wtorek, 12 listopada 2013

Dzień Niepodległości - czyli ratujmy co polskie!

Różne są formy świętowania tej  ważnej dla świadomości narodowej rocznicy.

Jedni radośnie maszerują za odrestaurowanym czołgiem, składając kwiaty pod pomnikami narodowych bohaterów. Przyłączam się do podziękowań dla pracowników BUMARU. Troszke im zazdroszę przygody przy rekonstrukcji zabytku.

Ja postanowiłem uczcić to na swój sposób - ratujmy co polskie.

A okazję do tego czynu przysposobiła mi moja kochana małżonka. Otóż w ostatnią sobotę w poszukiwaniu małego stoliczka do łazienki zawędrowaliśmy do jednego z okolicznych komisów meblowych.

Stoliczka nie było, były trzy radia. Pionier U1 (nawet ładnie zachowany), Mende i coś pionieropodobne.

Już wychodząc troszkę się przyglądnąłem i zwróciła moją uwagę tabliczka znamionowa - Philips ?!?  Nie Pionier?

Komis zamykano więc wróciliśmy do domu, ja do komputera i po kilkunastu minutach - mam!

Polski Philips z sezonu 1938/39 model 6 -39A.




Dzisiaj radio jest już moje, i czeka mnie kilka miesięcy pracy. Zamiast słów kilka zdjęć.
Radio z zewnątrz jest w stanie "trudnym", ogromnie zniszczone przez korniki, brak tylnej ścianki i ozdobnej listwy.
Obudowa wygląda na fabryczną, ale jest inna niż przy innych egzemplarzach 6-39A.

Skala cała, wskazówka chodzi, przełącznik chodzi, mechanika optymistycznie dobra.
 Na skali Baranowicze!

Miotła już wygląda ze schowka by posprzątać pył po kornikach. 


Spód i jedna ze ścianek nadaje się wyłącznie do rekonstrukcji.

Dioda prostownicza z 57-ego, jedna lampa przecokołowana

Wszystko sumiennie obsypane pyłem drewnianym, ale bardzo oryginalne - 75 lat!
Moja żona przeżywa zakup, zapytała czy na tym radioodbiorniku odebrano komunikat o wybuchu II wojny światowej. Podejrzewam, że tak. Troszkę to tak na smutno świętowanie.

Ale my się nie damy się czasowi, hitlerowcom i kornikom.

Ale wszystko dowodzi, iż uda się uratować POLSKI zabytek. Philips, ale polski Philips.

Taj jak to się już kilku kolegom udało. W Krakowie, i w Turku i może w kilku miejscach w Polsce.

Z góry dziękuję za wszystkie porady i pomoc w przywróceniu świetności 6-39A.

P.S. W głębokiej konspiracji czeka Elektrit.


Z tymi czarnymi pięcioramiennymi, gwiazdkami na czerwonym tle wygląda jak gdyby ciągle był w niewoli sowieckiej.
Pięknie historię wileńskiej firmy opisał Pan Henryk Berezowski - polecam lekturę.

sobota, 9 listopada 2013

Carbon Footprint - czyli ślad pokoleń na suficie odciśnięty

Koło zamachowe cywilizacji od czasu do czasu trzeba sztucznie podkręcić. Zazwyczaj dzieje się to bez jakiejś naczelnej idei, w naturalny sposób, odpowiadając zbiorowym wysiłkiem na klęski, katastrofy, wojny czy inne nieszczęścia. Jeśli ktoś to robi celowu (np. dogmat walki klas) z reguły ponosi klęskę.

W ostatnich dziesięcioleciach, w epoce kiedy zapanowała względna sytość, kiedy większe niebezpieczeństwa zostały opanowane lub nie wydają się groźne, bardzo trudno zmusić społeczeństwo do wysiłku. Trudno ludzi oderwać od stołu czy z kanapy i skierować wysiłek w stronę światlejszej przyszłości.

Jednym z takich strachów, które w imię bezpieczeństwa tym razem zdrowia miała skłonić ludzi do wydania większych pieniędzy na nową lodówkę, czy droższe kremy, inne okulary przeciwsłoneczne, była "dziura ozonowa". Ale szybko okazała się tylko przejściowym zjawiskiem, dotykającym głównie południowej półkuli. Nie ma już w dziennikach TV informacji o aktualnej dawce UV docierającej do ziemi.

