piątek, 22 kwietnia 2016

Wobulator DDS czyli Powrót do Terażniejszości z pomocą chińskich klocków

Zabawa klockami ma jedną zaletę, z przygotowanych wcześniej elementów, łącząc je w odpowiedni sposób można w miarę szybko i łatwo, osiągnąć zamierzony efekt. Wybudować Zamek, Pit-Stop dla samochodzików czy inną wymarzoną budowle.

Ja sklejałem samoloty. Były dwa podejścia – powszechnie dostępny w kioskach Mały Modelarz lub plastykowe modele (głównie produkcji NDR) dostępne w Składnicy Harcerskiej. Ro pierwsze wymagało ogromu czasu, cierpliwości i staranności, ale dawało ciekawsze rezultaty. Z moich dokonań to mogę się poszczycić wieloma rozpoczętymi konstrukcjami i jedną skończoną – Osadą Biskupin.
Do dziś pamiętam tą okładkę
Plastykowe modele to była forma modelarstwa bardziej podobna składaniu klocków – w zasadzie pasujących do siebie, prawie gotowych elementów. Klej w metalowej tubce, w podobnej srebrna farba i kalkomanie.  Tu piękny opis dla sentymentalnych modelarzy. Po kilku godzinach efekt murowany.
W elektronice, mojej ko0lejnej pasji, wiele konstrukcji zostało uruchomionych na desce, na pająka i nigdy nie uzyskały formy finalnej – pełnego urządzenia. No może poza jednym wzmacniaczem m.cz. (nawet obudowę ze sklejki zrobiłem) i pracą dyplomową w technikum – pozycjonerem suportu tokarki. Radość z budowania (nie rzadko konstruowania) była przeogromna, zatem nie kończąc jednej konstrukcji, popadałem w drugą. Podobna przypadłość dolega mi po dziś dzień. No może, jako że zdiagnozowana, to łatwiejsza do opanowania lub chociażby próby ograniczenia dolegliwości.

Jedną z takich idée fixe jest wobulator. Taki jak potrzebuję. Pierwszą przymiarką był Selektograf K931, przyrząd o tyle kultowy, że z epoki, lampowy, i polski.
Kupiłem działający, udało mi się zestroić jedno czy dwa radia, ale odczuwałem duży dyskomfort pracy. Pomiar częstotliwości poprzez porównanie na obrotowej skali, brak jakichkolwiek markerów – K931A nie tobyło to.
Drugi już był lepszy K937, tranzystorowy, ale podobnymi wadami obarczony – skale, procenty skali itp. No coś innego, ale w zasadzi tekie same.
 Kolejny to do tej pory najlepszy, radziecki, na scalakach i ze znacznikiem.
Działa, ale jest już wielokrotnie naprawiany (co też daje satysfakcje).

Przyszedł czas na 100% mój wobulator. Założenie były takie, co do funkcjonalności:

  • w pierwszym kroku tylko 10,7MHz (no może potem p.cz. od AM (465kHz – bo głównie polskie radia robię)
  • generator stałej częstotliwości 10,7MHz do strojenie na maksimum sygnału i zero detektora, 
  • generator modulowany +/-25kHz – do strojenia na maksimum sygnału m.cz.
  • wobulator.

Wobulator od 10,4 MHz do 11,0 MHz z wyraźnymi znacznikami, co 50kHz (później się okazało, że 100kHz jest zupełnie wystarczające.
Do wyświetlania zostanie użyty dwukanałowy oscyloskop, jeden kanał to pomiar z sondy w.cz, drugi na znaczniki, a oddzielne wejście miało służyć synchronizacji (okazało się niepotrzebne).

Rozwiązanie miało być jak najprostsze, więc zdradzając całą prześliczną technikę analogową, pogrążyłem się w dziedzinę technik cyfrowych. Wychowany w epoce TTL, obrze pamiętam swoją pracę dyplomową, gdzie było tylko ok. 10 scalaków, tak do 200 nóżek do połącznia – i gorące wieczory by zdążyć z płytką, ze sprawdzeniem i z uruchomieniem. Teraz po trzydziestu kilku latach zbudujemy z klocków – dwu klocków.
Pierwszy pająk
Jeden to gotowy moduł generatora DDS (Direct Digital Synthesis) bazujący na układzie AD9850, drugi klocek to Arduino Uno.  Ten pierwszy dostępny za ok 50 zł umożliwia generację sygnału sinusoidalnego do 40MHz (a więc zupełnie wystarczającego do moich celów), dobrze opisany.
Drugi jeszcze lepiej, pozwala on w prosty sposób wykonać całość układów sterowania przełączania i może wyświetlania.
Klocki
Wejścia analogowe, wejścia /wyjści acyfrowe, przerwania - no wszystko co trzeba. Nie bez znaczenia jest fakt, iż mój syn bawił się troszkę Arduino (skorzystałem z jego nabytków) tak mogłem liczyć na ograniczenie się moich prac do części elektrycznej projektu. W sumie wyszło trochę inaczej, ale to chyba dobrze.
Po kilkudziesięciu minutach od przedstawienia pomysłu i jakimś szkicu na kartce papieru usłyszałem – Tato! Soft już gotowy! Gdzie ten moduł?
Ja jeszcze nie zamówiłem części, a tu już oprogramowanie gotowe. Poskładane z gotowych bibliotek oczywiście, ale gotowe do testowania. Mam motywację, że się tak wyrażę - od młodszych pokoleń.

