piątek, 5 listopada 2021

Telefunken Opus 2650 część 2 czyli "recaping" wzmacniacza mocy

Przyszła pora na dalsze wzmacniacza mocy ożywianie. 

Co by nie powiedzieć - ładny ten Telefunken


Po wymontowaniu modułu wzmacniacza mocy i podłączeniu do sztucznego obciążenia, oscyloskopu i generatora okazało, że jeden kanał gra połowicznie, że wysterowana jest tylko połówka sinusa. Wniosek nad wyraz prosty – uszkodzony jeden tranzystor albo w samej końcówce mocy czyli AD149 albo któryś ze sterujących. Ponieważ zaparłem się by zrobić to w miarę możliwości solidnie, zacząłem od tzw. „recapingu” czyli wymiany tych kondensatorów,

Płytka przed

 których stan nie gwarantował długiego żywota. Praktycznie wszystkich elektrolitów. Jak wykazały już wcześniejsze oglądy i pomiary, nie zachowały się one w stanie pozwalającym na ich dalsze użytkowanie. Im mniejsze tym było gorzej. Tak że wszystkie 2uF, 10uF do 500uF poszły pod lutownicę.
ESR tak tysiąc razy za duży!

Te większe to wyglądają dobrze i na oko, i miernikiem – jeszcze się obaczy. Szczęśliwie laminat płytki drukowanej jest w bardzo dobrym stanie, tak że nawet długotrwałe przygrzewanie lutownicą 350 stopni (by kulturalnie wylutować stare) nie powodował żadnego uszczerbku. I tak od góry pierwszy to kondensator 2uF sprzęgający ze stopniem poprzednim. Szczególnej uwagi wymagają te kondensatory sprzęgające.

Taktyczna mapa celów


 Winny mieć najmniejszą upływność, tak by nie zmieniać punktów pracy poszczególnych tranzystorów. Może nie jest to tak krytyczne jak w przypadku lamp, ale zawsze. Przy najmniejszych pojemnościach w miejsce kondensatorów elektrolitycznych stosuję podobnej wielkości współczesne kondensatory foliowe, tutaj akurat firmy WIMA. Niech będą niemieckie kondensatory do niemieckiego radia.
Należy mieć nadzieję, że ta nazwa domeny (.cn) to tylko czysty przypadek :-)

 Ponieważ większość kondensatów obecnie to modele stojące, to przy wymianie musiałem się sztuczkami posłużyć. Tam gdzie to możliwe, to poprzez nawiercenie jednego otworu w rozległych powierzchniach masy, udało się tak przesunąć punkt lutowania dodatniej (bo minus na zasilaniu – tranzystory pnp) elektrody kondensatora i pewnie go na sztorc umocować. Tam zaś, gdzie się nie dało a odległość pomiędzy punktami lutowniczymi nie była za duża, kondensator położyłem na boku i taki termokurczliwą koszulką owinięty udaje model osiowy. Wreszcie tam, gdzie długości nóżek brakło na takiego jak wyżej fikołka, to z gimnastycznych figur „szpagat” kondensator wykonać musiał. Dla pewności kroplą kleju na ciepło do gładkiej wierzchniej płytki został przytwierdzony. Jak uważny czytelnik z pewnością zauważył jako jeden z jeden z kondensatorów zastosowałem osiowy produkcji czeskiej Tesli. Mam kilka nowych, ładnie trzymających parametry.
Już po operacji. Część stoi, część leży

Jeżeli w układzie kondensator jest zbocznikowany rezystorem (a jest tak w układach kolektorowych) to jego upływność ma drugorzędne znaczenie, ale ważne jest by nie był zwarty (dla tranzystora katastrofa – niekontrolowany wzrost prądu emitera) i trzymał pojemność - jego zadanie to zwarcie dla sygnałów m.cz.).

Wymiana kondensatorów to jednocześnie rozpinanie poszczególnych stopni wzmacniacza i okazja do sprawdzenia ich działania. Wejściowy stopień napięciowy działał bez zarzutu. A dalsze stopnie sterujące będą naprawiane. 

