czwartek, 9 września 2021

Antena Pana Ryszarda czyli czysty odbiór bez zakłóceń.

Interesując się od dłuższego czasu retro-radiotechniką, odnoszę wrażenie, że większość z nas skupia się głównie na samych odbiornikach, na zamkniętych w pięknych drewnianych czy bakelitowych skrzyneczkach cudach myśli technicznej. Na lampach i obwodach, spędzając wiele czasu na ich naprawach, ożywianiu czy strojeniu. Później następuję krótki czas, gdy to Radio żyje, próbujemy (przynajmniej ja) coś tam złapać, odebrać posłuchać. W większości przypadków na falach średnich, długich czy krótkich. Na długich jest PR1, na średnich oprócz Radio Romania udaje się coś tam, coś tam złapać. Na krótkich z przyjemnością słucham chińczyków. A to wszystko pośród przeogromnych zakłóceń, terkotów i innych uszom nie przychylnych dźwięków. Wszystko to zniechęca to i zamiast radia słuchać, odkładamy na półkę i po cichu (lub głośniej) klniemy, że: Panie przed wojną to był czysty ether. Oczywiście, że był. Ale nic nie stoi na przeszkodzie by z tego co mamy dzisiaj wyłowić możliwie wiele użytecznych dźwięków. I da się.

Przekonałem się o tym już w trakcie pierwszej wizyty u Pana Ryszarda w Dobczycach, który to prezentując mi pięknie odnowionego Blaupunkta, udowodnił że na falach długich jest co najmniej 6 (sześć) odbieranych stacji, a nie tylko jedna.  

Oraz, że poziom zakłóceń może być o wiele, wiele niższy. To nie była zasługa tylko super odrestaurowanego i zestrojonego odbiornika, ale niedocenianej anteny. Wstyd przyznać, ale wielu z nas stosuję antenę typu KD. Kawał Druta. No czasem rozciągnięty nawet podpięty do metalowego karnisza. Dalsza część pokazu instalacji antenowej odbyła się już na zewnątrz. 

Dobra antena to jest to.
Pan Ryszard obiecał mi kiedyś przy okazji zdradzić szczegóły tej antenowej magii. Ja, zajęty innymi sprawami – odłożyłem to na później, nie było priorytetem. Któregoś dnia otrzymałem tylko alert od Pana Ryszarda by koniecznie kupić pewien rdzeń ferrytowy na Allegro, bo jest dla tej konstrukcji bardzo konieczny, a rzadki i dostać trudno. Posłuchałem, w ciemno kupiłem. 

Zakupiony rdzeń ma AL 6500

Dopiero w trakcie ostatniej wizyty zostałem "wtajemniczony". Dodatkowo zostało mi poruczone by wiedzę, szkice i zdjęcia opublikować i spopularyzować – co niniejszym czynię.

Opis dotyczy najprostszej anteny – po prostu długiego drutu, z angielska mądrze nazwanego Long Wire (LW w skrócie), który od pionierskich czasów radia, po dzień dzisiejszy by „złapać falę” rozciągany bywa.

Opis budowy anteny z instrukcji radia Romans - skromny nad wyraz.

Całą sztuka w takim polowania polega na tym by zadbać by możliwie duża część sygnału użytecznego przez antenę pozyskanego wprowadzić do odbiornika, jednocześnie minimalizując wtrącanie się w tą transmisję wszelkiego rodzaju zakłóceń czy interferencji.

Na przód dwa słowa teorii:

Fizyka obwodów elektrycznych stanowi, że przekazanie energii z wyjścia obwodu poprzedniego na wejście kolejnego jest najefektywniejsza gdy jest równa impedancja samej anteny i obwodów wejściowych odbiornika. Co to jest ta Impedancja? W największym możliwym skrócie to taka oporność dla prądu zmiennego, też w omach wyrażana. Dla samej anteny zależy mocno od jej konstrukcji, długości, wysokości powieszenia oraz częstotliwości odbieranego sygnału. Możemy przyjąć, że będzie to w granicach od 200 do 700 omów. Na podobną wartość impedancji wejściowej były projektowane i budowane obwody wejściowe radioodbiorników. Więc teoretycznie nie ma problemu. 

Pomiar impedancji wejściowej Blaupunkta (był akurat na warsztacie) to potwierdza. Na zakresie fal długich impedancja wejściowa to kilkaset omów.