W imię powszechnego dobra sięgnięto zatem po ekologię pod hasłem "globalnego  ocieplenia".
Jest to temat nadal bardzo żywy i gorący (pomimo, iż zeszłoroczna zima stanowczo "uczonym" teoriom zaprzeczyła, zobaczymy co będzie w tym roku). Mój chomik już obsypuje trocinami swoją norkę, więc zaryzykuje prognozę, iż lekka nie będzie.

Ale wróćmy do meritum, otóż w ramach działania całego wielkiego aparatu walczącego z emisją CO2, powstało pojęcie "carbon footprint" tłumaczone na język ojczysty jako "ślad węglowy". Najbardziej tym śladem została napiętnowana energetyka, gdzie każda wyemitowana tona CO2 jest dodatkowym kosztem, liczonym i rozlicznym przez całe armie biurokratów. Walczymy z CO2, ale prawa fizyki są nieubłagane. Jeśli spali się węgiel to powstaje dwutlenek węgla. Nie mniej wszystko to dzieje się by dostarczyć ludziom elektryczność, dla oświetlenia i oświecenia.

Prowadząc w pracy kilka projektów, spotkaliśmy się już z wymaganiem zamawiającego, aby podać jaką emisję CO2 spowodowało wytworzenie i dostarczenie komponentów sytemu sterowania. Wyobrażam sobie nakład pracy na określenie tego nowego parametru, wielka biurokratyczna robota. W imię szczytnych celów oczywiście. Ale to nie wszystko - istnieje w firmie coś co nazywa się Car Policy. Głównym parametrem przy doborze samochodów służbowych jest tam deklarowana przez producenta emisja CO2 na kilometr, i co ciekawe zależy od stanowiska kierowcy. Biurokracja ma się w najlepsze. Ni jak to nie wpływa na sposób prowadzania samochodu przez użytkowników.

Ślad węglowy znalazłem także w jednym z remontowanych Calypso. Skrzynka drewniana od środka ponad lampą EL84 wyraźnie była przysmolona. Swoisty "carbon footprint". Ślad który raczej cieszy, mówi iż ktoś słuchał radia, oświecał swój umysł kontaktem se światem, i robił to przez dziesiątki lat.

Z dzieciństwa pamiętam inny carbon footprint, ślad po lampie naftowej na sosrębie mojego rodzinnego domu. Zawsze mnie intrygował, ostatnio był przez długie lata zasłonięty regałem. Ale w ubiegłym roku po przemeblowaniu znów ukazał się w całej swojej pełni. Ślad, iż mój dziadek, moja rodzina oświecała się lampą naftową.


Oświetlał tylko do 1936, kiedy w Bukowinie uruchomiono własną lokalną elektrownię.

W tych dniach w Warszawie, nie daleko od miejsca gdzie mieszkam, zbierają się tysiące ludzi by radzić w ramach tzw. Szczytu Klimatycznego m.i. o ograniczeniu emisji CO2. Mam nadziejęm, iż carbon footprint z tego całego szczytu nie odciśnie się na dachu Stadionu Narodowego. Ostatecznie można by  ten dach otworzyć.

Mniej się zużyje paliwa w korkach, mniej zużyje papieru, energii na oświetlenie, zaparzy kaw itp. Globalnie emisja CO2 będzie mniejsza, a może ktoś znów dostarczy nam trochę radości.

P.S. Szkoda jednak, że nie popadało poza stadionem, troche by ostudziło kilkaset rozpalonych głów. :-(

sobota, 26 października 2013

TRIODA - czyli historia radia dekadami mierzona

W ostatnią niedzielę miałem okazję uczestniczyć w XIII spotkaniu Towarzystwa TRIODA (link).
Zaiste trudno o trafniejszą nazwę tego ciekawego i godnego wszelkimi siłami wspierania stowarzyszenia.

A więc po pierwsze TOWARZYSTWO, i  to Bardzo Dobre TOWARZYSTWO.

Nie jest to chyba wyłącznie zasługą, iż znaczna liczba uczestników już doniegła do szóstej lub siódmej dekady i kultywuje dobre standardy społecznego zachowania, ogłady, czy wręcz przedwojennych manier. Przyznam się, iż na pierwszysm spotkaniu gdzie pojawiłem się w sportowej bluzie czułem, że zachowałem się nagannie.

