niedziela, 7 maja 2023

Radione R2 czyli sztuka parzenia herbaty w Dobczycach.

Są w naszym życiu chwile niezwykłe, takie na które czekamy i do których specjalną wartość przywiązujemy. W niektórych kulturach jak w japońskiej takim wydarzeniem jest ceremoniał parzenia herbaty. Czynność, z pozoru zwyczajna – od czasu papierowych porcjowanych torebek więc prostacka, ale dzięki kultywowaniu, doskonaleniu i pielęgnowaniu, głęboko w kulturze została zapisana jako celebrowany ceremoniał, okraszony specjalnymi naczyniami i utensyliami, a czasem i dedykowanym pawilonem parzenia herbaty w klasycznym japońskim ogrodzie stawianym. Do tego cała duchowa otoczka, cała sfera pojęć i idei prowadząca do filozofii pojmowania całego życia.  Jako takie pochodne tej sztuki powstały takie pojęcia, które stały się wartościami jak Wabi-sabi i Kintsugi. To pierwsze doceniające prostotę i piękno wynikające z upływu czasu a drugie zaś doceniające znaczenie i rolę naprawy w wartości przedmiotu. 

Dla mnie jednym z takich kultowych miejsc „parzenia herbaty” jest dom, a jednocześnie pracownia Pana Ryszarda. Ostatnia wizyta była sposobnością  by podziwiać Wabi-Sami i Kintsugi w jednym. W jednym radioodbiorniku, a radiem było Radione R2.

Radione R2

 Odbiornik już sam z siebie nietypowy, bo skrajnie użytkowy, z takim militarnym naznaczeniem. Czy to w samej konstrukcji (metalowa obudowa, malowanie farbą z marszczoną fakturą, wielowariantowe zasilanie itp.) czy też historii – był w użyciu przez Wermacht czy Krigsmarine.  Egzemplarz Pana Ryszarda to model wojenny, nie dziwota zatem, że radio było po przejściach. 

Jak widać radio po przejściach.
Widać linię podziału w okolicach głośnika.


Właściwie powinienem napisać w liczbie mnogiej – radia, bo złożone było z dwóch odbiorników. Niewytłumaczalną zagadką pozostaje dla nas, co się stało i w jakim stanie były te odbiorniki, że ktoś już wiele lat temu połączył i zespolił je w ten sposób.

Szrama na obudowie.

i wewnętrzne cięcie.

 Jak gdyby zostały przecięte i zespawane dwa odbiorniki w jeden. Linia podziału przybiega przez obudowę i tak samo przez chassis. Można by się tu dopatrywać analogii do „prac” niektórych blacharzy samochodowych, ale muszę przyznać, że nawet w najgorszej dziupli zrobili by nasi mechanicy lepiej i subtelniej.  


W tej postaci radio trafiło w ręce Pana Ryszarda. A tam w cudowny sposób znów stało się odbiornikiem posiadającym wszelkie wartości estetyczne a przede wszystkim użytkowe. Zostały poprawione spawy i zgrzewy, obudowa pomalowana chyba lepiej niż w oryginale, naprawiony transformator, dorobiona maskownica i wszelkie prace radio- elektroniczne wykonane zostały na najwyższym poziomie. Sztuka radiotechniki w najczystszej postaci. 

Oddając głos Mistrzowi:

Transformator w nim nie byl przewijany, natomiast wszystkie przewody połączeniowe były zmasakrowane. Żeby uniknąć ich sztukowania - zamontowałem na nim końcówki lutownicze i następnie odtworzyłem połączenia. 

Transformator udoskonalony.

Wymienione zostały wszystkie kondensatory w filtrach p.cz., paddingi w oscylatorach i obwodach wejściowych. Obwody wejściowe śr/dł zostały nawinięte na nowo ( zarówno cewki siatkowe jak i antenowe} z uwagi na ich zniszczenie no i dorobiony został brakujący kubek, w którym były umieszczone. 