Ale problemem są zakłócenia. Sprowadzanie końca anteny LW  jako druta do gniazda antenowego odbiornika (nie zapominając o jego uziemieniu) powoduje, że na odcinku prowadzonym przez budynek i mieszkanie zbierze ona wszystkie możliwe radio-śmieci. Czy to od przewodów elektrycznych, którymi już dawno czysty sinus nie płynie, od wszelkich zasilaczy impulsowych, świetlówek, LED-ów czy innego śmiecącego elektronicznego sprzętu. 

No to pozostaje ekranować, doskonałym rozwiązaniem jest wynalazek z laboratorium Bell-a poczyniony w 1929 roku przez Lloyda Espenschieda i  Hermana Affela – kabel koncentryczny.

Lloyda Espenschied i  Herman Affel z kablami

 No tyle, że kable takie mają charakterystyczne i podstawowe własność jak tzw. oporności falowej w znanych wartościach 75om (antenowe) czy 50om (sygnałowe). Przesyłanie nimi sygnału z anteny do odbiornika bez odpowiedniej „obróbki” powoduje, że ogromna część sygnału użytecznego została by stracona, i to podwójnie. Raz przy niedopasowaniu antena- kabel, drugi raz kabel-obwody wejściowe.

Trzeba tą antenową impedancję dostosować do kabla. I tu w sukurs przychodzi nam transformator. Ale nie taki zwykły, tylko transformator w.cz., do którego to ten rdzeń potrzebny był. Transformator (każdy) oprócz transformowania napięć (a przez to i prądów), transformuje także impedancje podłączonych obwodów. O tyle inaczej, że z kwadratem przekładni (przekładni tj. stosunku ilości zwojów). Wiedza o tym użyteczna (jeśli nie konieczna) jest w przypadku transformatorów wyjściowych układów lampowych wzmacniaczy. Gdzie to impedancja głośnika (4 czy 8 omów) poprzez transformator (i kwadrat jego przełożenia) widziana jest przez lampę(-py) wyjściową jako kiloomy. Najlepsze rezultaty osiąga się wtedy, gdy jest ona równa impedancji lampy – ta sama fizyczna zasada.

Otrzymałem od Pana Ryszarda rysunki, szkice i dodatkowy materiał z poleceniem by udostępnić co niniejszym czynię. Zdjęcia były specjalnie przygotowane na spotkanie Towarzystwa Trioda. Nie udało się to zaprezentować. Niniejszym staramy się to teraz nadrobić. 

Pierwszy punkt, czasami najważniejszy – dobór miejsca na antenę.

 

Z jednej strony przyłącze - z drugiej antena. O ile tylko można.

Możliwie daleko od wszelkich przyłączy elektrycznych czy innych wszelkich instalacji. Wykorzystać (o ile się da) oddalenie i ekranowanie poprzez konstrukcję domu. Wiem, że mieszkańcy zabudowy wielorodzinnej w tym momencie poczuli się mocno pokrzywdzeni. Ja też.

 

Jeden rysunek i mnóstwo informacji.

Najpierw należy zbudować skrzynkę z transformatorem by chronić go przed wpływami atmosferycznymi. W plastikowym pudełku należy  umieścić transformator i zaciski. 

 

Gotowa skrzynka. Na zewnątrz zaciski do linki anteny i uziemienia, tak by było łatwiej to montować.

Zalecane sposób mocowania to powieszenie go na lince odciągu przeciągniętą poprzez poprowadzoną przez pudełko i wklejoną plastikową rurkę.  


Szczegóły na zdjęciach.

Szczegóły skrzynki transformatorowej i jej podłączenia.

Transformator nawijamy tak by miał przekładnię równą pierwiastkowi ze stosunku impedancji anteny (powiedzmy to 700om) do impedancji falowej kabla (tu najtaniej będzie zwykły, telewizyjny 75omowy). Z wystarczającą dokładnością możemy powiedzieć, że 700/75 to jest blisko 9-ciu, a z tego pierwiastek to 3. Ładne i równe.

