pośrednio i moje) przerosło wszelkie oczekiwania:

Werniks jest niesamowity. Wydajny, całość pracy to 4 delikatne umoczenia pędzelka 6 mm z miękkim włosem (sprzęt dedykowany), pokrywa równomiernie bez wysiłku. Ilość w opakowaniu starczy nam na 300 odbiorników albo więcej. Efekt super. Z.

Czyli udało się. Mamy opanowaną technologie i dobrane materiały.

Uda się uratować też nietypową hybrydę - Beethovena co poziome listwy ma w aluminium, a pionowe w mosiadzu wykonane.
Hybryda - pionowe listwy z mosiądzu!
A wracając do Cioci Rózi. Jej pokolorowane zdjęcie kilka lat temu zostało odnowione, a rama naprawiona u zaprzyjaźnionej Pani Bożeny w Krakowie, w tradycje bogatym, od wojny prowadzonym zakładzie pozłotniczym.
Portret zdobi teraz nasz dom. Ciotka patrzy i pokazuje swoje piękne ręce – takie same jak u mojej córki. Pokolenia mijają, a złote ramy przenoszą ludzi w czasie.

Z Krakowa niestety jednak dochodzą wieści smutne, Pani Bożena musiała kilka miesięcy temu swój zakład zlikwidować – brak klientów. Czyżby rzeczywistość była tak piękna, że jej nie trzeba w złote ramy oprawiać, kolorem podciągać?

Czy zdjęcia rodziny to już tylko Instagram? Facebook czy Dropbox będzie je nam przechowywał? W telefonie, zaraz obok appki z internetowym radiem?
No chyba nie - nam na 299 odbiorników werniksu wystarczy.



wtorek, 26 kwietnia 2016

Prostowniki selenowe czyli różnica między teorią a praktyką, na drewnianym klocku sprawdzana.

Jak już wspominałem wychowywałem się poniekąd obok, a poniekąd w warsztacie stolarskim. Obok mieszkał samotny stolarz, który praktycznie całe życie spędzał w warsztacie, bo tak na dobrą sprawę nie tylko tam pracował a w izbeczce obok spał. Był to bardzo stary dom - bez samodzielnego podłączenia do prądu, ciągnięto długim kablem o niespecjalnym przekroju od sąsiada. Rezystancja w czystej postaci. Uruchomienie napędu heblarki (do dziś wspominam ten dźwięk), stowarzyszone było ze znaczącym przygaśnięciem wielkiej 150W, gołej żarówki – drugiego elektryką napędzanego urządzenia w warsztacie. Trzecim, i ostatnim takim urządzeniem była jednopalnikowa kuchenka elektryczna służąca do podgrzewania kleju kostnego, a po godzinach - kawałka kiełbasy dla Pana Majstra. Wszystkie inne narzędzia były ręczne – takie to było rzemiosło.
Na starym zdjęciu - można dostrzec tą włąsnie linię zasilającą.
Dla mnie w tym czasie najfajniejszymi zabawkami były drewniane klocki, które powstawały jako obrzynki po wszelkich stolarskich pracach. Koszyk tych klocków, kilkanaście gwoździków i młotek. Gwarantowały kilka godzin cudownej zabawy. Zbijało się z tych klocków to i owo, parę razy w palec młotkiem walnęło, ale czegoś się człowiek uczył . Teraz bym powiedział, że w praktyczny sposób uczył się wyobraźni przestrzennej, mechaniki konstrukcji czy chociażby jak tym młotkiem operować.  Klocki ginęły na koniec w piecu, tylko w popiele dawało się gwoździki odnaleźć.

Po moim opisie ratowania zasilacza do Szarotki w oparciu o selenowe prostowniki, otrzymałem kilka uwag co do użyteczności tych elementów, zda się tego zamkniętego rozdziału elektroniki. Uwagi były czasami skrajnie negatywne:  (…to jest zaproszenie do powąchania zgniłych jajec. Seleny należy bezwzględnie usuwać!), po bardzo budujące:  ( … Trzeba sformować prostownik prądem przemiennym. Prąd znamionowy, napięcie nieco obniżone, przewiewne miejsce i tak przez całą noc. … Robiłem wykresy i tabelki - wyniki są nieprzewidywalne.). Postanowiłem więc samemu spróbować.