Jak widać stan był trudny.

Słabym punktem tego odbiornika jest napęd skalowy, który musiałem odtworzyć całkowicie łącznie z tą nieszczęsną sprężyną powrotną. Kręcąć w prawo nawijamy linkę na koło agregatu, natomiast przy kręceniu w lewo wskazówka wraca dzięki sprężynie powrotnej. Szklana skala jest oczywiście dorobiona (stara była pęknięta).
Prace kowalskie.

Niestety nie udało się uratować oryginalnego głośnika , który zastąpiłem po drobnej modyfikacji głośnikiem od Pioniera (tego bateryjnego - głośniki Pioniera różnią się zawieszeniem i ten bateryjny ma resor z cienkiego rezoteksu, dzięki czemu ma większą skuteczność).

Maskownica głośnika została dorobiona.

 Prawdziwą przyjemnością było strojenie tego odbiornika po remoncie. Dzięki dużej dobroci obwodów można rzeczywiście uzyskać świetną selektywność no i czułość. Reasumując była to wspaniała przygoda zarówno dla kowala, ślusarza no i radiowca.

Ja tylko, jako ledwo co praktykujący jej adept przyczyniłem gałeczki do tego odbiornika – przez co radość Pana Ryszarda z posiadania takiego przedmiotu, z taką historią i to przywróconego do blasku (tu w swoistym  takim stylu wabishii). 

Radio już cieszy, jeszcze tylko wymienić gałeczki.

A co do herbaty to zawsze w Dobczycach  to także rytuał, tyle że w takim naszym najlepszym lokalnym stylu. Czarna, sypana w szklance i pięknym metalowym koszyczku.

Herbata smakuje wyśmienicie (jak widać ktoś zażyczył sobie kawę - ale to była pierwsza wizyta :-). 

Smakuje przewybornie i dopełnia tego smaku i zapachu radioodbiorników naprawionych i do doskonałości przywróconych.

 


niedziela, 9 kwietnia 2023

Trzeszczą basy, czyli Opus po raz trzeci

 Są podobno cztery etapy świadomości o własnej wiedzy i umiejętnościach. Pierwszy jest wtedy gdy nie wiemy, że nie wiemy. Kolejnym, po pierwszych (czasem bolesnych) doświadczeniach gdy już wiemy, że nie wiemy. Jeśli uda nam się pokonać trudności i czy to poprzez lekturę, własne eksperymenty, ale nade wszystko pracę, osiągamy następny poziom gdzie wiemy, że wiemy. Kolejny etap dostępny już mistrzów, którzy już nawet nie wiedzą (nie pamiętają raczej), że wiedzą.

W naprawianiu i restaurowaniu odbiorników radiowych podobny edukacyjno/uświadamiający proces także zachodzi. Na samym początku mojej działalności, ponad 10 lat temu (patrząc po wpisach na blogu), wydawało mi się, że jest to takie fajne i proste, że tylko na napięcie anodowe i gorące lampy trzeba uważać. A tu zmierzyć, coś przylutować i wszystko działa.

No i ugrzęzłem w to naprawianie, fajne jest ale to zdobywanie wiedzy, umiejętności i doświadczeń nie jest ani szybkie, ani proste. Nie mniej jest tak intrygujące i wciągające, że stanowi główną przyczynek działania. 