Aby znaleźć liczbę zwojów uzwojenia pierwotnego posiłkujemy się publikacją  Fabricating Impedance Transformers for Receiving Antennas John Bryant May 2001, który to radzi by użyć następującego wzoru:

Podstawiając założone 700om i 150kHz (zależy nam na też falach długich) otrzymujemy wartość indukcyjności uzwojenia pierwotnego 2,12 mH, stąd już znając AL rdzenia (u mnie 6500) można obliczyć ilość zwojów;

Mnie z wzoru wyszło ciut ponad 18. Zatem będzie 18 zwojów uzwojenia pierwotnego i 6 zwojów wtórnego będzie. Panu Ryszardowi wyszło 15 i 5, ale dla innych założeń. 

Uzwojenia.

Jak widać na zdjęciach i rysunkach dobrze jest wyjście transformatora zabezpieczyć iskrownikiem (po stronie wtórnej), tak by tak na wszelki wypadek ograniczyć możliwość przesłania przepięcia do domu. 

Jak na dłoni widać iskiernik.

Trafiają się stare odbiorniki ze spalonymi obwodami wejściowymi – była burza, a antena była podłączona – nieszczęście gotowe.

Już myślałem, że będzie trzeba drugi transformator przy odbiorniku budować, ale nie. Wystarczy w tym miejscu tzw. sztuczna antena, czyli układ dopasowujący impedancję kabla do odbiornika. Taki sam jak powinniśmy stosować prze strojeniu odbiorników z generatora w.cz. 


Chodzi o to by niska impedancja wejściowa, nie zdusiła sygnału na wejściu odbiornika. Straty mocy nie są już tak istotne. tłumią i sygnał i zakłócenia.

Antenę powiesić możliwie wysoko, robiąc odciągi i stosując izolację – do dzisiaj można nabyć odpowiednie kształtki już nie porcelanowe, ale równie użyteczne. 


Ponieważ antena cały czas pracuje mechanicznie (wiatr, temperatura czy inne czynniki), jeden z punktów mocowania należy wykonać jako obciążony ciężarkiem przez bloczek. Bloczek mocujemy do drzewa „ekologicznie” przy pomocy pętli z taśmy polipropylenowej, natomiast ciężarek zawieszamy na podwójnej lince co zapobiega jej rozkręcaniu się pod wpływem obciążenia. Ciężarek napinający antenę powinien posiadać zabezpieczenie przed upadkiem (komuś na głowę) w przypadku zerwania anteny. Pan Ryszard zakłada dodatkową  luźną pętlę z linki stalowej niezależną od pozostałej instalacji. W przypadku zerwania anteny ciężarek nie spadnie tylko zawiśnie na tej właśnie pętli. Asekuracja, widać lata spędzone wśród TOPR-owców, w łączności górskiej.


Ja pomału zbieram elementy do tej anteny, jak na razie na dłuższy pobyt w Bukowinie się nie zanosi. Drzewa jeszcze muszą podrosnąć by było o co linkę zawiesić. 

To nie widok na Tatry, ale na fale długie poprzez antenę Pana Ryszarda.

Ale może, ktoś z powyższych rad skorzysta. Jeżeli tak, to proszę się pochwalić rezultatami.    


niedziela, 8 sierpnia 2021

Tetris czyli errare humanum est.

 Tetris z pewnością nie jest jedną z pierwszych gier komputerowych, ale zdecydowanie należy do czołówki tych, które dosłownie zawojowały świat. To jego rozpowszechnianie, szerzenie nie było tyle efektem kampanii reklamowych czy jakiegoś mniej lub bardziej wyrafinowanego marketingu co raczej napędzane szczególnymi cechami tej zabawy. Zdaje się, że kluczową rolę odgrywała tutaj swoista interakcja z elementami naszej psychiki. Nie jestem z żaden sposób związany z tą dziedziną wiedzy, tj. psychologią gry, ale pozwolę sobie zaryzykować, że tym elementem, który wciągał było mocno ukorzenione w naszej psyche dążenie do doskonałości. No może troszkę upraszczając: dążenie do naprawiania swoich błędów. Zatkanie dziury na jeden czy dwa klocki staje się tak ważnym zadaniem jak spłacenie długu, zdanie zaległego egzaminu czy poprawa dwói z matmy. A już te działania nam skutecznie wszelkimi środkami przymusu do głowy wbijano, nie ma się co dziwić, że w genach się utrwaliły.

Tyle godzin ta gra pochłania, że ...

Przebudowując zasilacz anodowy, też ze swojego rodzaju klocków go budowałem. 