Ponieważ konstrukcja miał być jednorazowa - to sięgnąłem po sprawdzone rozwiązanie – drewniany klocek i gwoździki. Sześć 5 watowych rezystorów i TELPOD-owski selenowy mostek uczyniły stanowisko badawcze.

Chciałem stwierdzić jak należy formować prostownik przed ponownym użyciem.  Ponieważ zasilanie miało być na poziomie połowy napięcia pracy to korzystając z NRD-owskiego autotransformatora i przeogromnego (bo taki tylko mam) transformatora 230/110V oraz kilku przyrządów uczyniłem stanowisko badawcze.
Oscyloskop z funkcją zapisu obrazu na nośniku USB miał zapewnić rejestrację  przebiegu formowania, oddzielnie w dwu gałęziach mostka – takie screenshoty z zapisanymi pomiarami chciałem co kilka minut robić. Podłączyłem, pierwszy zapis – wszystko gra.
Po kilku minutach w zasadzie te same odczyty, w granicach zmian napięcia zasilającego (też mam długa linię, o niespecjalnym przekroju, pomiędzy mieszkaniem a piwnicą).

Po kilkunastu – to samo.
Spełniwszy katalogowy obowiązek 30 minut stwierdziłem, że ten mostek nie wykazał żadnych (dających się zmierzyć i uważać za znaczące) różnic w parametrach elektrycznych w całym procesie formowania. Powtórzywszy to na kolejnych z mojego zapasu - śmiem twierdzić, że dla dobrze zachowanych mostków SPS nie jest konieczne ich formowanie.
Z ciekawości sprawdziłem „wygotowany” stos z innego radia – widać duży opór wewnętrzny przejawiający się niższymi napięciami wyjściowymi przy tym samym zasilaniu.

Tutaj inny pomysł mi zaświtał – mając gotowy układ obciążenia rezystorami, troszkę go przebudowując można by określić eksperymentalnie rezystancję wewnętrzną mostka selenowego, co pozwoli w oparciu o teorię dobierać dodatkowe rezystory, niezbędne przy krzemowym „implantowaniu” prostownika.  Układ zasilania przy zastosowaniu współczesnych diod, w miejsce selenowych prostowników daje znaczący i raczej nie do zaniedbania, wzrost napięcia anodowego. Trzeba to skompensować dodatkowym rezystorem, w mojej dotychczasowej praktyce dobieranym eksperymentalnie.

Układ zbudowałem typowy -  jak ten w którym pracowały mostki – zasilanie przemiennym 210V (tyle się dało ładnie ustalić) bezpośrednie obciążenie 22uF/450V i łańcuszkiem rezystorów 1 kiloomowych, którymi odpowiednio przepinając można było obciążać mostek różną rezystancją. Starałem się nie przekraczać (za dużo) maksymalnego katalogowego prądu.
Stolarskim ołówkiem schemat kreślony.
W ćwiczeniu zależało mi na określeniu oporu wewnętrznego mostka, który to opór należy skompensować.
Przeprowadziłem test dla 3 mostków, wszystkie TELPOD o maksymalnym prądzie 100 mA lub 85 mA.
Proste obliczenia wskazały na zastępczą rezystancje odpowiednio 345, 389 lub 260 omów.  Należy zatem przyjąć, że dodatkowe rezystancja winna wynosić 360 omów dla mostków 85 mA i 270 omów dla większych.