Telefunken Opus 2650

Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji kiedy ciekawość jest tym motorem, to nie ma się co brać za trzeci taki sam odbiornik. Pierwszy Opus 2650 to zlecony przez Tomasza odbiornik, który zagadką był, ale tylko w jednym miejscu – w jednym kondensatorze. Drugi to było następstwo tego pierwszego. Pan Andrzej wykazał się dużą cierpliwością, gdy przebudowywałem stopień sterujący we wzmacniaczu mocy m.cz. W trakcie tych działań, zakupiłem po atrakcyjnej cenie kolejnego 2650, który przez pewien czas stanowił taki „backup”, gdyby mi się nie udało z tym naprawianym. Okazało się, że był zbędny, chociaż czasem coś tam podpatrzyłem. Został w poczekalni – powiedziałem sobie, że kiedyś zrobię. Później Pana Andrzej przywiózł Opusa 2550, w pełni lampowego. Tam z kolei  tor m.cz i radiowy był sprawny,  tylko stereodekoder wymagał głębszej naprawy, ale i obudowa w Starej Szopie została odświeżona. Teraz zaś Szwagier zgłosił akces do tego „leżaka magazynowego” więc kolejnego Opus-a pora zacząć.

Radio podłączone („przez żarówkę” oczywiście) dało oznaki życia – jeden kanał szumiał, bez śladów odbioru czy czegoś podobnego. Ponieważ w Opusie bardzo łatwo jest wyjąc wzmacniacz m.cz. – to i od niego zacząłem , odpinając jednocześnie część radiową - jeden wtyk. Wzmacniacz z solidnymi tranzystorami końcowymi AD149 i stopniem sterującym na krzemowych. Ponieważ pomiar punktu pracy tranzystorów mocy i ogólnie innych o określonej w instrukcji napięciach wyszedł ok. Tyle, że w fabryce Telefunkena komuś ta symetria weszła za bardzo w krew i pionowe potencjometry w jednym kanale  ustawiają symetrię zasilacza, w drugim zaś prąd zerowy. 

Czerwone to symetria, żółte to prąd zerowy. W jednym kanale tak, w drugim inaczej.

Przyczyny milczącego kanału przyszło szukać w sprzężeniu między stopniowym. Już wymiana dwóch wyschniętych elektrolitów ożywiła stopień mocy. Nie mniej pod nóż (lutownicę raczej ) poszły wszystkie kondensatory elektrolityczne. Poza wyjściowymi i tym w filtrze zasilacza. Te trzymają się dobrze, a znaleźć takie same i do tego zbliżone wymiarami po prostu trudno. A mostek prostowniczy na końcu miał oznaczenie Si - rozumiem, że krzemowy nie selenowy. Dotykając wejścia stopnia mocy otrzymałem taki zdrowy brumm w każdym z kanałów. 

Pora na przedwzmacniacz. Ale najpierw trzeba było zdjąć pokrętła i odblokować zatarte potencjometry. Już Tomasz mnie przestrzegał, że ten typ tak ma. Pokrętła metodą szarpaną zeszły. 

Sukces - da się zdjąć szybę. W 2550 mi się nie udało, ale tam wszystko działało.

Ale żeby je uruchomić trzeba było się natrudzić. Rozebranie, uruchomienie, nasmarowani oraz  wyczyszczenie wszystkich potencjometrów jak i wymiana wszystkich elektrolitów – to konieczność. 


 Potencjometry od barwy tonu niby otwarte, gdyby były ruchome to można było je „spryskać” środkiem, ale to nie są moje standardy. 

Więc przyszło każdy delikatnie roznitować, nasmarować oś, przeczyścić bieżnie i styki metalowe - bo to one czynią więcej problemów. 

Roznitowanie za pomocą wiertarki.

Zanitownie za pomocą lutownicy.


W międzyczasie przesmarowanie osi .

Praca węglowej szczotki na węglowym ślizgu raczej dobrze rokuje żywotności. Zanitowanie z powrotem nie było możliwe, więc zastosowałem metodę „elektronika”, zalutowując czy lepiej powiedzieć, nalutowując z cyny coś na kształt nitu. Dużo problemów sprawił wyłącznik „szerokości bazy” zabudowany w potencjometrze balansu. Maleńki bakelitowy pierścień okazał się wykruszony i odmawiał współpracy – nie przeginał sprężynującego styku.

 Zmuszony byłem wytoczyć takowy z tworzywa. Miałem wałek teflonowy. 