W zamiarze - wszystko poukładane.

Oczywiście największym klockiem, klocem w zasadzie, był transformator sieciowy, który to nie bardzo się w dotychczasowej lokacji mógł znaleźć, więc został przesunięty (funkcja w Tetrisie niedostępna) na środek, z wykorzystaniem dwóch istniejących otworów. Wykorzystałem też dwa radiatory, kiedyś do czegoś za kilka złotych nabyte, by odprowadzać ciepło ze stabilizatorów. 

Pierwsze przymiarki

Jeden układ zasilacza z napięciami niskimi (żarzenia) po lewej, a drugi z anodowymi po prawej stronie tego doskonałego transformatora umieściłem. Jak już czytelnicy bloga wiedzą płytki drukowane zaprojektowałem i wykonałem. No i człowiek znów popełnił błędy, a to odbicie lustrzane nie wyszło, a to prawa z lewą strona się myknęła i jak już do składania przyszło to okazało się, że stabilizatory od spodu do radiatora należy przykręcić (a otwory na przeprowadzanie nóżek sumiennie wypracowałem), a tranzystory mocy w anodowym na wierzchu.
Już zmiany i poprawki

To, że przykręcone do druku ni jak przylutować się nie da (brak dostępu) to skutkowało koniecznością wstawienia tulejek i lutowaniem po montażu. Dodam, że zmiana ograniczników prądu wymusiła dołożenie jednego kenarem poprowadzonego połączenia oraz wykręcenie tranzystora w takie esy-floresy, że wygląda jak klocek L postawiony na szpicu. 

Inna kwestia to błędne pomysły projektowe. Zasilacz napięcia ujemnego chciałem zbudować w oparciu o LM337L, tak by sam się ograniczał prąd do 150mA, ale się okazało się, że z transformatora po wyprostowaniu jest ponad 60V, wiec najpierw stopień na tranzystorze pnp do 40V obniżający najpierw zaprojektowałem. Później kiedy okazało się, że nawet przy zerowym poborze prądu obciążony tylko dzielnikiem napięć układ stabilizatora grzeje się niemiłosiernie, to cała koncepcja (i płytka ) wzięła w łeb. 

A miło być tak pięknie - wersja pierwotna.

Błąd polegał na optymistycznym założeniu  można zejść do zera z napięciem wyjściowym przy pełnym wejściowym. Praktyka wykazała, że tak przykład gdzieś powiedzmy przy  5V na wyjściu to mamy już kilka mA prądu płynącego przez stabilizator do dzielnika napięć. 

Kolejny błąd konstrukcyjny - trzeba poprawić.

I właśnie te kilka mA razy 35V woltów do zbicia daje już sporo mW czyli więcej niż stabilizator znieść zdoła.


 Błąd w konstrukcji poprawiłem tak, że zamiast stabilizatora dzielnik napięcia na potencjometrze zastosowałem – czyli tak jak było w oryginale, no tyle że wtórnik na tranzystorze to ładnie prądowo wzmacnia.  Jeszcze muszę pokombinować i zamienić potencjometr na układ z dodatkowym przełącznikiem by zakres 0-55V na kilka podzakresów podzielić by precyzję ustawienia zwiększyć. Jako tako (kiepsko w zasadzie) dało się adaptować przygotowaną płytkę drukowaną, ale na dobrą sprawę tylko dioda prostująca i kondensator elektrolityczny na swoich miejscach pozostali. Reszta – no cóż – ma się czego trzymać i tyle. Tu też po raz kolejny trafiamy na największy dylemat – czy poprawiamy wszystko od początku by było doskonałe czyli robimy nową płytkę (projektujemy, naświetlamy, trawimy i przycinamy) czy biorąc pod uwagę, że to w zasadzie pojedynczy egzemplarz zostawiamy z tymi śladami naszych błędów (jak z siniakami po niezbyt udanej wywiadówce) i przechodzimy dalej, na kolejnym poziomie starając się tam klocki poustawiać. 

W czasie testów obciążeniowych układu napięcia anodowego okazało się, że kolejny tym razem z prądach nie niepięciu  razem błąd popełniłem. Rezultat okazał się spektakularny bo wybuchowy. 

I znów błąd projektowy.