Po drugie TRIODA. Tak się składa, iż gro prezentowanych eksponatów i prezentacji skupiała sie na czasach gdy trójelektrodowe próżniowe były podstawowymi koniami roboczymi radiotechniki, stopniowo wspieranymi przez pentody. Chociaż i od tej zasady zaczynają być odstępstwa.

W trakcie ostatniego spotkania najwięcej uwagi i żywej dyskusji ze strony publiczności, wręcz euforycznych emocji rozbudziła fantastyczna prezentacja Pana Piotra Paszkowskiego pt. "Ewolucja radia jako elementu sztuki użytkowej - od salonu do kieszeni". 

Kto nie był i nie wysłuchał, i nie obejrzał wykładu niech żałuje. Każdy z przezentowanych 97 slajdów i wszystkie one jako całość  były  fantastyczne.  Bardzo ciekawa teza została postawiona i udowodniona w trakcie wykładu.

A mianowicie, iż każde dziesięciolecie zmieniało w istotny sposób budowę radia w formie i sposobie jego postrzegania.

O ile w pierwszym dziesięcioleciu swojego żywota, radio było ciekawostką techniczną i jego formę kształtowały wymogi techniczne, w kolejnym (lata dwudzieste) zmieniła sę ona w stronę juz bardziej użytecznych przedmiotów, w latacgh trzydziestych zaś wmontowanie głośnika do obudowy spowodowało powstanie radia jakie znamy.

Lata 50-te i dalsze nie były już tak precyzyjnie omawiane, pozwolę sobie zatem dołożyć dwie daty.

Aby to zrobić musimy powróćmy do mojej piwnicy i znajdujących się tam skarbów, a dokładniej do dwu różnych modeli Calypso, z których jeden (pierwszy pozyskany dla znaczka) okazał sie wyrobem z roku najprawdopodobniej 1961 (wg. dat na skrzynce i podzespołach), drugi zaś wskazywał na rocznik 1960.

Uruchomiłem ten pierwszy egzemplarz na oryginalnej głowicy OIRT-owskiej, ale z pomocą kolegów forumowiczów zastąpiłem ją głowicą Telefunkena (jakoś tak dziwnie ładnie pasowała rozmiarami) by korzystać z uroków grającej muzyczki przy zmaganiach w obudową.
Telefunken przed zamontowaniem.
Wiem że w ten sposób powstał taki volksduetsche, rozwiązanie znane także z PRL-owskiej motoryzacji.

Rozwiązanie takie działa, ale nawet nie kombinuję jak tu utrwalić tą przyjaźń polsko-niemiecką. Głowica jest poddrutowana i tyle. W wielkim zamiarze (miałem i mam dalej)  by oryginalna głowicę przestroić.

W międzyczasie kupiłem na All...o chassis od Calipso, ot powiedziałem sobie, iż 20 zł to za jedną lampę dać muszę, a tam w Poznaniu taki kawałek sprzętu sie marnuje. Jakież było moje zdziwienie, gdy chassis okazało się wyposażone nie w EM80, ale w starsze magiczne oko EM34 i tak samo jak w drugim wyglądającą głowicę. Dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do dwu dalszych Calypso, ze skalą do 100MHz i okrągłym magicznym okiem. Jedno z tych radyjek już remontujemy od zewnątrz - razem ze Szwagrem naprawiamy obudowę . Obydwa wykazują na ślady odbioru na UKF-ie!

Ale wracając do głowic.

Są to dwie różne wersje jednej konstrukcji. Ta z 1960r - (po opornikach datowana) jest CCIR-owska a druga już zaznała przejścia na standard OIRT, czyli do 73MHz.

Stało sie to na przełomie dziesięcioleci - zgodnie z regułą przedstawioną przez Pana Paszkowskiego!


DOBRA - napis oryginalny zakres też dobry  (chociaż tylko do 100MHz)


Na pierwszym planie OIRT. Widać też mniejsze (1W zamiast 2W), ale przez to bardziej przegrane oporniki.