Oryginał i rysunek dla tokarza (czyli mnie).
Ale przyznam się, że nie było łatwo, dopiero drugi egzemplarz nadawał się do zamontowania. A pierścień zabezpieczający (segerem zwany) przy zakładaniu mi trzy razy na podłogę upadł, trzy razy odnalazłem. W tym dwa razy za pomocą magnesu. 

Pełny sukces.
Po kondensatorach elektrolitycznych poleciałem bez litości i bez analizowanie dobry czy zły (większość była kiepska, zła lub bardzo zła). Tyle, że sprzęgające zamiast 2uF dałem od razu 10uF, ot ciut więcej basów będzie, ciut. Po złożeniu w całość toru m.cz okazało się, że działa – jest brum już od wejścia. Tyle, że regulacja basami powoduje kakofoniczne trzaski w jednym kanale, objawiające się wręcz błyskaniem żarówki, przez którą na czas testów radio zawsze zasilam. Diagnoza problemu została wsparta pomiarem napięcia (którego nie powinno być, a było 12V) na wyjściach potencjometru – i doprowadziła do prostego wniosku, że jeden z nowo-montowanych elektrolitów 10uF miał sporą upływność.
A miało być zero.

Super, tor m.cz mamy zrobiony (przynajmniej tak się wydawało). 

Teraz radio, lampowy tor radiowy. A to to milczy, milczy na wszystkich zakresach i to milczy (szumi z lekka) jednakowo. A więc jest coś co AM i FM dotyka jednakowo. Znów pomiar punktów pracy i od razu sukces – EAF801 na oporniku katodowym ma 0V, a powinno być 0,2V. Wniosek – lampa bez emisji. Już chciałem wyciągać Chopina (też czekającego w kolejce) szukać, gdzie ta lampa jest użyta, a może nawet sprawna, gdy po drobnej lekturze okazało się że bez problemu można ją zastąpić popularną EBF89. A tego modelu mnie dostatek. Jest to o tyle fajne, ze nic nie trzeba w układzie zmieniać EBF może pracować w miejsce EAF, tylko jedna dioda nie jest wykorzystana. 

EBF89 w miejsce EAF801

Radio ożyło. Inaczej szumiał AM, inaczej FM. Tyle, że nic nie odbierało. Po podłączeniu anteny pojawił się odbiór na krótkich i na UKF-ie (chociaż słaby, ale jednak). Problem odbioru na średnich i długich szybko znalazł swoją przyczynę w postaci zerwanych doprowadzeniach do cewek heterodyny – widać przy manipulowaniu cienki drucik (druciki) ucierpiały.  Po przylutowaniu okazało się, że radio jest ładnie grające i w pełni zestrojone. A za słaby UKF odpowiadała słaba ECC85. 

Przyszła kolej na naprawę (wymianę kondensatorów i prostownika) wskaźnika stereo – kilkanaście minut roboty i gotowe. Pocieszony ta sytuacją, zamiast wypróbować wszystkie funkcje i stan począłem radio składać. Szybę wyczyściłem, klawisze wypucowałem, a i obudowę zamontowałem z tylna ścianą też. Szwagier przyjedzie, to i się ucieszy, ze gotowe. 

Jeszcze tylko obudowę założyć i ...

Kiedy tak już te wszystkie czynności wykonałem, poskręcałem itp. posłuchać mi się zachciało. No i masz babo problem. Nie, radio gra, stacje łapie tylko regulacja tonów wysokich w jednym kanale nie działa. Ba jak tylko uchwycę metalową gałkę od tonów wysokich - to lekki brum się pojawia. O, żesz ty! Teraz kiedy wszystko poskręcane zamontowane, a Szwagier prawie u drzwi.