Moduły, jako wyposażone w wyjścia GoldPin osadziłem w gniazdach wlutowanych do płytki uniwersalnej (też chińskiej za 1,90 pln) a połączenia wykonałem Kynarem.  Nie było ich za dużo. Adruino porozumiewa się z DDS za pomocą trzech sygnałów, do tego zasilanie i masa. Na trzech wyjściach i czterech rezystorach wykonałem układ, który ma generować złożony sygnał (SYNCHRO, Marker 10,7, Marker 100kHz).
Trzy rezystory podciągały zasilanie do wejść dla sterowania trybem pracy (dwa dla Modulator, Generator i Wobulator) jeden troszkę na przyszłość przełącznik 465kHz/10,7MHz.

Jak się okazało, po dokładniejszym zapoznaniu się z Arduino funkcja INPUT_PULLUP  (na początku w kodzie pisałem Pin_Up, ale nie działało) robi to wewnątrz układu i rezystory nie są potrzebne – ot, stare nawyki.

Po drobnych zawirowaniach z jak to zawsze błędami montażu, udało się uzyskać sygnał 10,7MHz, potem znaczniki. Wobulator działa!!!

Pierwsze uruchomienie „na radiu” odbyło się jeszcze bez wzmacniacza na wyjściu generatora, ale w zupełności wystarczało by pojemnościowo sprząc się z ECC85 i przekazać sygnał na początek toru p.cz.

Chociaż obraz nie był taki, jakiego się spodziewałem, ale jego cechy pozwalały przypuszczać, że działa, ale coś nie jest ok w oprogramowaniu. Krok po kroku, debuging następował i finalnie udało się uzyskać pierwszy krok – działający na desce przyrząd.
Dodałem też wzmacniacz buforujący (oczywiście posilając się gotowym opisem, z drobnymi zmianami i ma 500mV sygnał.
Na attenuator (tłumik) też przyjdzie czas, na razie pracuje zewnętrzny. Układ działa, pozwala stroić. Sam się musiałem włączyć w doskonalenie oprogramowania, bo syn zajął się innym pomysłem, coś o sesji wspominał.
Błedy w software na ekranie widoczne.
Poradziłem sobie, bardzo fajne jest to Arduino.
Cel osiągnięty.
Coś, co z trudem się robiło 30 lat temu teraz jest powszechnie dostępne – moduł Arduino Nano kosztuje kilkanaście złotych – porównywalnie mniej niż Mały Modelarz w tych latach.

Jakoś, aż kusi mnie spytać Ministerstwo Edukacji, kiedy wprowadzi zajęcia ZPT z powrotem do programu szkół, czy będzie tam programowanie Arduino, czy na lekcjach „Informatyki” dzieciaki będą dalej programowały w LOGO? Czy może coś bardziej użytecznego i dającego większą frajdę?

Dość marzeń, trzeba wrócić do rzeczywistości tj. skończyć wobulator, uczynić go zdatnym do użytku, tak żeby to nie był kolejny projekt, który skończył na desce. Jak Maciej.

Zainteresowanym udostępnię swój kod Arduino, nie publikuję, bo jest bardzo nie doskonały – zapraszam do wpisywania się w komentarzach. Może pomożecie rozwinąć konstrukcję.

Takiego wobulatora z klocków za mniej niż 100 zł.