Niestety największa różnica jest w wykonaniu strojonych cewek. Mają one praktycznie taką samą budowę - na plastikowym karkasie nawinięte kilka zwojów taśmy miedzianej, ale różną sie samymi karkasami (inny skok gwintu), co powoduje iż na dystansie 20 mm jest odpowiednio 5 lub 6 zwojów.
Starsze karkasy w części nie używanej mają miejsce na dodatkowe inne uzwojenie (chyba precyzer dla fal krótkich, jak w Telefunkenie), ale nie wykorzystane.

Przymierzam się do przebudowy głowicy OIRT na CCIR.
Do przebudowy
 Jeżeli uporam się z przewinięciem cewek (zamierzam oszlifować karkasy i nawinąć 5 zwojów na 20 mm), to sama wymiana kondensatorów, nie będzie już tak złożona. Chyba bardziej problematyczne będzie ich zdobycie. Powszechnie dostępne i sprzedawane za grosze kondensatory ceramiczne posiadają maksymalne napięcie robocze 50V. Martwi mnie także ich współczynnik temperaturowy, a przez to niebezpieczeństwo pływania częstotliwości. Wyjdzie przy strojeniu. Zobaczymy, opiszemy.

Z  góry dziękuję za wszelką pomoc, porady i sugestie.

Pogrzebanie w internecie doprowadziło mnie do informacji, że w latach sześćdziesiątych utrzymywane były jeszcze emisje na "wysokim UKF-ie". Ostatni z nadajników wyłączony został oczywiście w roku 1970-tym.

Znaczy się - Reguła działa! 



Cierpliwość - czyli co masz zrobić dzisiaj - zrób jutro, będziesz miał lepiej zrobione

Czas, najbardziej nie opanowany wymiar Świata w którym żyjemy.

Możemy starać się go skracać, przyspieszając bieg żywota, by więcej i szybciej, ale wychodzi w sumie byle jak.

Albo też usiłujemy przeciągać i oddalać to co nie uniknione, ponosząc koszty i czasami przedłużając ponad wszelką miarę (patrz: funkcja drzemki w budziku i inne tego typu oszustwa, oszustwa samych siebie).

 Jednak to kto rządzi czy my czasem czy on nami pozostaje bezdyskusyjnie jasne.ON nami.

Z biegiem lat coraz bardziej odkrywamy i pojmujemy, że wszystko ma swój czas, i wszystko swojego czasu potrzebuje. Tak było (a właściwie jest jeszcze) w tej opowieści, tak:

W latach swoich latach młodych, gdy elektronika była pasją po raz pierwszy, zawsze największy problem sprawiało mi zrobienie obudowy. Ponad 80% konstrukcji kończyło się na etapie funcjonującej płytki z wlutowanymi elementami. Inna sprawa, iż nie było podówczas tak szeroko dostępnych, wszelkiej maści i kształtów gotowych obudów i obudowę trzeba było samemy  zrobić, z dotępnych materiałów pozostawała sklejka lub/i blacha aluminiowa.

Pomny tych doświadczeń, rok temu kiedy mój Szwagier rozpalił się do budowy wzmacniacza lampowego (SE na EL84) wręcz zarządzałem od niego, by wszelką swoją aktywność zaczął od wykonania docelowej obudowy, bo "z lutowaniem to sobie poradzimy".

Oniemiałem, dwa razy oniemiałem - raz kiedy powiedział, że skończył obudowę, drugi kiedy ją zobaczyłem. Własnymi rękami w niewielkiej piwnicy, używając bardzo prostych narzędzi wykonał super obudowę. Z elektroniką poradziliśmy sobie bez problemów. Jak tylko dostanę zdjęcie to je zamieszczę.

Tą oto fundamnetalną zasadę tą "najpierw obudowa, potem elektronika" zastosowałem także wobec siebie i renowację Calypso rozpocząłem z zewnątrz.

Prace trwały kilka tygodni, udało się oczyścić obudowę ze starego lakieru, wymontować mosiężne ozdoby, wypolerować je i pomalować bezbarwnym lakierem w areozolu, tak by czekały na drewniane pudło.

Pudło oczyściłem chemicznie i papierem ściernym, uzupełniłem dwa maleńkie ubytki forniru i przystąpiłem do malowania.

Lakier ten sam co w przypadku RELAKS-a, kupiony w tym samym co zawsze sklepie drzewnym.