Ożywianie.

Finalnie wymieniłem także kondensatory wyjściowe, oryginalne parametrami były dobre, ale ślady wycieku elektrolitu były symptomami starzenia. Zdziwiłem się bo wzmacniacz nie był naprawiany, a kondensatory tak mono ściśnięte obejmą, aż powyginane. Ponieważ nie udało mi się kupić kondensatorów 2500 (2200)Uf o średnicy mocowania, zastosowałem takie o dwa razy większej pojemności, no może tylko basów będzie ciut więcej. Co zrobię z kondensatorem w prostowniku jeszcze nie wiem – ma rzadko spotykane mocowanie.  O tym, że selenowe mostki na krzemowe wymieniłem – wzmiankować nie muszę.

Już w trakcie wstępnego sprawdzania wzmacniacza okazało się, że jeden stopień, w jednej połówce niedomaga. Przez to grał ciszej. Bliższe oględziny płytki wykazały, że ścieżki przy podłączeniu nóżek tranzystorów bardziej z tymi nóżkami niż podłożem (czy dalszą częścią układu są związane). Przyczyną problemu ( a przez to uszkodzenia wzmacniacza) okazał się bardzo niskiej jakości ręczny montaż niektórych elementów, a zwłaszcza tranzystorów. W tym egzemplarzu ewidentnie zostały odparzone zostały ścieżki. Lutowanie zostało przeprowadzone z mocnym przegrzaniem, albo brak doświadczenia albo stare nawyki z montaży przestrzennego.

Fabryczny montaż tranzystora. ścieżki wypalone a pozłacane nóżki tranzystora lutowane bezpośrednio.

I ścieżki popękały.


Jak dodamy do tego sporo pozostawionego topnika (szczęśliwie kalafonia) to pryska mit niemieckiej solidności i jakości. To jest ewidentny błąd produkcyjny. Większość podzespołów była najpierw lutowana „na fali”, potem domontowywano te trudniejsze. Ale widać, że to były pierwsze stosowanie takiej technologii. Chociażby po konstrukcji masy można to stwierdzić – duże pola, grubo zalewane cyną – czyste marnotrawstwo. Dopiero później wprowadzono taką siateczkę masy. 
Płytka z kolejnej wersji radia.

Soldermaski jeszcze nie wynaleziono. 

Tu już można dostrzec włos.

A tu widać ewidentnie.
Jak do tego dodamy fabrycznie, podkreślam fabrycznie umieszczony włos pomiędzy tranzystorem mocy a radiatorem, to aż się chce zapytać: Was ist das?


Poprawa połączeń niestety nie na wiele się zdała. Tranzystor 2N967 firmy Texas Instruments okazał się spalony.


Nawet to, że krzemowy, że amerykański nie pomogło – stał się diodą.


Trzeba będzie przebudować stopnie sterujące wzmacniacza na tranzystory krzemowe. Ale to już w kolejnym odcinku.  

To nie fotomontaż - po prawej kolejny wzmacniacz do recapingu.


 

 


piątek, 15 października 2021

Stara Szopa czyli Blaupunkt odzyskał dawny blask

Podobno w języku angielskim jest bardzo mało „makaronizmów” czyli naleciałości z innych języków. Pomińmy, że to korzeń języków germańskich i jego dalszych antenatów. Ponoć jedynym słowem zaimportowanym do angielszczyzny z języka polskiego to sprus (świerk) co określało nie tylko gatunek ale i pochodzenie długich kłod świerkowego drewna do Anglii eksportowanych.  Czy jest to jedyne słowo to nie wie, ale podobieństwo słowa shop i szopa jest nad wyraz oczywiste, przynajmniej fonetycznie. Schop oczywiście jako część słowa workshop czyli warsztat (tu niemiecki łącznik werkstatt się wcina). No może lud słowiański większość prac w "lekkich budynkach gospodarczych" wykonywał, to i nie dziwota, że Starą Szopą solidny warsztat pozwolono sobie nazwać. Miałem okazję odwiedzić Pana Cezarego, który pasję renowacji mebli i (co cieszy ogromnie) obudów radioodbiorników w profesjonalne zajęcie przeobraził. 