 Przy 50V na wyjściu i 100mA prądu nawet wzmocnienie prądowe tranzystora x20 powodowało, ze stabilizator 5mA miał a razy 300V to … 


Pięknie się rozpadł, z akustycznym efektem. Co prawda koledzy włosi do użycia tranzystora w układzie Darlingtona namawiali. Ale te które tranzystory Darlingtona co po 10 zł w szanowanym poznańskim sklepie z elementami elektronicznymi nabyłem, też się jakimiś takie chińskimi wynalazkami okazały i pracować nie chciały.
hFE 32 - no jak na darlingtona to nie za wysoko.

Może to chiński tester tak tranzystory Darlingtona odnajduje – no nie wiem. Przychodzi przebudować to na MOSFet-y. Znów będzie zabawa z wylutowywaniem, kolejnymi dziurami w radiatorach i sztukowaniem połączeń.

Klocki poukładane, ale dziury są jeszcze.

 To, że Tetris jest nie tylko wciągający, ale i bardzo powiązany z ludzką psychiką powoduje, że stał się obiektem dociekań badaczy zakątków ludzkiego umysłu, a dla mnie układanie klocków (tych elektronicznych) popełnienie błędów i ich naprawianie jest przyjemnością. A doświadczeniami się dzielę, byście, jeśli takie konstrukcje czynić zamierzacie, tych kilka potknięć ominęli.

“Errare humanum est, perseverare autem diabolicum” chciałoby się powiedzieć.

Do roboty zatem. "Per aspera ad astra", że jeszcze raz łaciną okraszę.


niedziela, 25 lipca 2021

Smak Radiotechniki czyli prawie trzy wystawy w dwa dni

 W trakcie nie tylko ostatnich Radiowych Pogaduch, ale i w trakcie kilku poprzednich powracał motyw „muzealnego” zebrania, uporządkowania, a zwłaszcza udostępnienia szeroko rozumianych radio-zbiorów. Nie mamy w kraju Radio Muzeum, jednego miejsca, instytucji której radio zbieracze mogliby z czystym sumieniem przekazać (nawet zapisem testamentowym) swoje zbiory, będąc pewnym, że ktoś będzie się pieczliwie zajmował się eksponatami, ku pożytkowi publicznemu je utrzymywał i udostępniał.

Nie mamy i trudno uwierzyć, że w dającej się przewidzieć perspektywie taka instytucja zostanie powołana. To jest ogrom wysiłków i kosztów, kosztów na powstanie i utrzymanie. Nie ma - trudno. Ale jest za to ogromna chęć i czasami determinacja, by swoje zbiory, swoją pasję i do radiotechniki umiłowanie światu okazać i się tym podzielić. W ostatnich dniach miałem okazję dwie takie wystawy/ekspozycje obejrzeć i posmakować. 

Pierwsza w Dobczycach, wystawa staraniem Pana Ryszarda Dulskiego stworzona i z jego kolekcji wyborem będąca.


 Jest ona zorganizowana w Regionalnym Centrum Oświatowo Sportowym jako taka przekrojowa radio-ekspozycja. 

Dojechać trochę trudno - wszędzie jednokierunkowe.

Gro z eksponatów to odbiorniki radiowe pieczołowicie przez Pana Ryszarda do stanu idealnego doprowadzone.


Celowo nie używam określenie „stanu fabrycznego”, bo odnoszę wrażenie, że przynajmniej część z nich jest w lepszym stanie, niż wtedy gdy opuszczała mury fabryki. 

Wzmacniacz - cukiereczek.


Perełką wystawy jest makieta Transatlantyckiej Radiostacji Babice, pomysłu i wykonania Pana Ryszarda, która w swojej historii też już wymagała odbudowy i renowacji, po pożałowania godnym traktowaniu po którejś z wystaw. Odbudowana, lśni od nowości i jest już lepiej zabezpieczona. 
Makieta - robi wrażenie.

W gablotach umieszczono kilka co starszych odbiorników lub ich replik (Manczarski) oraz faksimile dokumentów, do których zaglądnąć koniecznie trzeba. 

W gablotach - co ciekawsze.

Odbiornik Manczarskiego - bohater Radiowych Pogaduch 13

Odbiorniki wystawione na regałach to taki przekrój, od popularnych lampowych, poprzez tranzystorowe przenośne, a kończąc na profesjonalnych czy wojskowych, w stalowe skrzynie zakute. 