Najfajniejsze jest, że ten lakier nie jest oszukiwany - w puszcze zawartości było niemalże po brzegi.
Widać firma robi dobre bo nie muszi naciągać klientów.
Przy okazji zostałem skarcony (w przyległym do sklepu warsztacie) przez Pana Roberta, że używam tak haniebnie niedoskonałej technologii jak lakierowanie zamiast POLITUROWANIA,

Na moje  tłumaczenia: że to pierwsza obudowa, że robię by się nauczyć itp. dictum było jedno: To po co Pan robi coś co nie jest doskonałe, w stolarstwie doskonałe musi być. Głęboko do serca sobie tą radę wziąłem, dziękuję Panie Robercie.

Przeczytałem już kilka postów i opisów o politurowaniu (tu czy tam), zamówiłem książkę o renowacji mebli, ale w dalszym ciągu oddalam tą chwilę, gdy POLITURA będzie zadaniem na dziś, na razie jest na jutro. taka funkcja drzemka :-(.

Czytam teraz kilka książek o politurowaniu i wszyscy są zgodnie iż POLITURA potrzebuje czasu, obowiązuje zasada: Co masz zrobić, dziś zrób jutro. Politurowanie trwa, piszą że trwa nawet tygodnie.

Ponieważ byłem już w połowie malowania lakierem to trudno było się zatrzymać. Pierwsza warstwa lakieru została wchłonięta przez fornir, nabrał on ładniejszego koloru i zrobił się solidny podkład.

Druga już dała warstwę na zewnątrz, niestety chciałem od razu za dużo i oprócz malowania górnej powierzchni pomalowałem  także boczne. Na pochylonej powierzchni lakier ujawnił swoje wiskotyczne włąściwości i  pozostawił na dolnej krawędzi widoczne zgrubienia. Przesuszyłem i przeszlifowałem.

(tu przepraszam za brak zdjęć, ale na ważniejsze będzie na końcu).

Pomalowałem boki i tak z połowę górnej powierzchni - też tam nieprzyjemnie gruba i nierówna warstwa jakoś się uchowała.

Po wyschnięciu (3 dni byłem w delegacji) boczki okazały się całkiem, całkiem, ale góra widocznie była podzielona na tą 2- i tą 3- krotnie malowaną. Przeszlifowałem  papierem 600 i bardzo delikatnie pomalowałem, usuwając wszelkie bąbelki powietrza, całą górną powierzchnie.

Po 36 godzinach (dziś rano) wyglądała nieomalże doskonale.

Na wieczór, zaplanowałem poskładanie obudowy - zamontowanie ramek mosiężnych i maskownic, słowem uroczyste zakończenie najtrudniejszego z etapów.

Ramki udało się włożyć się bardzo prosto i ładnie.

Wygląd całości z dystansu jest idealna, niestety tylko z dystansu.

Okazało się jednak, iż odporność świeżej powłoki lakieru na mechaniczne urazy jest niewielka, żadna wręcz, a zachowane pod zaschniętą powłoką, warstwa jeszcze ciągle ciekłego lakieru boleśnie wyszła na światło dzienne.             Paskudna sprawa.

Nie pozostaje nic innego jak jeszcze raz solidnie wysuszyć, wyszlifować i arcystarannie pomalować kolejną warstwę lakieru. Kolejne warstwa MUSI być jak lustro. Panowie w stolarni polecali wałeczek gabkowy, i to nie obracający się ale zablokowany.

Nauczka na dziś:
W stolarstwie wszystko musi być doskonałe. 
I wszystko musi mieć swój czas - co mam zdobić dziś, zrobię jutro.

My tylko od casu do czasu próbujemy go troczę oszukać - kolejnej nocy śpimy dłużej i na goddzinę blokujemy zegarki :-)


środa, 23 października 2013

Ręce które leczą - czyli o zaletach posiadania Szwagra

Ludzie sobie pomagają, i korzystają z pomocy innych.

Wg. różnych klasyfikacji istnieje kilka typów usług, które stanowią przedmiot wymiany. Poprzez dziesiątki wieków spowodowało to powstanie różnych zawodów, a potem nawet specjalizacji. Duża cześć  z tych usług została już zkodyfikowana i określona ścisłymi regułami i zasadami. Sam nie wiedziałem, iż tak jest w stolarstwie.