A ja będę mógł wrócić do strojenia i ratowania radyjek. Jakoś ten „Powrót do Teraźniejszości” strasznie wyczerpujący się stał - człowiek musi się tylu nowych rzeczy nauczyć.
Inaczej trzeba by do Biskupina wrócić.
Biskipin 1978 r.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Pierwsze wrażenie czyli sklepik BOMIS-u jest zabytkiem

Z dokładnością do roku potrafię określić ten moment - było to w wakacje 1983. Pierwsza wizyta w mieście , które jak los zrządził stało się moim, i pierwsza wizyta na tym prawym brzegu. Pierwsze spojrzenie na skrzyżowanie ul. Sierakowskiego i Okrzei. Sklep fabryczny Zakładów Mięsnych Żerań. I kolejka, nieodzowny symbol tamtych czasów. Taki obrazek sprzed lat ponad 30-stu pozostał mi w pamięci. Oczywiście przyjechałem tam w innym celu – po wędlinę jeździło się na Śląsk. Na ul.Okrzei mieścił się sklep BOMIS, gdzie wszelkiego radio-elektronicznego towaru był dostatek.

Oczywiście nie było tam wszystkiego, ale na tamte czasy – był to dostatek. BOMIS to ciekawa instytucja, w dobie obowiązującej gospodarki planowej Biuro Obrotu Maszynami i Surowcami (stąd BOMIS) stanowiło ogniwo spajające plany produkcyjne jednych uspołecznionych zakładów pracy (nie firm) z potrzebami innych zakładów. Upłynniając nadwyżki  i przy okazji oferując je ludności.
Jeżeli realizując plan ktoś wyprodukował kilkaset lub tysiące sztuk czegoś za dużo, czegoś co okazywało się nie potrzebne gdzie indziej – to trafiało do Bomisu. Była to też okazja by radioamatorzy mogli zaopatrzyć się w elementy, których dla niech nie przeznaczono. Tak też trafiłem do sklepiku Pana Krzysztofa na ul. Okrzei. Sklepu mieszczącego się w takiej przybudówce do już podówczas mocno podupadającej się kamienicy z adresem Sierakowskiego 4.

 Nie pamiętam co w tedy kupiłem, raczej jakieś TTL-e czy wyświetlacze CQYP…., ale tak czy inaczej był to zakup udany.  Zakłady Mięsne Żerań upadły w latach dziewięćdziesiątych, sklep (już jako GOMIS) przeniósł się dziesięć lat temu na ul. Jagiellońską,  a przybudówka pozostała. Co ciekawe to kamienica przy ul Sierakowskiego jest uważana za najstarszą po tej stronie Wisły, mieściła onegdaj gimnazjum do którego Korczak uczęszczał. Zachował sie jej szkic autorstwa Kossaka. Na tle targu końskiego - widać kamienice Mintera. Tą Kamienice.
Kossak konie kreślił, kamienica tak przy okazji została utrwalona.
Od sześćdziesięciu lat przeznaczona do wyburzenia - jednak będzie remontowana. Jest wpisana do rejestru zabytków.
Wracając do elektroniki, to do Pana Krzysztofa od czasu do czasu zaglądam, ostatnio gdy strojąc Julkę nadużyłem żywotności PRL-owskiego plastyku i doprowadziłem do zejścia filtru 7x7 o symbolu 203.
Schemat wzmacniacza p.cz. i filtr 203.
Dzwoniąc dowiedziałem się od Pana Krzysztofa: „Jak to nie ma - u mnie zawsze jest - przynajmniej było”.
U Pana Krzysztofa jest (było) wszystko.
Filtr oczywiście był – Julka gra jak nowa.
Julka rozebrana (zdjęcie kolegi Tomasza). Julka moja.
To co kiedyś było niepotrzebne -zbywało, teraz jest to jedyne co z polskiej elektroniki zostało. Sklepów BOMISu w Warszawie było więcej, pamiętam te na ulicy Grażyny, pamiętam Szpitalną czy Kopernika. Teraz już tylko Jagiellońska i sklepik prowadzony przez przesympatyczne małżeństwo na ul Promenady nam pozostało.
Sklepik na ul. Promenady wygląda bardzo podobnie.
Ostatni Mohikanie, ostatnia deska ratunku.

Powracając na prawą stronę Wisły, to oprócz numeru Sierakowskiego 4, do rejestru wpisane są Sierakowskiego 4A i 4B. Ponieważ nie bardzo udało się odszukać tego 4B, to przyjęto, że jest to ta przybudówka mieszcząca onegdaj sklepik BOMIS.
Sierakowskiego 4A - zabytek w pełnej krasie (pośrodku).
Realizacje zabudowy nowych apartamentowców zdają się to potwierdzać.

Mamy zatem, kultowy obiekt, swoisty i troszkę w swej naturze przekorny symbol świetności polskiego przemysłu elektronicznego. Coś na kształt samej Julii Stereo - najlepszego "przestawnego' odbiornika radiowego.
Coś co kiedyś było sklepikiem, gdzie upłynniano nadwyżki, teraz jest jednym z ostatnich zachowanych symboli. No i pozostali jeszcze ludzie, pamiętający wszystko i zawsze pomocni.  Oby jak najdłużej.