Sprzęt wojskowy - na paletach, klimatycznie.

 Wystawa jak na miejsce i cel jest nie za duża i nie za mała, jest fajnie zorganizowana i pomyślana, tak że każdy znajdzie coś dla siebie. Każdy eksponat opatrzony jest planszą z krótkim acz ciekawym opisem i dodatkowymi informacjami - to czyni tą wystawę po dwakroć ciekawszą. Pan Ryszard niestety wyjechał, ale telefonicznie po wystawie mnie niemalże oprowadzał. Ja miałem już możliwość dokładnie obejrzeć dużą część kolekcji  przy okazji wystawy w Niepołomicach, teraz swoją uwagę poświęciłem na to ile trudu włożyć i jakie techniki koniecznym było opanować, by te zabytki tak odrestaurować. Przy czym tylko domyślać się mogłem co kryje wnętrze, a wiem, że to właśnie tam, w obwodach i układach, wiedza i umiejętności Pana Ryszarda znalazły swoje ukoronowanie.

Zdziwiłem się trochę na otwartość wystawy, w trakcie całego mojego pobytu nie spotkałem żywego ducha, dobiegały tylko odgłosy prób muzycznych. Nam nadzieję, że byłem pilnie obserwowane przez system kamer i chociażby w ten sposób zbiory na wystawie były bezpieczne. Wszystkim polecam, nie wiem jak długo wystawa będzie czynna, ale jadąc przez Dobczyce można korek na zakopiance (chociaż częściowo) ominąć – polecam.

Dnia kolejnego postanowiłem odwiedzić Szczawnicę, bo o istnieniu mini muzeum już od kilku lat wiedziałem. Aby w spokoju kolekcję obejrzeć, wybiegiem się posłużyłem i moje dziewczyny flisakom na półtorej godziny powierzyłem, w Sromowcach na tratwie zaokrętowałem. 

Piknie pyton, płyńcie wolniućko, każda minuta dla mnie ważna.

One podziwiały piękno Pienin, a ja chyc do muzeum.

Dojechać prosto, zaparkować trudniej. Mocno ręczny trzeba zaciągnąć.

Pan Grzegorz stworzył miejsce od poprzedniego odmienne, nie jest to tylko ekspozycja, ale jednocześnie działający warsztat. Tego miejsca nie da się oglądać inaczej jak z właścicielem, pasjonatem i kustoszem w jednej osobie.

Pan Grzegorz i jego skarby.

To właśnie ta pasja, ten gorący do radiotechniki stosunek wypełnia to miejsce i nadaje niepowtarzalny klimat. Oprócz odbiorników jest kilka innych eksponatów czy ciekawych lamp (w tym nadawcza z ośrodka na Gubałówce). 
Ta z Gubałówki tam w tyle się kryje. Zawsze miałem problem z widocznością nadajnika - zawsze coś przysłaniało.

Widziałem też kamery telewizyjne, czy szybko powiększającą się kolekcję starych telefonów komórkowych. Wszystkie zabytki na kilkunastu metrach kwadratowych, istna koncentracja radiotechniki. Tak jak najsmaczniejsze, długo zagęszczenie powidła. Wiśnie rosną za oknem, można je wręcz zrywać nie wychodząc z muzeum-warsztatu. Na dodatek chyba wiśnie sąsiada – czyli zawsze te lepsze :-) 

Cały warsztat muzeum ma niepowtarzalny klimat.

To co zwróciło moją uwagę jako praktykującego radio-naprawiacza to sam warsztat. Wyposażony tak jak to radioamator mógł sam kiedyś przygotować i zbudować, generatory własnej roboty, ale używane i użyteczne.

Warsztat mały, prosty a cuda czyni!

Widać, że doświadczenie i praktyka połączona z czymś co smykałką nazywamy pozwala na radości i zabawy w naprawianiu starej elektroniki odnaleźć. 

Szczawnica się bardzo rozwinęła, nie tylko wszelkiej maści tratwy, kajaki czy pontony po Dunajcu pływające, nie tylko wody lecznicze i sanatoria, ale i cyklistyka wypełnia to piękne miasteczko. Więc kto tylko może po tych wszystkich sportach i atrakcjach dla ciała zdoła – serdecznie do Pana Grzegorza na ul. Świętego Krzyża 9 zapraszam. Warto, naprawdę warto.