Mistrz i jego królestwo.

Warsztat ten przy jednej ze ślepych uliczek Opola jest położony i zastawiony w całości, czy to meblami, czy materiałami do ich renowacji czy też wszelkiej maści farbami, pokostami, szpachelkami czy szelakami. Wypełniony do granic możliwości jest, a może i więcej.

Pracownia alchemika.

 Ale za to powstają tu renowacje cudowne i pięknie. Wielokrotnie w swoim finale lepsze niż oryginalne fabryczne wykonania. Skusiłem się, scedowałem część prac z Blaupunktem i Loewe. Powierzyłem te skrzynki Panu Cezaremu licząc, że profesjonalny wygląd i szyk otrzymają. 

Jest śliczny.

Nie zawiodłem się, Blaupunkt już gotowy, politura dobrze osadzona, bo kilka miesięcy radio na mnie czekało. A że w dostojnym towarzystwie krzeseł z opolskiego ratusza, to dystyngowana obudowa była.
Wśród szacownego grona krzeseł z opolskiego ratusza.

Powiem, że nie spodziewałem się, aż takiego efektu. Wydaje mi się, że jak pokonam wreszcie problemy z UKF-em i dorobię gałki to nawet moja ślubna wyda zgodę by właśnie to radio było tym głównym, najważniejszym i jedynym grającym w salonie. 

Jak widać na warsztacie jest teraz Menuet (co cieszy) i kilka obudów czeka na swoją kolej. 

Menuet w trakcie prac.

Sama atmosfera w warsztacie jest cudowna, jak w pracowni starych mistrzów, którzy bądź to Monę Lizę wymalują, bądź to kamień filozoficzny wynajdą, ale już na pewno każdą skrzynkę (nawet taką po jabłkach) do salonowej światłości przywrócą. Od Mistrza też kilka cennych rad otrzymałem, by przy kolejnych pracach renowatorskich już nie błądzić i eksperymentować. 

O tajemnicach renowacji można godzinami gadać.

Już się cieszę na Loewe, no cieszę tak z cieniem obaw – bo co ja z takimi super radiami zrobię, to jeszcze nie wiem. Do szopy nie wstawię, bo nie mam. Może się uda gdzieś umieścić, tak by i oko i ucho cieszyły. Pora kończyć te naprawy, już się lata ciągną. 

Czy to się jeszcze w tym roku zdąży?

Może uważny czytelnik zauważył, że na początku użyłem słowa antenat, jako określenie przodka, praszczura. Do słowa antena (od radia) stąd nie daleko. Tak samo i w języku polskim, jak i w angielskim słowo to z łaciny pochodzi. Stara Szopa łączy w sobie ten workshop, z wiedzą i umiejętnościami wszystkich starych mistrzów (chyba dlatego Stara). Polecam.

   Oj, byłbym zapomniał. tak radio wyglądało  przed renowacją.

Smutne jakieś było.



poniedziałek, 11 października 2021

Telefunken 2650 po raz drugi czyli za porządną robotę czas się zabrać

No i narozrabiałem. Opublikowany przed kilkoma laty opis naprawy Telefunkena Opus 2650 spowodował, że znalazłem się na liście poszukiwanych. Byłem ścigany (z razu telefonicznie) a później skutecznie przechwycony przez Pana Andrzeja. Skończyło się z radiem w bagażniku, na stacji Shella przekładanym. Prawie jak w amerykańskim serialu. Wszystkie inne rozbabrane (niestety) projekty poszły na bok, bo czego nie robi się dla miłośników dobrego brzmienia starych radioodbiorników. Robi się wszystko, a czasami więcej.