GOMIS czuwa.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Zaplanowany śmieć czyli śmierć po okresie gwarancji

Ostatnio zostałem poproszony przez jednego z moich kolegów, młodszych kolegów, z pokolenia inżynierów którzy nie mają w domu lutownicy, o naprawienie routera firmy A… . Po ponad dwu latach ciągłej pracy (kto by wyłączał router na noc) sprzęt definitywnie odmówił posłuszeństwa. Znaczy się nie definitywnie, po włączeniu zasilania przez kilka sekund migał lampkami, wróć!!!, migał niebieskimi diodami LED i zamierał. Szybka diagnoza przeprowadzona z pomocą wujka Google doprowadziła kolegę do wniosku, iż uszkodzeniu uległ jeden z kondensatorów elektrolitycznych.

Przypadłość na tyle znana opisywana, że nie może być przypadkowa. Widać producent dołożył wielu starań by zaprogramować ograniczony okres użytkowania urządzenia. Dwa lata, koniec gwarancji i kup nowe!  Techniczne (i środowiskowe) barbarzyństwo! Numer znany od prawie stu lat – patrz „spisek żarówkowy”. Kondensator o trochę dziwacznej pojemności 680uF (aż za dokładnie w tym miejscu), nie mniej wyraźnie wyróżniający się typem, producentem i nawet kolorem. Taki fioletowy – żałobny.
Oczywiście napuchnięty!
Otwarcie obudowy od razu potwierdziło trafność diagnozy. Niestety próba wylutowania dostępnymi w moim warsztacie lutownicami nie powiodła się. Lutowie stawiało odpór praktycznie każdej temperaturze, a 300W kolby, godnej prac dekarskich, nie było sensu wyciągać – trudno trafić. Cóż, spoiwo bezołowiowe zostało urzędniczo wprowadzone (wymuszone) jako jedynie słuszne 10 lat temu (dyrektywa RoHS). Ono to okazało się wyjątkowo trudno topliwe. Za nic nie udawało się wylutować śmiercionośnego (dla urządzenia) kondensatora i pozostało tylko dolutowanie (od spodu) dwu przewodów i wklejenie zastępczego (już w miarę normalnego).
Wstydzę się, ale nie adało się zgodnie z rzemiosłem
Wygląda tragicznie, ale działa.
Lutowałem oczywiście zakazanym tinolem, zawierającym ołów. Łatwo topliwym, dobrze trzymającym i nie podlegającym destrukcji z biegiem czasu – słowem śmiertelnie niebezpiecznym dla producentów sprzętu elektronicznego i ich kasy.
Wielki prezent od kolegi Tomasza. Prawdziwa ołowiowa cyna. Żaden RoHS zgodny erzac.
Aż się boję czy nie zapuka do mojego warsztatu Sanepid łącznie z uzbrojonymi  Inspektorami Środowiska czy innej służby, i w trosce o moje zdrowie* zakażą nie tylko używania materiałów bez RoHS i innych dyrektyw środowiskowych, naprawiania czegokolwiek - bo zaburza postanowienia dyrektywy WEEE i w ogóle wszelkich innych działań i czynności, które ograniczają ich zyski.

A przede wszystkim informowania innych o ich niecnych działaniach i programowaniu śmierci urządzeń elektronicznych – (dlatego celowo wykropkowałem nazwę firmy na początku artykułu). Może nie tylko urządzeń, problem może dotyczyć nas wszystkich w dużo większym stopniu. Wąsy cynowe, powstają samodzielnie w bezołowiowych lutach i powodują zwarcia. Rodzi to poważnie niebezpieczne sytuacje,  nie tylko dla kierowców Toyot Camry. Jest już spotykane w najbardziej newralgicznych układach zabezpieczeń instalacji nuklearnych.  Ot, taka zaplanowana samozagłada.

* - raczej im chodzi o moje pieniądze






wtorek, 29 marca 2016

Gleichrichter czyli różne sorty układanek z płytkami

W otaczającym nas politycznym świecie w ostatnich tygodniach dzieją się niedobre sprawy, miast wspólnoty, tworzone są różne „sorty”. Lepsze i gorsze. Smutne to.

Uciekając przed tą rzeczywistością, cofając się kilkadziesiąt lat i przenosząc się do wyidealizowanego świata lampowej elektroniki, także nie unikniemy sortów, klas czy kategorii jakościowych. W trakcie produkcji elementów i podzespołów elektronicznych trudno było (i chyba dalej jest) tak otrzymać proces produkcyjny, jakość i czystość materiałów, by otrzymać tak samo dobry (w domyśle najlepszy) produkt.  Wiele elementów po produkcji było mierzone i sortowane na lepsze i gorsze. Także i w procesie budowy stosowano, i lepsze, i gorsze rozwiązania oraz materiały czy procedury selekcji.