No dobra, jeden dzień jeszcze mam. Trzeba to najpierw zdiagnozować. Ponieważ feler jest w jednym kanale to można prosto porównać. Po zdjęciu obudowy i wysunięciu stopnia mocy dało się podejść z miernikiem do potencjometru – bo i od niego diagnozę zacząć należało. I co? I nic - omomierz w obydwu kanałach ma wskazania podobne.

Rezystancyjnie symetria.
Użyłem miernika kondensatorów - tak samo, oczywiście tu metoda pomiaru pokazuje wypadkową impedancję, więc o wiarygodności tego pomiaru pojemności mowy być nie może.
I nie inaczej. Tylko że te uF to od kiloomów pochodzą.

Ale mam też nanoVNA i to pomogło. O ile w prawidłowo działającym kanale widać zdecydowana pojemnościową charakterystykę (dolna połówka wykresu Schmita) o tyle w tym wadliwym tej pojemności już nie ma. 
Kondensator jak się patrzy - nawet pojemność 10nF można dostrzec.

Wniosek prosty – uszkodzony kondensator C571 – nie ma 10nF.

A tu stoimy w punkcie od 50kHz do 500kHz. Pojemność szczątkowa.

 No z założoną szybą, z listwą nie podejdę i nie podlutuję. Przyszło mi zatem kilkanaście minut operować śrubokrętem, kluczem 5,5mm, oczkowym 10mm i małym szwedem, by dostać się do druku przedwzmacniacza. Gdzie okazało się zaś, że to nie kondensator jest winny, a oczko lutownicze od potencjometru. 

Miejsce na schemacie.

Coś na kształt zimnego lutu.

Po prostu montując postarałem się za dobrze, nanizałem wyprowadzenie potencjometru na kołki (a były w oryginale zukosowane i przylutowane tylko po bokach – przyjąłem to za błąd fabryczny), zalutowałem i skręciłem za mocno, wiec połączenie puściło.

Strzałki pokazują miejsca pinów - wg mnie źle zlutowane.

Kropla cyny i wszystko gra. Przed finalnym zmontowaniem jeszcze raz sprawdziłem działanie wszystkich potencjometrów, przycisków i innych funkcji. 

Prawda, jak pięknie zalutowałem - w piny trafiłem.

Gra i może być Szwagrowi powierzone. 

To lubię!

Zapytacie na koniec, na którym etapie zdobywania wiedzy o naprawie odbiorników jestem. Powiem, że z początku na tym  pierwszym (nie wiem, że nie wiem), w trakcie pracy i szukania źródła problemów na drugim (już wiem, że nie wiem), a jak się uda i ruszy to na tym trzecim (wiem, że wiem). Dającym dużo satysfakcji i radości.

Każde następne radio które przyjdzie do naprawy, już wiem, że da mi nie tylko sporo zabawy, trochę emocji, ale i czegoś nauczy. Nawet niech będzie to kolejny Opus – zaczynam lubić ten model.


    


sobota, 25 marca 2023

Ile kosztuje jedna gałeczka? Czyli robota „po kosztach”

 Ile kosztuje jedna gałeczka czy robota „po kosztach”

Ratując odbiorniki nie zawsze tzw. czynnik ekonomiczny (ile to kosztuje?, czy to się opłaca?) jest tym decydującym. Robimy to, bo ……………………………….. ( tu należałoby wpisać co najmniej kilkadziesiąt różnych powodów i przyczyn, nie wszystkie postrzegane mogą być przez ogół społeczeństwa, a i przez rodzinę jako te "racjonalne". Robimy to, ratujemy odbiorniki, i już.

Radio z gałkami "militarnymi".

Zostałem poproszony o dorobienie gałeczki wg. zasady „po kosztach”. Mam już pewne doświadczenie czy to w dorabianiu brakujących napisów, czy gałek do odbiorników – wiec odpowiedziałem, że pomogę. I że nie będzie to w żaden sposób komercyjne, no niechby zamawiający koszty żywicy pokrył.