Dla poprawnej wartości napięcia anodowego, w wypadku gdy nie ma odpowiednich odczepów, należy dodać jeszcze rezystancję kompensującą wzrost sieciowego napięcia. Przyjmując, że pomiędzy konstrukcyjnymi 220V, a obecnie deklarowanym jest 20V nadwyżki i (znów zakładając) przełożenie transformatora zasilającego 1:1 oraz  pracę na 3/4 prądu maksymalnego –  to dodatkowa rezystancja winna wynosić 330 (dla 85mA) lub 270 omów dla 100 mA mostków.
 Z wystarczająco dobrym przybliżeniem można założyć, że dla mniejszych mostków 680 omów będzie na miejscu, dla większych 560 omów.
Jednakże tak dużo założeń, przybliżeń i zaokrągleń poczyniłem, że można z powodzeniem przyjąć, że łącznie 470 to minimum, a 1000 omów to maksimum – wartość idealną należy dobrać eksperymentalnie.
Zatem w teorii teoria potwierdziła praktykę,
 ale w praktyce to jednak teorię należy praktycznie zweryfikować. 
Ot, takie inżynierskie podejście.

Tak czy inaczej, mamy dodatkowy rezystor, aż kusi dodaniem kolejnego członu RC w filtrze i jeżeli jest taka możliwość - sugeruję to rozważyć. Np. w Calypso – tam mamy możliwość zastosowania w miejsce pojedynczego kondensatora podwójny, łącząc połówki tym dodatkowym rezystorem.

Pamiętajmy też prostowniki selenowe także mają ograniczenie co do pierwszego ładowanego kondensatora – w tym przypadku nie może jego wartość przekraczać 50uF. Związane jest to z prądem szczytowym diody. Zainteresowanych odsyłam do literatury.

Pragnę od razu zaznaczyć, iż cały eksperyment miał charakter bardzo wybiórczego, a uzyskane dane nie muszą być reprezentatywne do innych układów i prostowników.
Prosty drewniany klocek i kilka gwoździków doprowadziło mnie do całej tej zawodowej inżynierki, teraz zaś znów pozwalają się jak dziecko bawić – tak z jednej strony ocierając się o teorię, z drugiej strony o praktykę.

piątek, 22 kwietnia 2016

Wobulator DDS czyli Powrót do Terażniejszości z pomocą chińskich klocków

Zabawa klockami ma jedną zaletę, z przygotowanych wcześniej elementów, łącząc je w odpowiedni sposób można w miarę szybko i łatwo, osiągnąć zamierzony efekt. Wybudować Zamek, Pit-Stop dla samochodzików czy inną wymarzoną budowle.

Ja sklejałem samoloty. Były dwa podejścia – powszechnie dostępny w kioskach Mały Modelarz lub plastykowe modele (głównie produkcji NDR) dostępne w Składnicy Harcerskiej. Ro pierwsze wymagało ogromu czasu, cierpliwości i staranności, ale dawało ciekawsze rezultaty. Z moich dokonań to mogę się poszczycić wieloma rozpoczętymi konstrukcjami i jedną skończoną – Osadą Biskupin.
Do dziś pamiętam tą okładkę
Plastykowe modele to była forma modelarstwa bardziej podobna składaniu klocków – w zasadzie pasujących do siebie, prawie gotowych elementów. Klej w metalowej tubce, w podobnej srebrna farba i kalkomanie.  Tu piękny opis dla sentymentalnych modelarzy. Po kilku godzinach efekt murowany.
W elektronice, mojej ko0lejnej pasji, wiele konstrukcji zostało uruchomionych na desce, na pająka i nigdy nie uzyskały formy finalnej – pełnego urządzenia. No może poza jednym wzmacniaczem m.cz. (nawet obudowę ze sklejki zrobiłem) i pracą dyplomową w technikum – pozycjonerem suportu tokarki. Radość z budowania (nie rzadko konstruowania) była przeogromna, zatem nie kończąc jednej konstrukcji, popadałem w drugą. Podobna przypadłość dolega mi po dziś dzień. No może, jako że zdiagnozowana, to łatwiejsza do opanowania lub chociażby próby ograniczenia dolegliwości.