Finalnie wyodrębnić można kilka klas:

  • pierwsza tzw. komercyjna to coś co można było stosować do wszelkiego rodzaju sprzętu powszechnego użytku – ot dla takiego zwykłego ,szarego Kowalskiego. Wytrzyma to dobre, zepsuje się to trudno Kowalski zaniesie do ZURiT-u i tyle. No najwyżej nie obejrzy kilku Dzienników Telewizyjnych i koncertu z Kołobrzegu czy Zielonej Góry.
  • klasa industrialna to produkty czy elementy do zastosowań profesjonalnych, gdzie jakość działania, stałość parametrów czy zakres stosowania (temperatury) był lepszy. To już związek pomiędzy kosztami produkcji, a kosztami awarii były czynnikiem do stosowania lepszych materiałów, lepszej selekcji i testowania.
  • o zastosowań militarnych podzespoły były jeszcze lepsze od lepszych, rzadkie i nietypowe rozwiązanie konstrukcyjne, inna czystość materiałów itp. Elementy urządzenia miały wytrzymać wszelkie warunki bojowe, od Arktyki do pustyni Gobi. Najlepsze wytwarzane seryjne.
  • kolejna klasa to aerospace, czyli tam gdzie nie można było sobie pozwolić na awarię. Specjalne wykonanie, specjalne materiały i konstrukcje. Tutaj słowo tolerancja praktycznie nie istniało.
  • istnieje jeszcze jedna kategoria, sprzęt który musi wytrzymać dosłownie wszystko, w każdych warunkach. Sprzęt który może być wielokrotnie przeciążony, zalany, zasypany pyłem czy piaskiem i  niezawodnie pracować w każdych warunkach. Nadający się do naprawy młotkiem, obcęgami przez każdego. Amerykanie opisują go jako „for farm use”. 
Celowo używałem zachodniego nazewnictwa. Cały świat to samo stosował, nie słyszałem by tak robili jedynie Japończycy, ale to chyba mit.

W Polsce np. cyfrowe układy scalone oznaczane były jak UC, UCY, UCA serie 74..., 64.. i 54.. Przewspaniały ich zbiór można obejrzeć na stronie retrokolekcji. Może ktoś ma coś, co może wzbogacić zbiory – polecam.

Tak ą specyfiką były podzespoły pozaklasowe, tj. nie spełniające wszystkich parametrów, ale na tyle dobre by sprzedaż je np. radioamatorom. Pamiętam zestawy Telpod-u sprzedawane w Składnicy harcerskiej. Dziś już wręcz kultowy obiekt. W większości składały się z pozakatalogowych elementów, ale dzielnie służyły politechnizacji młodzieży. Budowałem układy na scalakach ___7400, tranzystorach _C313 i _C211 bo brak pierwszej litery (lub symbolu dla scalaków) był oznaczeniem tego najgorszego sortu.  Z tego robiło się najlepsze konstrukcje.

Wracając do radia, to np. prostowniki selenowe, a dokładnej same płytki prostownicze selenowe były konfekcjonowanych, aż w 5 grupach.
W zależności od zdolności półprzewodnikowych na lepsze i gorsze prostowniki.

Kiedy do mojego warsztatu trafiły dwie Szarotki, okazało się że jeden z prostowników jest najzwyczajniej uszkodzony – pozbawiony lakiery, jak gdyby spalony, no i wykazuje metaliczne przewodzenie.
Transformator (a w zasadzie dwa) buczały. Kupienie nowego prostownika przed prawie sześćdziesięciu lat jest powiedzmy to niemożliwe. Płytki o rozmiarze 32x32mm były opisane w katalogu, wiadomy producent i układ – mostek Graetza. Ponieważ cały prostownik jest skręcany powstała idea naprawy poprzez wymianę uszkodzonych płytek. Na szczęście istnieją koledzy, i ich niesamowite zdolności do gromadzenia różnych „przydasi”.  Tym razem kolega „kraz” posłużył pomocą i całym pięknym prostownikiem.
Budowa poszczególnych płytek była nieco inna – stal zamiast aluminium, miejscami mosiądz inne grubości tekstolitowych podkładek, ale konstrukcja bardzo zbliżona.
U góry stal i mosiądz, na dole oryginalne aluminiowe.
Selekcję przeprowadziłem omomierzem, rezystancja w kierunku przewodzenia i druga w kierunku zaporowym były kryterium selekcji. Nie bardzo było czasu na przeprowadzenie formowania. Producent zaleca by prostownik popracował  obciażony prądem nominnalnym i napięciem w połowie zaporowego. Coż nie tylko elektrolity, ale i seleny wymagają czasu i prądu.
Najważniejsze - nie pomylić. Podkładka, płytka perzekładka, docisk, złącze itd, itp.
Dało się zebrać 4 mniej więcej takie same płytki. Najlepiej się czują w takim samym sorcie.