Wg. innych ludzie nabywają usługi świadczone przez innych dlatego, że:

- muszą, bo stanowione prawo tego wymaga. Za przykład niech posłuży zawód notariusza, który to wyrósł z umiejętności pisania, ale w chwili obecnej utrzymuje się,li tylko za pomocą regulacji prawnych. Troszkę tutaj były minister Gowin dobrej roboty wykonał, uwalniając dziesiątki zawodów, ale że już nie jest ministrem, więc i ja co pospiesznie kończę wątek.

- bo się nie chce, za przykład niech posłuży jakże pożyteczna instytucja pralni i magla.Co prawda Moja Żona uwielbia prasowanie, ale wielu ludzi korzysta z żelazka sporadycznie. Nie prowadziłem głębszych analiz, w jaki sposób pralnie walczą o klienta, ale na pewno mają swoje sposoby.

- bo nie umieją, za przykład niech posłuży hydraulik, w zasadzie każdy mężczyzna wyposażony w minimalny zestaw narzędzi powinien umieć naprawić nie tylko cieknący kran ale i bardziej złożony układ hydrauliczny. Fachowcy walczą o klienta pogłębiając jego niewiedzę, m. i. przez tzw "fachową terminologię". Dlatego chwała tym co w prosty i przejrzysty sposób objaśniają co to znaczy, że droselklapa tandetnie blindowana i ryksztosuje. Ja, tak jak i Tuwim, też bym nie wiedział. Po lekturze jest to proste.

- bo się boją. W trudnych chwilach sięgamy po pomoc ludzi co do których mamy bezgraniczne zaufanie i w całości zdajemy się na nich. Na tych, którzy TO umieją zrobić i jednocześnie nie boją się podjąć ryzyka a przez to zwalniają nas od odpowiedzialności nawet w obliczu porażki. Jest to najbardziej złożona z motywacji korzystania z usług. Dlatego też pozwolę ją dzisiaj opisać na własnym przykładzie.

A było to tak. 

Za w sumie akceptowalne pieniądze zakupiłem w Krakowie radio Calypso z opisem "Radio Lampowe Calipso w dobrymi stanie".


100MHz i EM34 coż więcej można było sobie wymarzyć

Tylna ścianka cała i ładna, nie pasuje mi tylko opis lampy magicznego oka EM80, a nie EM34! 

Prawie niedostrzegalna (na tym zdjęciu) skaza na górnej powierzchni

Długo nie mogłem go odebrać, drogi przez Kraków nie prowadziły, ale jak się na miejscu okazało to stan był lepszy niż dobry - po podłączeniu radio grało na UKF-ie! Na obecnym paśmie!

Po pięćdziesięciu latach od wyprodukowania i trzydziestu spędzonych w niewoli OIRT, kiedy jedynie słuszny był tylko niski UKF.

Niestety coś za coś - ta ledwo niewidoczna na powyższym zdjęciu skaza, okazała się całkiem sporym wyłamaniem forniru. Sprzedający jednak stanął na wysokości zadania i z miejsca zaproponował zupełnie stosowny rabat, który troszkę osłodził czarną perspektywę naprawy. Co prawda istnieją opisy jak to zrobić, ale NIGDY TEGO NIE ROBIŁEM ! Radio jest ładne, bardzo ładne a ja mogę je tylko zepsuć.

W takich sytuacjach zwracamy się do tych, co do których mamy największe zaufanie - czyli w 90%  do szwagra. Jak wspomniałem mój Szwagier, renowator-amator w moich oczach jest wielkim specjalistą wszelkich prac meblarskich , więc jak w dym popędziłem z prośbą. Szwagier, jak to szwagier odmówić nie może. Kobiety na ten dzień bezpiecznie rozbiegły się po teatrach i innych imprezach. My do piwnicy.

Po lekkim usunięciu lakieru z okolic sprawa wyglądała tak:
Moim okiem - tragedia
Zadbałem już wcześniej o odpowiedni materiał, czyli odwiedziłem sklep Drewno-Lux, na ulicy Stalowej, gdzie za niewyszukane pieniądze nabyłem kawałek odpadowego forniru orzechowego i dwie bejce.

Szwagier jednak wykazał się szczytowym profesjonalizmem i skorzystał z forniru odklejonego od starych mebli.  Tu mała dygresja - ciekawy wywiad na temat meblarstwa zabytkowego udzielił na swojej stronie internetowej Mistrz Jaworski. Trafiłem tam (na razie wirtualnie, ale wybiorę się osobiście), za przyczyną starego i zerdzewiałego szyldu przy ul. Okrzei 

Wróćmy jednak do roboty.