Jedną z takich idée fixe jest wobulator. Taki jak potrzebuję. Pierwszą przymiarką był Selektograf K931, przyrząd o tyle kultowy, że z epoki, lampowy, i polski.
Kupiłem działający, udało mi się zestroić jedno czy dwa radia, ale odczuwałem duży dyskomfort pracy. Pomiar częstotliwości poprzez porównanie na obrotowej skali, brak jakichkolwiek markerów – K931A nie tobyło to.
Drugi już był lepszy K937, tranzystorowy, ale podobnymi wadami obarczony – skale, procenty skali itp. No coś innego, ale w zasadzi tekie same.
 Kolejny to do tej pory najlepszy, radziecki, na scalakach i ze znacznikiem.
Działa, ale jest już wielokrotnie naprawiany (co też daje satysfakcje).

Przyszedł czas na 100% mój wobulator. Założenie były takie, co do funkcjonalności:

  • w pierwszym kroku tylko 10,7MHz (no może potem p.cz. od AM (465kHz – bo głównie polskie radia robię)
  • generator stałej częstotliwości 10,7MHz do strojenie na maksimum sygnału i zero detektora, 
  • generator modulowany +/-25kHz – do strojenia na maksimum sygnału m.cz.
  • wobulator.

Wobulator od 10,4 MHz do 11,0 MHz z wyraźnymi znacznikami, co 50kHz (później się okazało, że 100kHz jest zupełnie wystarczające.
Do wyświetlania zostanie użyty dwukanałowy oscyloskop, jeden kanał to pomiar z sondy w.cz, drugi na znaczniki, a oddzielne wejście miało służyć synchronizacji (okazało się niepotrzebne).

Rozwiązanie miało być jak najprostsze, więc zdradzając całą prześliczną technikę analogową, pogrążyłem się w dziedzinę technik cyfrowych. Wychowany w epoce TTL, obrze pamiętam swoją pracę dyplomową, gdzie było tylko ok. 10 scalaków, tak do 200 nóżek do połącznia – i gorące wieczory by zdążyć z płytką, ze sprawdzeniem i z uruchomieniem. Teraz po trzydziestu kilku latach zbudujemy z klocków – dwu klocków.
Pierwszy pająk
Jeden to gotowy moduł generatora DDS (Direct Digital Synthesis) bazujący na układzie AD9850, drugi klocek to Arduino Uno.  Ten pierwszy dostępny za ok 50 zł umożliwia generację sygnału sinusoidalnego do 40MHz (a więc zupełnie wystarczającego do moich celów), dobrze opisany.
Drugi jeszcze lepiej, pozwala on w prosty sposób wykonać całość układów sterowania przełączania i może wyświetlania.
Klocki
Wejścia analogowe, wejścia /wyjści acyfrowe, przerwania - no wszystko co trzeba. Nie bez znaczenia jest fakt, iż mój syn bawił się troszkę Arduino (skorzystałem z jego nabytków) tak mogłem liczyć na ograniczenie się moich prac do części elektrycznej projektu. W sumie wyszło trochę inaczej, ale to chyba dobrze.
Po kilkudziesięciu minutach od przedstawienia pomysłu i jakimś szkicu na kartce papieru usłyszałem – Tato! Soft już gotowy! Gdzie ten moduł?
Ja jeszcze nie zamówiłem części, a tu już oprogramowanie gotowe. Poskładane z gotowych bibliotek oczywiście, ale gotowe do testowania. Mam motywację, że się tak wyrażę - od młodszych pokoleń.

Moduły, jako wyposażone w wyjścia GoldPin osadziłem w gniazdach wlutowanych do płytki uniwersalnej (też chińskiej za 1,90 pln) a połączenia wykonałem Kynarem.  Nie było ich za dużo. Adruino porozumiewa się z DDS za pomocą trzech sygnałów, do tego zasilanie i masa. Na trzech wyjściach i czterech rezystorach wykonałem układ, który ma generować złożony sygnał (SYNCHRO, Marker 10,7, Marker 100kHz).
Trzy rezystory podciągały zasilanie do wejść dla sterowania trybem pracy (dwa dla Modulator, Generator i Wobulator) jeden troszkę na przyszłość przełącznik 465kHz/10,7MHz.