Już na warsztacie.

 Radio przyjechało prosto od serwisanta, który to po otwarciu i diagnostyce orzekł, że „w tranzystorach nie robi”, i miłośnika odesłał. A ja wspominając mile poprzedniego Opusa obiecałem pomóc. Radio miało „grać ciszej na jednym kanale” i „nie świecić kontrolką stereo”. Długo w bagażniku czy na półce magazynowej miejsca nie zagrzało. Akurat blat w warsztacie był pusty i pierwszy ogląd przeprowadziłem jeszcze tego samego wieczoru. 

Uszkodzenie obudowy - zastane.

Zaskoczyło mnie zupełnie, zagrało nawet w obydwu kanałach. No dobra, określenie „zagrało” było troszkę nad miarę. 

Na UKF-ie jedynie jedna stacja była odbierana w sposób czytelny, nie muszę mówić jaka to stacja, każdy się domyśli. Reszta odpierana jako szum modulowany, no słabo.


 Co więcej wskaźnik dostrojenie EM87 raz świecił, a raz nie – pewnie to o tą kontrolkę chodziło. 

Tak mają świecić - zdjęcie z poprzedniego OPUS-a.

Po pewnym czasie jeden z kanałów zamilkł.

Przystąpiłem do głębszej inspekcji – kocham to radio za przemyślana konstrukcję, łatwą do zdjęcia obudowę i inne ułatwiające serwisowanie rozwiązania – wielkie dzięki dla inżynierów Telefunkena – jeszcze nie musieli oszczędzać drobnych feningów by zadowolić księgowych. 

Pod obudową nie widać żadnych głębszych ingerencji – radio tak w 99% w oryginalnym stanie i do tego czyściutkie. Widać tylko powierzchowną ingerencję „naprawiaczy” – tj. zapryskanie otwarte potencjometry barwy dźwięku, bo ten od balansu nie był chemicznie penetrowany i trzeszczy. 

Z tyłu popsikanie potencjometry a na płycie ślady po lutowaniu ręcznym - nie usunięty topnik.
Luty fabryczne.

Dwa filtry p.cz. mają pozrywane woskowe zalewy. Krótka telefoniczna rozmowa z właścicielem odkrywa kolejna tajemnicę – radio wcześniej było na „strojeniu”, za w cale nie małe pieniądze. Widać, że ktoś grzebał w filtrach trochę na ślepo, bo ruszone były i tor AM i FM, ale w dwóch stopniach tylko, za trzeci z lekko trudniejszym dostępem nie był nawet dotknięty. Oj, była to chyba próba „na ucho” i to takie słabo ćwiczone. 

Czerwonym kolorem oznaczone filtry były grzebane, a zielonymi strzałkami wskazanie - nie.

Bez przyrządów i co gorsze pojęcia o co w tym strojeniu chodzi. Kolejny ślad to „naprawiona” kontrolka od stereo – ta prawdziwa, z żarówką. Jeden kondensator Elwy wymieniony i tranzystor BD180 przylutowany do kikutów nóg germanowego poprzednika. 

Nasi tu byli. I spie...

Tyle, że takie rozwiązanie ma 3-krotnie niższą czułość. Kontrolka (żarówka) jest zapalana przez tranzystor, którego złącze baza-emiter jest także detektorem sygnału pilota stereo. Oryginał germanowy działał już przy 0,2V, a krzemowy BD180 potrzebuje 0,7V. Widać, że użyto tego co było dostępne.

 No dobra pora zabrać się do roboty, radio jest warte tego by zrobić to porządnie i kompleksowo. Tak na lata, by cieszyło i nie były konieczne kolejne pielgrzymki do wszelkiej maści serwisantów.

Część radiowa rozstrojona, ale jest działająca i da się ją odłączyć to zrobimy ją później.

Zaczniemy od m.cz. I tu znów wielkie dzięki inżynierom Telefunkena, stopień mocy wraz ze swoim zasilaczem jest demontowalny i może być naprawiany poza radiem. 