Skręcanie wymagało pasowanie styków docisku do płytki, tak aby ominąć lakier, pomimo że instrukcja wręcz zabrania montowania już używanych (lakierowanych) płytek. Nie ma nowych – trzeba sobie radzić.
Wiele rodzajów prostowników można obejrzeć w wirtualnym (i rzeczywistym ) muzeum, nad którym pieczę sprawuje kolega „q100sz”.
Zdjęcie się nie udało - trzeba będzie do Łazisk pojechać jeszcze raz
Moja małą kolekcję swoich prostowników, już na rzecz muzeum zdeponowałem. Mam nadzieję, że wśród tych kilku gleichrichter-ów będzie coś dla innych ciekawego.

Jako wychowany na wsi (farm use), budując układy z pozaklasowych elementów, ale na wysokości (prawie przelotowej - aerospace) 1015m n.p.m. – Bukowina, a finalnie zajmując się przemysłowymi (industrial) systemami sterowania to wydaje się, że zaznałem każdego sortu.

Nie ma lepszych i gorszych.

piątek, 11 marca 2016

Dwie Dziewice czyli Szarotki z Nowego Targu

Są takie miejsca, gdzie człowiek nie mieszkał, ale zna (prawie) każda ulicę, każdy skwerek. Przez pięć lat dane mi było poznać tak Nowy Targ. Miasto z historią, z tradycją, tak inne od otaczających je góralskich wiosek i przysiółków. Jednym słowem w (moim) góralskim świata rozumieniu - MIASTO. Tego tytułu i wyróżnienia  np. takie Zakopane nigdy się nie czekało. Nie tylko przez czwartkowe jarmarki, przez szkoły czy wszechobecny handel. 5 lat w technikum spędzonych, to także burzliwy emocjonalnie czas w życiu młodego człowieka. Tak po trzydziestu latach muszę przyznać, że te nowotarżanki to były dziewczyny i piękne, i niedostępne. Jakoś tak przez ten cały czas nie byłem na żadnej imprezie „w Miescie”. No jakoś tak nie nasz świat. Gdzie indziej się szukało.
Tak, że gdy do mojej piwnicy trafiły dwie Szarotki, prościutko z Nowego Targu, to jakoś tak skojarzenie samo się nasunęło.
Józek (z Miasta – a jak!) je wyrwał, ale podzieliliśmy się honornie – po jednej. On wolał tą starszą, dwuzakresową, ja zaś za młodszą się oglądałem.
Obydwie czyściutkie, zadbane, bez przeróbek i kombinacji, no „dobry towar”. Ino brać. Ale one nie chciały, młodsza okiem DM70 mrugała, starsza - ślepa, zasilaczem buczała – obie głuche. No cóż, wiosen parę już miały.
Pierwsze podejrzenie – lampy. Z ośmiu wymiennych (oczek nie liczę) sprawne były trzy – nawet kompletu nie dało się złożyć. Przy okazji, też mój Juhas doczekał się lamp pomierzenia - no tu rezultat był tam wypośrodkowany 2 z 4. Ale tak czy inaczej - żadna 3S4T sprawna nie była :-)
Z pomocą (odpłatną, ale godziwą) przyszedł Pan Tadeusz z Żyrardowa i jego przebogaty magazyn lamp wszelakich. Trudno, bateryjne lampy tak mają, że krótko grają – trzeba inwestować. W technikum było trudniej – kieszonkowego to na lody u Żarneckiego człowiek mógł sobie pozwolić.
Oprócz lamp okazało się iż jeden z zasilaczy (ten starszy) miał spalony prostownik selenowy żarzenia. Inna historia się klei, a raczej skręca o tej naprawie.