I tu już spotkała mnie niespodzianka, przykra w dodatku. Zestaw 2x250g najczęściej przez mnie wykorzystywanej żywicy FC52, kupowałem rok temu za 39 zł, a teraz ku zdumieniu kosztuje 79 zł (płaskowyż! panie Glapiński, płaskowyż !). 

No dobra, bierzemy się do roboty, a jej (tj. roboty) wyniki to nie tylko dwie gałki w kolorze czarnym do radia, ale i niniejszy artykuł. Wypraktykowałem przygotowanie formy silikonowej do gałek odlewane w rurce. Do niektórych była to forma z puszki po zielonym groszku, kilka gałek odlałem korzystając z kawałka papierowego tubusa, w którym otrzymałem ładny kalendarz – wisi w pracowni i wcale nie jest z gołą babą. 

Materiały wyjściowe.

Tu jak najbardziej na miejscu była rura kanalizacyjna, taka 40-stka, mniej silikonu pójdzie. Nie miałem z odpadach, wiec nabyłem w supermarkecie budowlanym najkrótszy prosty kawałek za (jedyne) 9,20zł. No doliczmy do rachunku, do kalkulacji właściwie. Dodajmy do tego 1m pręta aluminiowego 6mm, który oś potencjometru ma udawać. 10,79 zł – krócej nie sprzedają. 

Jako bazę, podstawkę stosuję wytoczony walec z klocka bukowego. Mam trochę takich o wartości „opałowej” więc pozwólcie nie będę z kubików tarcicy przeliczał użytego materiału, nie mniej wycięcie, wytoczenie tak by średnica zewnętrzna do rury pasowała, nawiercenie otworu i osadzenie trzpienia ponad godzinę zabrało. 



Podstawka w 3 krokach

Troszkę trzeba było także stoczyć wałek aluminiowy bo jak się okazało 6mm na wałku i 6mm w otworze gałki – to nie to samo. Przypomniały się zajęcia z tolerancji i pasowań z technikum. 

Konstrukcja podstawki (dla innej gałki).

Gałki dwie jako wzorce otrzymałem i tu kolejna niespodzianka – oryginały porządnie zrobione były - jak dla Krigsmarine – wewnątrz mosiężny pierścień, w którym pracuje dociskowy wkręt. Lecimy więc w koszty – 20 cm bieżące fi 10mm wałka kosztuje 12zł (bez wysyłki). Miałem grubszy o średnicy 18mm, ale szkoda materiału czasu i narzędzi. Wkładka w oryginale ma ok 9 mm średnicy i (jak przypuszczam – gałki oryginalnej mimo pęknięcia nie niszczyłem) moletke na zewnątrz dla lepszego przekazania momentu. Poszedłem zatem w koszty dodatkowe, koszty narzędziowe – za 55 zł udało sią znaleźć taką fajną – jeszcze się przyda.

Obsadzenie gałki na postumencie winno być wspomożone uszczelnieniem z wosku. Wypraktykowałem wosk pszczeli – jeden płat węzy (66 zł/kg przez 11 arkuszy w kilogramie daje 6 zł). Wystarczy na długo, ale trzeba mieć. 

Przygotowanie samej gałeczki zajęło minimum pół godziny. Wyczyszczenie, przeszlifowanie i przepolerowanie czoła, uszczelnienie woskiem pęknięć zajmuje czas.

Oryginał w oryginalnym stanie, z warstwami naniesionymi przez lata i pęknięciem. 

Po obsadzeniu i uszczelnieniu możemy zalewać silikon. Ale taki trzeba mieć – najmniejsza porcja to 250g za 35 zł. Jeszcze miałem trochę z poprzednich zakupów - zużyłem. Kubek papierowy do rozrobienia dostałem z silikonem, ale lepsze pojemnościowo były takie na 150ml – na małą kawę. Do przemieszania patyczek po małej czarnej ze stacji benzynowej. Można kupić za 16 zł 1000 sztuk mieszadełek, z których tylko kilka się użyje, ale nie wliczajmy tych kilkunastu.