Za to lubię Telefunkena.
Jeden kanał działa prawidłowo i na obciążeniu 4 Om daje 14 Watów bez zniekształconej sinusoidy, nominalna 15W - więc jest super. No drugi znów chwilę pograł i później już tylko cisza, no lekkie granie słychać. Zasilanie modułu realizowane jest dwoma napięciami: jedno do stopnia mocy (-37V), drugie lepiej filtrowane dla stopnia napięciowego dalej przekazywane do przedwzmacniacza.  Prostowniki są selenowe wiec tak jak wszystkie elektrolity wymienione zostaną – to jedna z kardynalnych zasad przyjętych od kolegi Tomka (tego co mnie wcześniej w poprzedniego Opus-a wpuścił). 

Trochę roboty będzie.

Stopniowe rozbieranie wzmacniacza mocy odsłania kolejne radia tajemnice. Para sterująca w oryginalnej kombinacji tj. z tranzystorami sterującymi: pnp AC 124 i npn 2N697. Tu mała dygresja, widać Telefunken nie posiadał (w tym czasie) tranzystora npn w technice germanowej i zastosował jeden z pierwszych dostępnych tranzystorów krzemowych. Myśmy w Polsce dość szybko przeskoczyli do krzemu TK60. Nie od Farchild-a, który na tym polu (pierwszy krzemowy tranzystor dostępny handlowo) dzierży palnę pierwszeństwa, ale od TI. Pamiętam, że i polskich konstrukcjach opisywanych w Radioelektroniku (czy jeszcze Radioamatorze) proponowano jako komplementarny do germanowego pnp, krzemowy npn. W naszym bloku chyba tylko w radzieckie germanowe npn były dostępne. 
Od spodu jeszcze cewki.

Modyfikacja czy modernizacja tego wzmacniacza w dostępnej dokumentacji Telefunkena jest opisana, zakłada wymianę tej pary mieszanej na parę SG2182/83 w czystym krzemie zrobioną.

Wersja z krzemowym stopniem sterującym.

Jak będzie trzeba to podobnie jak w Philipsie przerobię. Widać, że taki mieszany dobór tranzystorów w różnych obudowach nie ułatwił budowy ich radiatora. Prostokątne  AC124 są łatwo od góry dostępne, a te 2N697, w dużych okrągłych obudowach są schowane pod radiator. Na razie nie znam przyczyny, dlaczego jeden kanał milknie. Dopiero wymontowanie radiatora stopnia sterującego daje jakiś ślad – widać wygrzanie w jednym miejscu i wypalony rezystor, sęk w tym, że jest to w tym kanale, który gra.

Ślad po długotrwałym wygrzewaniu.
I winny.


 Nic to, na razie czyszczę i wymianę kondensatorów elektrolitycznych wykonam. Jak zmierzyłem wejściowy C305 to z 2uF ma 1,4uF, no niby może być, ale ESR w kiloomach mierzone już nie.

No, niech będzie 140 om to nie kiloom ale i tak dużo za dużo.

 Inne elektrolity ewidentne ślady końca swego żywota.  Płytka wymyta, będzie się przyjemniej pracowało.
Kąpiek z mojej osobistej umywalce.

Sprawdziłem też tranzystory mocy AD149, są dobre. Jedna para ma wzmocnienie prądowe 8/9, druga 41/54 taki dobór powiedziałbym – dyskusyjny.

8 to nie za dużo, ale jednak coś.

 Za to pasta pod przekładkami mikowymi po ponad 50 latach jeszcze wilgotną była. Nie mniej wyczyszczę i dam nową. W mocowaniu tranzystorów na radiatorze widać jak dużym pomyślunkiem się kierowano – niektóre śruby, odpowiednio izolowane mogą być użyte jako punkty pomiarowe.