Po obsadzeniu nowych lamp ta moja się odezwała, nawet zgrabnie (no z początku z lekkim przydźwiękiem), ale tylko na długich. Średnie nic, cichutko. Na 25 metrowe pasmo krótkich fal to nawet nie liczyłem. RWE już nie nadaje. Słuchać nie ma czego.
Kilkadziesiąt minut poznawania tajników tej szarotkowej, licencyjnej konstrukcji i już wiadomo było co mniej więcej jest co. Konstrukcja ciekawa. Montaż przestrzenny na bakelitowej płytce, napakowany, ale zgrabny.
Jak na lampową konstrukcję wręcz ciasnawy, dostęp słaby, na szczęście daje się cały radiowy moduł wyjąć i od każdej strony podejść. Uszkodzenie też nie było skomplikowane – ot urwany jeden koniec cewki  fal średnich na antenie ferrytowej. Po podlutowaniu średnie fale ożyły.
Jak się okazało także krótkie - generator słyszały.  Co ciekawe, mimo lat papierowe kondensatory zachowały się w akceptowalnej formie, więc pozwoliłem sobie to radio zachować w stanie prawie dziewiczym. Trafi w ręce jakiegoś kolekcjonera, który oryginalność przedkłada nad codzienną sprawność użytkową.
Dwuzakresowa była oporniejsza, co gorsza nie wykazywała żadnej elektrycznej aktywności pomimo traktowania i napięciem żarzenia, i anodowym ze sprawnego zasilacza. Okazało się wyłącznik na potencjometrze zamontowany pełną niesprawność wykazał. Dobrze, że polski  to wyrób - w odróżnieniu od DDR-owskich daje się rozebrać i jak się nie zgubi elementów - także złożyć. Ale wymontowanie go z układu wymagało rozlutowania minimum  siedmiu punktów lutowniczo-montażowych, a może i demontażu anteny ferrytowej. No przy moim wzroku cała operacja zapowiadała się jak laparoskopowa wymiana tłoka przez rurę wydechową silnika spalinowego – no mniej więcej ten poziom.  A i dziewictwo naruszone by było. Na szczęście z pomocą przyszła porada Zygmunta – „a wtryśnij tam strzykawką   trochę uzdatniacza i popstrykaj ze dwadzieścia razy – patyna powinna puścić”. Nie wierzyłem, ale spróbowałem.
Pomogło !
Przełączania  poniechałem, gdy osiągnąłem 10 na 10 udanych włączeń. Zaświeciła i odezwała się, ale tylko na średnich. Szukałem  podobnej przyczyny, ale ferrytowa antena, a dokładniej jej cewki były całe.  Jako diagnozę postawiłem tezę, że to nie obwód wejściowy, ale to heterodyna przyczyną jest. Układ stosowany w tym radio jest sam w siebie ciekawy – gdzie pierwsza lampa (1R5T) jest w zasadzie dwoma układami  elektronowymi, całość tworzy pentodę wejściową, a niektóre siatki pracują jak trioda (np. jak część C w ECH81) w generatorze heterodyny.porównanie obydwu modeli udało się kolegom austryjakom zredagować.
Dwa w jednym, i działa. Znaczy - działało tylko na średnich. Ponieważ w Internecie łatwo dostępny był tylko schemat 3 zakresowej wersji, to do książki Trusza zaglądnąć mi przyszło, by znaleźć i dwuzakresową wersję.
Pierwowzór, czyli austryjacki Siemens-owa Grazietta miała tylko jeden zakres – fale średnie.
Pierwowzór był prostszy, dużo prostszy.
W Polsce, ze względu na Rozgłośnię Centralną (227kHz – podówczas, dziś 225kHz) konieczne było dodanie przełącznika zakresu i pomocniczej indukcyjności – na schemacie - L5. Fajne
Jak się okazało połączenie tej cewki ze zwierającym ją przełącznikiem było przerwane. Ponieważ licy z długości - nie starczyło, to kawałeczek drutu z Kynara (nie mylić z Kenarem - zakopiańską artystyczna szkołą) pomogło odzyskać długie fale – u nas warunek konieczny użyteczności.
Obydwa radia zestroiłem wobulatorem na ładne 465kHz (Grazietta miała 452kHz) przez co obydwie jak na swój wiek i elektrosmog ładnie odbierają. Nawet czeskie Radio Country 1026kHz udało się nad ranem odebrać. Skala w metrach więc ok. 300m szukałem i znalazłem.  Przy okazji okazało się iż kondensator siatkowy dwuzakresowej już ktoś wymienił – po pierwsze styroflex, po drugie luty już pozbawione były farbki kontroli jakości.
Styroflex to trochęnie pasuje
Więc dziewicą już nie była, jeno cnotliwa.
Najprawdziwsza z dziewic, z urzędowym potwierdzenie cnoty. Pieczęcią lakową.
Z zasilaczem problem większy, od z gruba 40 lat się nie produkuje selenowych płytek. Nawet zaprzyjaźniony Q100sz (kalambur dla zabawy czytelników) z Muzeum Energetyki, wielki wielbiciel pierwszych półprzewodników tylko poradą mógł posłużyć. Na szczęście kolega kraz z Turku cały 20 płytkowy prostownik podesłał. Z płytek tych (32x32mm) udało się mostek Graetza poskręcać i w tej prawie oryginalnej postaci zasilacz uruchomiłem. I grają teraz Szarotki na cały Nowy Targ i stołeczne miasto! Co ciekawe ta w Mieście gorzej – widać między Gorcami, a Tatrami straszy cały ten elektrosmog się zbiera.
Wracając do Szarotek, to I mnie się udało jeden mecz w barwach hokejowego klubu rozegrać. Na lód wyjechałem, do zdjęcia pozowałem. Niestety akurat kask poprawiałem i taka mam oto pamiątkę. Mecz z Technikum Weterynaryjnym chyba wygraliśmy.
Skrzynkę [….] wspólnie wysuszyliśmy. Siniaki zeszły po tygodniu.
Sercowe sprawy to zaś jedna warszawianka rozwiązała, miasta gdzie te Szarotki powstały w Zakładach Radiowych im. Kasprzaka .
Wytęż wzrok i ...
Do Miasta jeździmy ze trzy razy do roku, nie tylko na lody u Żarneckiego. Najlepsze jakie lizałem. Siedząc na ławeczce w rynku na dziewczyny sobie popatrzę. Oblizując się cały czas.