Jak się okazało, po dokładniejszym zapoznaniu się z Arduino funkcja INPUT_PULLUP  (na początku w kodzie pisałem Pin_Up, ale nie działało) robi to wewnątrz układu i rezystory nie są potrzebne – ot, stare nawyki.

Po drobnych zawirowaniach z jak to zawsze błędami montażu, udało się uzyskać sygnał 10,7MHz, potem znaczniki. Wobulator działa!!!

Pierwsze uruchomienie „na radiu” odbyło się jeszcze bez wzmacniacza na wyjściu generatora, ale w zupełności wystarczało by pojemnościowo sprząc się z ECC85 i przekazać sygnał na początek toru p.cz.

Chociaż obraz nie był taki, jakiego się spodziewałem, ale jego cechy pozwalały przypuszczać, że działa, ale coś nie jest ok w oprogramowaniu. Krok po kroku, debuging następował i finalnie udało się uzyskać pierwszy krok – działający na desce przyrząd.
Dodałem też wzmacniacz buforujący (oczywiście posilając się gotowym opisem, z drobnymi zmianami i ma 500mV sygnał.
Na attenuator (tłumik) też przyjdzie czas, na razie pracuje zewnętrzny. Układ działa, pozwala stroić. Sam się musiałem włączyć w doskonalenie oprogramowania, bo syn zajął się innym pomysłem, coś o sesji wspominał.
Błedy w software na ekranie widoczne.
Poradziłem sobie, bardzo fajne jest to Arduino.
Cel osiągnięty.
Coś, co z trudem się robiło 30 lat temu teraz jest powszechnie dostępne – moduł Arduino Nano kosztuje kilkanaście złotych – porównywalnie mniej niż Mały Modelarz w tych latach.

Jakoś, aż kusi mnie spytać Ministerstwo Edukacji, kiedy wprowadzi zajęcia ZPT z powrotem do programu szkół, czy będzie tam programowanie Arduino, czy na lekcjach „Informatyki” dzieciaki będą dalej programowały w LOGO? Czy może coś bardziej użytecznego i dającego większą frajdę?

Dość marzeń, trzeba wrócić do rzeczywistości tj. skończyć wobulator, uczynić go zdatnym do użytku, tak żeby to nie był kolejny projekt, który skończył na desce. Jak Maciej.

Zainteresowanym udostępnię swój kod Arduino, nie publikuję, bo jest bardzo nie doskonały – zapraszam do wpisywania się w komentarzach. Może pomożecie rozwinąć konstrukcję.

Takiego wobulatora z klocków za mniej niż 100 zł.

A ja będę mógł wrócić do strojenia i ratowania radyjek. Jakoś ten „Powrót do Teraźniejszości” strasznie wyczerpujący się stał - człowiek musi się tylu nowych rzeczy nauczyć.
Inaczej trzeba by do Biskupina wrócić.
Biskipin 1978 r.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Pierwsze wrażenie czyli sklepik BOMIS-u jest zabytkiem

Z dokładnością do roku potrafię określić ten moment - było to w wakacje 1983. Pierwsza wizyta w mieście , które jak los zrządził stało się moim, i pierwsza wizyta na tym prawym brzegu. Pierwsze spojrzenie na skrzyżowanie ul. Sierakowskiego i Okrzei. Sklep fabryczny Zakładów Mięsnych Żerań. I kolejka, nieodzowny symbol tamtych czasów. Taki obrazek sprzed lat ponad 30-stu pozostał mi w pamięci. Oczywiście przyjechałem tam w innym celu – po wędlinę jeździło się na Śląsk. Na ul.Okrzei mieścił się sklep BOMIS, gdzie wszelkiego radio-elektronicznego towaru był dostatek.