Ponumerowane AD149 do czyszczenia. Szczęśliwie nie po palone.
Szkoda, że nie zachowała się dokumentacja, co i co czego – trzeba odtwarzać. Na razie tyle, ciekawe powieści podawane w odcinkach jeszcze ciekawsze są – żelazna zasada seriali.

czwartek, 9 września 2021

Antena Pana Ryszarda czyli czysty odbiór bez zakłóceń.

Interesując się od dłuższego czasu retro-radiotechniką, odnoszę wrażenie, że większość z nas skupia się głównie na samych odbiornikach, na zamkniętych w pięknych drewnianych czy bakelitowych skrzyneczkach cudach myśli technicznej. Na lampach i obwodach, spędzając wiele czasu na ich naprawach, ożywianiu czy strojeniu. Później następuję krótki czas, gdy to Radio żyje, próbujemy (przynajmniej ja) coś tam złapać, odebrać posłuchać. W większości przypadków na falach średnich, długich czy krótkich. Na długich jest PR1, na średnich oprócz Radio Romania udaje się coś tam, coś tam złapać. Na krótkich z przyjemnością słucham chińczyków. A to wszystko pośród przeogromnych zakłóceń, terkotów i innych uszom nie przychylnych dźwięków. Wszystko to zniechęca to i zamiast radia słuchać, odkładamy na półkę i po cichu (lub głośniej) klniemy, że: Panie przed wojną to był czysty ether. Oczywiście, że był. Ale nic nie stoi na przeszkodzie by z tego co mamy dzisiaj wyłowić możliwie wiele użytecznych dźwięków. I da się.

Przekonałem się o tym już w trakcie pierwszej wizyty u Pana Ryszarda w Dobczycach, który to prezentując mi pięknie odnowionego Blaupunkta, udowodnił że na falach długich jest co najmniej 6 (sześć) odbieranych stacji, a nie tylko jedna.  

Oraz, że poziom zakłóceń może być o wiele, wiele niższy. To nie była zasługa tylko super odrestaurowanego i zestrojonego odbiornika, ale niedocenianej anteny. Wstyd przyznać, ale wielu z nas stosuję antenę typu KD. Kawał Druta. No czasem rozciągnięty nawet podpięty do metalowego karnisza. Dalsza część pokazu instalacji antenowej odbyła się już na zewnątrz. 

Dobra antena to jest to.
Pan Ryszard obiecał mi kiedyś przy okazji zdradzić szczegóły tej antenowej magii. Ja, zajęty innymi sprawami – odłożyłem to na później, nie było priorytetem. Któregoś dnia otrzymałem tylko alert od Pana Ryszarda by koniecznie kupić pewien rdzeń ferrytowy na Allegro, bo jest dla tej konstrukcji bardzo konieczny, a rzadki i dostać trudno. Posłuchałem, w ciemno kupiłem. 

Zakupiony rdzeń ma AL 6500

Dopiero w trakcie ostatniej wizyty zostałem "wtajemniczony". Dodatkowo zostało mi poruczone by wiedzę, szkice i zdjęcia opublikować i spopularyzować – co niniejszym czynię.

Opis dotyczy najprostszej anteny – po prostu długiego drutu, z angielska mądrze nazwanego Long Wire (LW w skrócie), który od pionierskich czasów radia, po dzień dzisiejszy by „złapać falę” rozciągany bywa.

Opis budowy anteny z instrukcji radia Romans - skromny nad wyraz.

Całą sztuka w takim polowania polega na tym by zadbać by możliwie duża część sygnału użytecznego przez antenę pozyskanego wprowadzić do odbiornika, jednocześnie minimalizując wtrącanie się w tą transmisję wszelkiego rodzaju zakłóceń czy interferencji.