poniedziałek, 7 marca 2016

Excentrycy czyli radia portret pamięciowy

Pewnego zimowego wieczoru, wraz z małżonką postanowiliśmy się troszkę rozerwać, o tak staromodnie – kino miało być tą atrakcją. 13-nasto-salowy multipleks jest w spacerowym zasięgu od domu, więc wybraliśmy się pieszo, jak za starych lat bywało. Niestety repertuar w 12 salach wyświetlany przeraził nas swoją beznadziejnością – to się mordują, to ratują świat, to zaś od ckliwości i słodyczy można dostać wrzodów na żołądku. Ale jeden film zapowiadał się inny – Excentrycy. 
Polska produkcja, młody Stuhr przybywa by grać swing do szarej polskiej rzeczywistości końca lat pięćdziesiątych, do przypadłego kuracyjnego Ciechocinka.
Film się podobał, dużo dobrej muzyki, świetnie wykonanej. A czy pokazana rzeczywistość jest wierna tamtym czasom, czy historia została dobrze osadzona w realiach – to nie dawało mi spokoju przez cała projekcję.  Wierność historyczną można mierzyć na różne sposoby, ja spróbowałem datować ja według pojawiających się w filmie rekwizytów. A dokładniej odbiorników radiowych. A ponieważ jest to czas, gdy radio było podstawowym „mass medium” to też w scenografii pojawia się kilka odbiorników. 

Dwa znaczące i rozpoznane – Poemat ślicznie świecący zielonym oczkiem, z dbałością o znaczek -D-I-O-R-A- zachowany. Radio które umila bohaterce wieczory, łącząc ze światem muzyki.
Poemat - wersja strychowa. Słoneczko jeszcze zaświeci.
Jest i Szarotka przy szpitalnym łóżku. Ta zaś jest nośnikiem wieści ze świata. Obydwa radia pojawiły się na rynku w 1957, więc konfrontując to z noworoczną zabawą na Nowy 1958 rok jest ok. Może nie było to najłatwiejsze kupić Szarotkę w pierwszym roku, ale dla posiadającego walutę – wszystko jest możliwe. 
Szarotka - ta czeka na swojego Pana w piwnicy.
Pojawiają się też odbiorniki (Stolica czy Preludium) gdzieś w drugim czy trzecim planie i to przez ułamek sekundy (kilka filmowych klatek dosłownie) tak, że nie zdołałem ich zidentyfikować. 
Jest  też trzecie radio, tak tajemnicze jak i postać w której pokoju ono się znajduje. Nie zdołałem  zidentyfikować modelu (może Philips), ale portret pamięciowy (szkic odręczny) sporządziłem i jakO list gończy publikuję. KTOKOLWIEK WIDZIAŁ - KTOKOLWIEK WIE.
Portret pamięciowy - co to za radio?
Może ktoś będzie mógł podpowiedzieć jaki to model – wdzięczny będę za wpis w komentarzach.
Już z niecierpliwością czekam na serial Excentrycy, który rozwinięciem jest tej filmowej historii. Obejrzę, jak nie lubię telewizji, to ten obejrzę.  Nie tylko na żywo w galerii handlowej.

Skąd o tym wiem, że będzie serial – w Radio wysłuchałem. Któregoś niedzielnego popołudnia w RMF Classic była przeciekawa rozmowa z Januszem Majewskim, ilustrowana standardami zapożyczonymi ze ścieżki dźwiękowej FILMU. Radio bawi i informuje – Radio górą!