Po powrocie do Bukowiny i odrobieniu się z co pilniejszych prac ogródkowych, chwilę z tabletem i wiadomościami z regionu zaznać spróbowałem. A tu kolejna niespodzianka – w programie Poroniańskiego Lata jest kolejna impreza – dwaj pasjonaci Panowie Marduła i Stoch swój sprzęt z lat rozwoju Hi-Fi nie tylko że pokazują, ale i na imprezę zapraszają. Niestety było już po dwudziestej, sprzęt był już zgodnie z przeznaczeniem eksploatowany, więc na Wańkówki w sobotę już nie popędziłem. 

Dawno Karczma Guta- Mostowego, potem Muzeum Lenina teraz obiekt kultury.

Widać cała potańcówka i impreza się udała, wszyscy zmęczeni, gdyż w niedziele przed południem będąc, mogłem już tylko klamkę uścisnąć. 

No dobra, klamkę wymienili.

Tą samą co ją Lenin ujmował, do karczmy Guta-Mostowego zachodząc.

Szkoda, było blisko, ale krótko. Może za rok. Pozostaje tylko relacja Telewizji Podhalańskiej.


Podsumowując - to może dobrze, że tego Narodowego Muzeum Radia nie mamy, bo skłania to ludzi do działania, do tworzenia różnego rodzaju radio-inicjatyw, które to mają swój koloryt i niepowtarzalny swój smak. A przez swoją różnorodność, odmienność ogromnie cenne i wartościowe.

Panie Ryszardzie, Panie Grzegorzu serdecznie dziękuję. 

A wszystkich zainteresowanych zapraszam do Dobczyc i do Szczawnicy, i do Poronina też (jak wystawę za rok powtórzą). 


czwartek, 13 maja 2021

Anodowy stabilizator czyli jak zostałem oszukany.

No i dałam się oszwabić, dokładniej ochinolić. Ale po kolei. 

Takim rozpoczętym kilkanaście miesięcy temu (jak ten czas leci) był jak to się mówi z angielska „projekt” przebudowy i modernizacji zasilacza anodowego. Kupiłem ten zasilacz już jakiś czas temu, zajmował dosyć sytuowane miejsce na warsztatowej półce. Przydał się kilka razy, działał. Prócz grzechów pierworodnych (o tych później) dotknęło go jeszcze zdarzenie przewoltowania na 240V i w konsekwencji znaczącego podniesienia napięć żarzenia. Próbowałem temu (nawet skutecznie) zaradzić, ale to nie było to. Postanowiłem go pozbawić jedynej lampy i „stranzystorozować” pozbawiając jednocześnie wspomnianych grzechów. A jakie to były w tym żywocie. 


No po pierwsze bardzo nie precyzyjna regulacja napięcia anodowego – w jednym obrocie bardzo kiepskiej gałki cały zakres się znajdował od zera do około 250V. No właśnie około, bo człowiek nigdy nie wiedział ile daje woltów, podłączenie zewnętrznego woltomierza to więcej kabli i bałaganu.


Grzech drugi (i trzeci zarazem) to brak pomiarów napięcia i prądu anodowego. A i ujemnego także. Jak dodamy do tego brak pewności (o regulacji nie wspomnę) napięć żarzenia to mamy obraz i rozpaczy. Całości dopełniał jeszcze sterczący na środku pępek – gniazdo do podłączenia szkolnego oscyloskopu – grzechu pierworodnego dobitny obraz. 