Pierwsze przymiarki polegały na dobraniu takiego kawałka forniru, który słojami w miarę odpowiadał brakującemu elementowi.


Za pomocą ostrych nożyków (zestaw chińskich narzędzi, w budowlanym supermarkecie kupionych za kilkanaście złotych, ale super) udało się przyciąć wstawkę do właściwego kształtu z zegarmistrzowską precyzją. To mógł zrobić tylko taki fachura jak Szwagier.

Zegarmistrzowska precyzja dopasowania.
Nakładanie kleju to też wielka sztuka, obrzeże pozostało suche, bo i tak tam klej dopłynie. To wiedzieć mógł tylko Szwagier.



Dopłynęło, mokrą szmatką przetarte i musi zaschnąć. Robotę odkładamy do jutra, a może i na kilka dni.


Po emocjach mogliśmy spokojnie powrócić do domu*.

Szwagier na koniec tylko przyznał, iż robił to po raz pierwszy i nie miał żadnego pojęcia jak to do końca należy zrobić!  Szwagier nie umiał, umiały jego ręce - taki mam wniosek.

Ważne jest, że się podjął tego - jak wiadomo to dla szwagra (w tym wypadku dla mnie) zrobi się prawie wszystko.

Zdjęcia też lepsze niż zazwyczaj, Szwagier swojego aparatu użyczył, aby każdy mikrometr niedoskonałości widać było jak na dłoni. Aparat dobry, a niedoskonałości jakoś nie widać.

Ja się ciesze, iż chyba nawet Mistrz Jaworski (obejżyjcie film powyżej linkowany) będzie mógł przyznać, iż wyszedł nam zabytek, a kopia czy destrukt.

O dalszych krokach przywracania świetności będę informował.

*- zdjęcia uśmiechniętego Szwagra nie zamieszczam, w trosce o to by mi ktoś go nie porwał!

AKTUALIZACJA

Po zeszlifowaniu okazało się jednaj, iż kawałek forniru tak arcyprecysyjnie wklejony przez szwagra ma niestety bardziej orzechowy odcień. Nie pozostaj enic innego jak troszkę popracować bejcą. Niech niedoskonałością naszych rąk wygląda na doskonałość Tego co piękne słoje w orzechowym  tworzył.



Tak troszkę mi się zebrało na taki komentarz po krótkiej wizycie w Rzymie, gdzie w jednym z kościołów piękne marmurowe kolumny okazały się zgrabnie przez malarzy wymalowane.  W RZYMIE !!!

Podobnie jak w starym kościele gdzie moi dziadkowie i pradziadkowie się modlili, w Łętowni.

Tam zaś pod malowanym marmurem, oryginalne słoje drewna się przebijają. 

poniedziałek, 21 października 2013

Dyskretny urok holenderki - czyli jak dbać o dzieła starych mistrzów

Trafiło w moje ręce takie małe radyjko, rzekłby człowiek takie kuchenne.


W stanie ogólnie dobrym, jakkolwiek nie grające i z utłuczoną skalą :-(

Miała ta mała holenderka w sobie coś, coś tak nieuchwytnego jak na obrazach starych niderlandzkich mistrzów dostrzec, a właściwie doświadczyć można.

Robert Campin – Portret kobiety


Środek zakurzony był maksymalnie - zda się, iż od nowości nik nigdy do niego nie zaglądał. Bo i po co - grało. Po wymyciu benzyną ekstrakcyjną (kuweta i pędzel) w środku zrobiło się zupełnie jasno i przyjemnie.
Jedyny wymieniony w trakcie naprawy element to kondensator C19 (różowy w dole po lewej stronie).
Uszkodzony był kondensator papierowy, który po podłączeniu dosłownie zagotował i musiał być zastąpiony podobnym. Z epoki miałem niestety tylko różowy, z dumnym napisem W.Germany. A niech popracuje w holenderskim radio, jako rekompensata za rowery.