Wyczyszczone i gotowe do zalania silikonem.

Pracując z woskiem wspomagam się hotgun-em, a silikon odpowietrzam w zaadoptowanej komorze próżniowej pompą też próżniową napędzaną.

Odgazowanie.

 Silikon i katalizator dobieram ważąc składniki w proporcji 20:1. Wagę trzeba mieć, dobieranie wg. objętości jest gorsze niż na oko, na kolor. Silikon ma gęstość 1,36g/cm3, a katalizator do wody zbliżony.

Zalewamy i po 3 czy 4 godzinach roboty (przy moim doświadczeniu) mamy pierwszą połówkę zalaną, niech zwiąże – 24h w spokoju zalecane.

Po wyjęciu podstawy oryginał gałki powinien pozostać w połowie formy i przystępujemy do budowy komór odpowietrzających (z wosku) i stosownych otworów ulotowych – tu stosuje zakazane już patyczki z plastikowym rdzeniem, zużyte brudne waciki drugi raz się przydają – w koszta nie wliczam. 

Te fragmenty pierwszej formy, które będą stykać się z drugą należy izolować za pomocą woskowego rozdzielacza. Winszują sobie za 150ml skromne 35 zł.

Budowa kanałów, nakładanie rozdzielacza, drugie przygotowanie silikonu, odpowietrzanie i zalewanie to kolejna godzinka.

Zalana 2 połówka - rdzeń umocowany patyczkiem.

Po kolejnych 24h oczekiwania mamy do przecięcia rurę i rozdzielenie (ostrożne!) połówek formy oraz wyjęcie oryginału i usunięcie resztek wosku to kolejna robota. Powiedzmy kwadrans.

Teraz trzeba przystąpić do wykonania tulejek – insertów go gałek. 

Tokareczka, nakiełek, moletowanie na długości kilku cm, wykonie otworu wiertło 3mm, potem nóż przecinak i pierwszy insert mamy.

Rdzeń nr. 1.

Do pierwszego odlewu zaplanowałem wstępne wykonie gwintu w wkładce i odpowiednie osadzenie w przeciw-formie. I tu z razu niespodzianka – w oryginale to nie jest M3, nie jest też M4 i to raczej nie calowe, więc mamy M3,5. Takiego to. ani gwintownika, ani narzynki nie posiadam. Mógłbym kupić (18,45zł + 24,62zł – ceny przykładowe z All…o), ale postanowiłem, że idziemy w M3 (później się okazało - jednak M4). Zamiast żywicy FC52 użyłem F38. Wiąże szybciej, ale i szybciej można z formy wyjąć odlew. Jest on z początku jest trochę elastyczny, ale z czasem nabiera twardości. Jako barwnik użyłem kolorantu otrzymanego od kolegi, jeśli zaś byśmy kupowali to za jeden kolor (np. czarny) 15 zł za 10ml żądają. A też troszkę brązowego należało dodać, by bardziej bakelitowa w kolorze wyszła ta gałka.  


No i pierwsza wyszła, tyle że przekręciła się wkładka i to tak nieszczęśliwie, że nie dała nawiercić i na gwintować w miejscu przewidzianym. W sumie na wykonanie pierwszej i to nie udanej gałki – półtorej godziny minęło.

Odlew nawet ładny.

Druga i kolejne tulejki w przygotowaniu: moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak  - godzina przy tokarce minęła. Osiem tulejek jakoś się zrobić udało.

Seryjna produkcja odlewnicza już poszła, no tyle że druga gałka też nie udana – słabo przemieszanie i wygląd nie akceptowany – tulejka wyłuskana została użyta raz jeszcze została. 

Pierwsze koty za płoty.