Na przód dwa słowa teorii:

Fizyka obwodów elektrycznych stanowi, że przekazanie energii z wyjścia obwodu poprzedniego na wejście kolejnego jest najefektywniejsza gdy jest równa impedancja samej anteny i obwodów wejściowych odbiornika. Co to jest ta Impedancja? W największym możliwym skrócie to taka oporność dla prądu zmiennego, też w omach wyrażana. Dla samej anteny zależy mocno od jej konstrukcji, długości, wysokości powieszenia oraz częstotliwości odbieranego sygnału. Możemy przyjąć, że będzie to w granicach od 200 do 700 omów. Na podobną wartość impedancji wejściowej były projektowane i budowane obwody wejściowe radioodbiorników. Więc teoretycznie nie ma problemu. 

Pomiar impedancji wejściowej Blaupunkta (był akurat na warsztacie) to potwierdza. Na zakresie fal długich impedancja wejściowa to kilkaset omów.

Ale problemem są zakłócenia. Sprowadzanie końca anteny LW  jako druta do gniazda antenowego odbiornika (nie zapominając o jego uziemieniu) powoduje, że na odcinku prowadzonym przez budynek i mieszkanie zbierze ona wszystkie możliwe radio-śmieci. Czy to od przewodów elektrycznych, którymi już dawno czysty sinus nie płynie, od wszelkich zasilaczy impulsowych, świetlówek, LED-ów czy innego śmiecącego elektronicznego sprzętu. 

No to pozostaje ekranować, doskonałym rozwiązaniem jest wynalazek z laboratorium Bell-a poczyniony w 1929 roku przez Lloyda Espenschieda i  Hermana Affela – kabel koncentryczny.

Lloyda Espenschied i  Herman Affel z kablami

 No tyle, że kable takie mają charakterystyczne i podstawowe własność jak tzw. oporności falowej w znanych wartościach 75om (antenowe) czy 50om (sygnałowe). Przesyłanie nimi sygnału z anteny do odbiornika bez odpowiedniej „obróbki” powoduje, że ogromna część sygnału użytecznego została by stracona, i to podwójnie. Raz przy niedopasowaniu antena- kabel, drugi raz kabel-obwody wejściowe.

Trzeba tą antenową impedancję dostosować do kabla. I tu w sukurs przychodzi nam transformator. Ale nie taki zwykły, tylko transformator w.cz., do którego to ten rdzeń potrzebny był. Transformator (każdy) oprócz transformowania napięć (a przez to i prądów), transformuje także impedancje podłączonych obwodów. O tyle inaczej, że z kwadratem przekładni (przekładni tj. stosunku ilości zwojów). Wiedza o tym użyteczna (jeśli nie konieczna) jest w przypadku transformatorów wyjściowych układów lampowych wzmacniaczy. Gdzie to impedancja głośnika (4 czy 8 omów) poprzez transformator (i kwadrat jego przełożenia) widziana jest przez lampę(-py) wyjściową jako kiloomy. Najlepsze rezultaty osiąga się wtedy, gdy jest ona równa impedancji lampy – ta sama fizyczna zasada.

Otrzymałem od Pana Ryszarda rysunki, szkice i dodatkowy materiał z poleceniem by udostępnić co niniejszym czynię. Zdjęcia były specjalnie przygotowane na spotkanie Towarzystwa Trioda. Nie udało się to zaprezentować. Niniejszym staramy się to teraz nadrobić. 

Pierwszy punkt, czasami najważniejszy – dobór miejsca na antenę.

 

Z jednej strony przyłącze - z drugiej antena. O ile tylko można.

Możliwie daleko od wszelkich przyłączy elektrycznych czy innych wszelkich instalacji. Wykorzystać (o ile się da) oddalenie i ekranowanie poprzez konstrukcję domu. Wiem, że mieszkańcy zabudowy wielorodzinnej w tym momencie poczuli się mocno pokrzywdzeni. Ja też.

 

Jeden rysunek i mnóstwo informacji.

Najpierw należy zbudować skrzynkę z transformatorem by chronić go przed wpływami atmosferycznymi. W plastikowym pudełku należy  umieścić transformator i zaciski. 

 

Gotowa skrzynka. Na zewnątrz zaciski do linki anteny i uziemienia, tak by było łatwiej to montować.