Posiadając już jakieś doświadczenie w przebudowie woltomierza na coś w sumie podobnego czyli zasilacz do formowania elektrolitów, to i zabrałem się za tą konstrukcję. Zamówiłem formatki pleksi do płyty czołowej, a po głębszej wiwisekcji wnętrza zasilacza zamówiłem kluczowe elementy. Kluczowe, bo zamiarem było oparcie ukłonu stabilizacji napięcia wyjściowego o dedykowany stabilizator  LR8N3-G. Trójnóżkowy układ, który 400V może wytrzymać, a sam daje z siebie 10mA. Zamówiłem u Chińczyków 10 sztuk za 8,50$ (nie majątek) tyle, że kilka ładnych tygodni poczekać mi przyszło. W międzyczasie zająłem się czym innym i jak przyszło po trzech miesiącach, to paczuszkę odłożyłem na bok. Układ z LR8N jest fajny, prawie liniowo napięcie można regulować jednym potencjometrem, a trójnóżkowy scalak uzupełniony tranzystorem mocy może wydać tyle prądu, ile mój transformator znieść może. Powiedzmy (wg opisu na froncie) 60mA trwale, a w krótkim czasie to do 80mA czy nawet 100mA. Emisją lampy EL36 ładnie i naturalnie to było ograniczane. To przy tranzystoryzacji wydało mi się konieczne ograniczenie tego prądu, bo nawet w uprzednim „lampowym życiu” tego  zasilacza udało mi się spalić bezpiecznik anodowe napięcie zabezpieczający. A tranzystory w odróżnieniu od lamp mniej są oporne na takie szoki prądu. Znalazłem stosowny schemat. Spodobało mi się rozwiązanie z opto-rezystorem, gdzieś w Internecie znalezione.
Zamówiłem VTL5C8 też nie drogo, tyle, że kolejne tygodnie czekania się dodały. Po skończeniu zabawy z TymCzymś wróciłem do rozgrzebanego (dosłownie) zasilacza. Przyszły i stabilizatory i te opto-couplery. Zdobywając kolejne elektroniczno-harcerskie sprawności w kilka wieczorów z  KiCadem się zaprzyjaźniłem, zaprojektowałem płytki i je wykonałem. Jednocześnie na desce praktyczne sprawdzenie teorii obwodów się odbyło. Gdyż, jak wiemy, Teoria się dokładnie z Praktyką zgadza, ale tylko w teorii.  Zmontowałem, sprawdziłem układ. Podłączyłem i … nic. Nie działa! 

Układ testowy - jak zawsze na desce. Tu płyta OSB.

Raz jeszcze sprawdziłem połączenia i tranzystor, i diody. Wszystko ok. Wniosek prosty – padł LR8N. Wymieniłem, i  … nic. Gdy trzeci okazał się taki sam, trochę z głupia-frant wstawiłem kolejny w chiński super miernik. I tu … szok. Okazało się, że zamiast wymyślnej techniki w obudowach poprawnie oznaczonych są tranzystory npn, nawet dość o dość przyzwoitym wzmocnieniu. Zostałem przez firmę (XYVXYZX – ty krzaczki bo chińska) wyrolowany. Jaki jest sens sprzedawania tranzystorów oznakowanych jak stabilizatory w cenie 85c za sztukę! No nie rozumiem. Zostałem właśnie „ochinolony” czyli oszukany bezczelnie i to na śmieszna kwotę. 

To jest tranzystor

Niech ten nowy wyraz będzie moim wkładem w rozwój języka polskiego. Jako nowy synonim oszwabienia, tyle że głupi i z mniejszym sensem. Gdyby nie minął ponad rok od zakupu – miałem szanse na refundację. O czym dostawca uprzejmie poinformował. Strata wizerunku i zaufania – ogromna, ale dla mnie strata czasu. Szczęśliwie te (już dobre) stabilizatory są dostępne u lokalnego, krajowego dostawcy. No nie darmową wysyłka, ale w dwa dni. Przyszły i to sprawne.

I po kłopocie.

Układ podstawowy na desce ożył i działał zgodnie z zamierzeniami to można  go przenieść na płytkę drukowaną. Nie uruchamiałem układu zabezpieczającego bo wydawał mi się prosty i pewny. Jednak okazało się, że ten układ nie działał. Źle powiedziałem – działał od razu. Fotorezystor nawet przy zupełnie odłączonej diodzie już przy lekkim ogrzaniu miast megaomów (co karta katalogowa zaświadczała) wykazywał rezystancję kilkuset kiloomów. 

Niby wszystko OK. A nie działa. Fotorezystor ciemny a ciepły już ma 500k.

A to zupełnie rozkładało zabezpieczenie i całość układu. Potencjometr dla 300V ma wartość właśnie 500kom. Trzeba było powrócić do układu zabezpieczenie nadprądowego w oparciu o tranzystor NPN.
Wersja więcej niż próbna.

Dowolny w zasadzie. Zrobiłem, działa. Jako tranzystorów użyłem tych fejkowych (znów nowe słowo) scalaków. 

Finalnie minimalna przeróbka płytki.

Przynajmniej do tego się przydały.