Operacje typu wyjęcie odlewu i wstępne sprawdzenie, odważenie żywicy, odważenie katalizatora, dodanie koloranta, przemieszanie z katalizatorem, zmieszanie z żywicą, przesmarowanie formy i jej zalanie i finalnie zaciśniecie to w sumie 10 do 15 minut na sztukę. Przetykanie innym pracami kiedy wiążą.  Wyszło osiem gałeczek, w tym dwie w troszkę bardziej brązowym kolorze.

Kolejną operacją było wiercenie otworów na wkręt dociskowy. 

Nawiercanie w "przyrządzie".

Chciałem użyć M3, więc najpierw ostrym wiertłem 2,2mm potem miało być 2,4mm, ale pomyliłem się i poszło 2,7mm. Gwintowanie było łatwe, ale okazało się, że docisk M3 nie trzyma. Czyli w zasadzie klapa. 

Aby ratować sytuację pozostało bądź to M3,5 jak w oryginale lub przejście na M4. Wybrałem to drugie. Więc kolejne nawiercanie – już sprawdziłem wiertło 3,3mm i gwintowanie M4. Udało się.

Przyszło przygotować śrubki dociskowe. Nie udało się użyć gotowych, bo i za długie i ampulem zakręcane, wiec trzeba było wykonać z pręta. Można było kupić metrowy kawałek gwintowany za 6,90 zł, ale użyłem dłuższych śrub pozostałych po jakimś mechanizmie. Ładnie wykonane i precyzyjne. Nie mniej należało to przyciąć równiutko na ładne, krótkie odcinki. Uchwyt tokarski nie jest przy tych średnicach precyzyjny, więc mój warsztat wzbogacił się o zakup tulejek zaciskowych wraz z uchwytem za 84,40 zł (w cenie przesyłka od żółtych braci).

Przycinanie śrub dla przygotowani docisków.

 Przycięte przecinakiem 4 mm kawałki zostały rowkiem obdarzone w prymitywnym uchwycie.

Kolejny "przyrząd".

 

Po zamontowane w docelowym miejscu okazały się ciur za duże i dwie sztuki poszły do kosza a kolejne 8 uzyskało już 3,5mm długość. Przycięcie, obrobienie, nacięcie i pasowanie itd. – półtorej godziny poszło.

4 mm średnicy i 3,5mm długości. 

Teraz kolejna, ostatnia operacja – przycięcie gałek by nadlewki zlikwidować i nadać ostateczny kształt. Poszło szybko, pół godziny, tyle że jedna z gałek nie wytrzymała tej operacji – pękła. I z 8 pozostała tylko wspaniała siódemka. Są wśród nich lepsze i gorsze, jaśniejsze i ciemniejsze, proste i lekko niecentryczne. Przekaże wszystkie zamawiającemu by wybrał najlepsze.

Do wyboru - do koloru.

Podsumowując, gdyby ktoś chciał zrobić gałeczki to potrzebuje wydać na materiały i surowce coś około 180 zł, nie licząc drewna, wosku, patyczków plastikowych kubków czy kieliszków czy kilku par rękawiczek.

Po całej robocie trzeba też posprzatać.

A oprócz tego trzeba posiadać tokarkę, pompę próżniową, wagę, wiertarkę kolumnową, osprzęt itp. 

Do tego ogromną cierpliwość i około 10h godzin pracy. Czyli licząc po minimalnej stawce godzinowej (pierwsza połowa 2023 roku) 228 zł. Czyli w sumie przy ośmiu sztukach wychodzi kosztów 50 zł/sztukę kosztów. Bez wliczanie czasu przygotowania i zakupów, kosztów przesyłek czy też czasu na niniejsze opisanie. Dla dwóch gałek to już cena całego radia. 

Zdecydowanie jednak odradzam kupować radio tylko po to by wykorzystać tylko gałki z niego. Choć znane są takie operacje. 

Nie mówię, ze nie da się tego zrobić i szybciej, i taniej. Kto chce niech próbuje. I dzieli się swoimi rezultatami i kalkulacjami.