Oczywiście nie było tam wszystkiego, ale na tamte czasy – był to dostatek. BOMIS to ciekawa instytucja, w dobie obowiązującej gospodarki planowej Biuro Obrotu Maszynami i Surowcami (stąd BOMIS) stanowiło ogniwo spajające plany produkcyjne jednych uspołecznionych zakładów pracy (nie firm) z potrzebami innych zakładów. Upłynniając nadwyżki  i przy okazji oferując je ludności.
Jeżeli realizując plan ktoś wyprodukował kilkaset lub tysiące sztuk czegoś za dużo, czegoś co okazywało się nie potrzebne gdzie indziej – to trafiało do Bomisu. Była to też okazja by radioamatorzy mogli zaopatrzyć się w elementy, których dla niech nie przeznaczono. Tak też trafiłem do sklepiku Pana Krzysztofa na ul. Okrzei. Sklepu mieszczącego się w takiej przybudówce do już podówczas mocno podupadającej się kamienicy z adresem Sierakowskiego 4.

 Nie pamiętam co w tedy kupiłem, raczej jakieś TTL-e czy wyświetlacze CQYP…., ale tak czy inaczej był to zakup udany.  Zakłady Mięsne Żerań upadły w latach dziewięćdziesiątych, sklep (już jako GOMIS) przeniósł się dziesięć lat temu na ul. Jagiellońską,  a przybudówka pozostała. Co ciekawe to kamienica przy ul Sierakowskiego jest uważana za najstarszą po tej stronie Wisły, mieściła onegdaj gimnazjum do którego Korczak uczęszczał. Zachował sie jej szkic autorstwa Kossaka. Na tle targu końskiego - widać kamienice Mintera. Tą Kamienice.
Kossak konie kreślił, kamienica tak przy okazji została utrwalona.
Od sześćdziesięciu lat przeznaczona do wyburzenia - jednak będzie remontowana. Jest wpisana do rejestru zabytków.
Wracając do elektroniki, to do Pana Krzysztofa od czasu do czasu zaglądam, ostatnio gdy strojąc Julkę nadużyłem żywotności PRL-owskiego plastyku i doprowadziłem do zejścia filtru 7x7 o symbolu 203.
Schemat wzmacniacza p.cz. i filtr 203.
Dzwoniąc dowiedziałem się od Pana Krzysztofa: „Jak to nie ma - u mnie zawsze jest - przynajmniej było”.
U Pana Krzysztofa jest (było) wszystko.
Filtr oczywiście był – Julka gra jak nowa.
Julka rozebrana (zdjęcie kolegi Tomasza). Julka moja.
To co kiedyś było niepotrzebne -zbywało, teraz jest to jedyne co z polskiej elektroniki zostało. Sklepów BOMISu w Warszawie było więcej, pamiętam te na ulicy Grażyny, pamiętam Szpitalną czy Kopernika. Teraz już tylko Jagiellońska i sklepik prowadzony przez przesympatyczne małżeństwo na ul Promenady nam pozostało.
Sklepik na ul. Promenady wygląda bardzo podobnie.
Ostatni Mohikanie, ostatnia deska ratunku.

Powracając na prawą stronę Wisły, to oprócz numeru Sierakowskiego 4, do rejestru wpisane są Sierakowskiego 4A i 4B. Ponieważ nie bardzo udało się odszukać tego 4B, to przyjęto, że jest to ta przybudówka mieszcząca onegdaj sklepik BOMIS.
Sierakowskiego 4A - zabytek w pełnej krasie (pośrodku).
Realizacje zabudowy nowych apartamentowców zdają się to potwierdzać.

Mamy zatem, kultowy obiekt, swoisty i troszkę w swej naturze przekorny symbol świetności polskiego przemysłu elektronicznego. Coś na kształt samej Julii Stereo - najlepszego "przestawnego' odbiornika radiowego.
Coś co kiedyś było sklepikiem, gdzie upłynniano nadwyżki, teraz jest jednym z ostatnich zachowanych symboli. No i pozostali jeszcze ludzie, pamiętający wszystko i zawsze pomocni.  Oby jak najdłużej.

GOMIS czuwa.