Zalecane sposób mocowania to powieszenie go na lince odciągu przeciągniętą poprzez poprowadzoną przez pudełko i wklejoną plastikową rurkę.  


Szczegóły na zdjęciach.

Szczegóły skrzynki transformatorowej i jej podłączenia.

Transformator nawijamy tak by miał przekładnię równą pierwiastkowi ze stosunku impedancji anteny (powiedzmy to 700om) do impedancji falowej kabla (tu najtaniej będzie zwykły, telewizyjny 75omowy). Z wystarczającą dokładnością możemy powiedzieć, że 700/75 to jest blisko 9-ciu, a z tego pierwiastek to 3. Ładne i równe.

Aby znaleźć liczbę zwojów uzwojenia pierwotnego posiłkujemy się publikacją  Fabricating Impedance Transformers for Receiving Antennas John Bryant May 2001, który to radzi by użyć następującego wzoru:

Podstawiając założone 700om i 150kHz (zależy nam na też falach długich) otrzymujemy wartość indukcyjności uzwojenia pierwotnego 2,12 mH, stąd już znając AL rdzenia (u mnie 6500) można obliczyć ilość zwojów;

Mnie z wzoru wyszło ciut ponad 18. Zatem będzie 18 zwojów uzwojenia pierwotnego i 6 zwojów wtórnego będzie. Panu Ryszardowi wyszło 15 i 5, ale dla innych założeń. 

Uzwojenia.

Jak widać na zdjęciach i rysunkach dobrze jest wyjście transformatora zabezpieczyć iskrownikiem (po stronie wtórnej), tak by tak na wszelki wypadek ograniczyć możliwość przesłania przepięcia do domu. 

Jak na dłoni widać iskiernik.

Trafiają się stare odbiorniki ze spalonymi obwodami wejściowymi – była burza, a antena była podłączona – nieszczęście gotowe.

Już myślałem, że będzie trzeba drugi transformator przy odbiorniku budować, ale nie. Wystarczy w tym miejscu tzw. sztuczna antena, czyli układ dopasowujący impedancję kabla do odbiornika. Taki sam jak powinniśmy stosować prze strojeniu odbiorników z generatora w.cz. 


Chodzi o to by niska impedancja wejściowa, nie zdusiła sygnału na wejściu odbiornika. Straty mocy nie są już tak istotne. tłumią i sygnał i zakłócenia.

Antenę powiesić możliwie wysoko, robiąc odciągi i stosując izolację – do dzisiaj można nabyć odpowiednie kształtki już nie porcelanowe, ale równie użyteczne. 


Ponieważ antena cały czas pracuje mechanicznie (wiatr, temperatura czy inne czynniki), jeden z punktów mocowania należy wykonać jako obciążony ciężarkiem przez bloczek. Bloczek mocujemy do drzewa „ekologicznie” przy pomocy pętli z taśmy polipropylenowej, natomiast ciężarek zawieszamy na podwójnej lince co zapobiega jej rozkręcaniu się pod wpływem obciążenia. Ciężarek napinający antenę powinien posiadać zabezpieczenie przed upadkiem (komuś na głowę) w przypadku zerwania anteny. Pan Ryszard zakłada dodatkową  luźną pętlę z linki stalowej niezależną od pozostałej instalacji. W przypadku zerwania anteny ciężarek nie spadnie tylko zawiśnie na tej właśnie pętli. Asekuracja, widać lata spędzone wśród TOPR-owców, w łączności górskiej.


Ja pomału zbieram elementy do tej anteny, jak na razie na dłuższy pobyt w Bukowinie się nie zanosi. Drzewa jeszcze muszą podrosnąć by było o co linkę zawiesić. 

To nie widok na Tatry, ale na fale długie poprzez antenę Pana Ryszarda.

Ale może, ktoś z powyższych rad skorzysta. Jeżeli tak, to proszę się pochwalić rezultatami.