Już przy demontażu okazało się, iż plastikowa kratka trzyma się na tzw. słowo honoru i lada chwila odpadnie. Nie odpadła - delikatnie odkleiłem. Między kratką a głośnikiem znalazłem zbitkę włókien, które początkowo uznałem za kurz (brak zdjęć), ale okazały się włóknami z membrany głośnika (!). Czas był nie ubłagany, głośnik w jednym miejscu miał przetartą papierową powłokę.

Rozwiązaniem okazało się naklejenie za pomocą rozrzedzonego kleju do drewna łatki z kawałka wyciętego z włókninowej ściereczki uniwersalnej. Po nasiąknięciu klejem włóknina ładnie dała się kształtować za pomocą patyczka do czyszczeniu uszu, aby dostosować do krzywizn zawiesia membrany.
Bohaterowie, klej (jeszcze nie rozrzedzony) i włóknina.

Dla ozdoby bardziej troszkę bejcy orzechowej dopełniło koloru by był taki sam jak wyblakła część głośnika.

Radio konstrukcyjnie jest także ciekawe - posiada troszkę nietypowy układ żarzenia lamp - cześć jest z serii U (żarzone szeregowo), a część równolegle seria E. Pozwoliło to bardzo szybko zidentyfikować uszkodzenie, właściwie trudno nazwać tak zanieczyszczony styk - oryginalny bezpiecznik był OK.

Ponieważ radyjko trafiło do mnie prawie przypadkiem, jako dodatek do innego wylicytowanego, to postanowiłem, iż nie będę się do niego kolekcjonersko przywiązywał. Żona i tak urządziła sromotną awanturę, gdy ta holenderka pojawiła się w domu. Zazdrosna czy co?

Uznałem, że najlepszym miejscem gdzie będzie mogło to radyjko sobie poczekać na wielbiciela jest oczywiście galeria. Do National Gallery w Londynie mam troszkę za daleko. Ale bliziutko, na Kochanej Pradze jest taka galeria, jak najbardziej Galeria Lampowa ! Polecam wszystkim, można się tam zatracić.


Gdy się kiedyś wybiorę do Londynu, nie wiem czy się powstrzymam by nie spojrzeć na spód portretu jednej z mieszkanek Tounai (obraz powyżej) czy czasem nie ma tam podklejenia i uzupełnienia ubytku w tkaninie.



środa, 25 września 2013

W poszukiwaniu niedoskonałości czyli homeopatia w służbie człowieka

Proszę mi wierzyć, nie wierze w działanie środków homeopatycznych. Uważam to za ślepą gałąź medycyny w XIX wieku, która 100 lat później stała się żyłą złota dla wszelkiego rodzaju pseudonaukowych naciągaczy.

Moje podejście bardzo dobrze ilustruje następujący filmik.

Nie mniej technologie tam stosowane, a dokładnie jedną - rozcieńczanie - zastosowałem w odtworzeniu moich zabytków.

Dawno, dawno temu materiałem szlachetnym było drewno i kość słoniowa. Nie znam żadnego radioodbiornika, ba nawet legendy o takim, w którego wystroju zastosowano by ten piękny i cenny ( i jakże brutalnie i niegodziwie pozyskiwany) materiał. Trzeba by się cofnąć sto lat (z naszych czasów, czy 50 od złotej epoki pięknych radioodbiorników) by kość słoniowa była dostępna i budziła tylko zachwyt.

Nie dziwi więc fakt, iż niektóre elementy wykonywano bądź to z malowanego drewna (ramka Menueta) lub też z tworzyw sztucznych. Tworzywa te szybko znalazły swoje miejsce w radiofonii, czy to na całe obudowy (bakelit) czy też na ich elementy lub też klawisze, pokrętła czy znaki towarowe.

Nie bardzo wiem z czego i jaką dokładnie technologią tworzone były znaczki -D-I-O-R-A- czy nazwy Ramona, Calypso lub Menuet, które to trafiły do odtworzenie do mojej piwniczki. Fakt jeden były one w swoich czasach fabrycznych w kolorze, powiedzmy onej kości słoniowej. Przypuszczam, iż raczej był to efekt niedoskonałości składników chemicznych niż specjalne barwienie, nie mniej efekt piękny i doskonale współgrający z drewnianą obudową.
Oryginały w stanie zastanym
Uzyskiwane przez mnie odlewy, z nowoczesnych żywic miały dużą inklinacje w stronę koloru białego, bardzo białego. Z dużą pewności można założyć, iż w składzie takich żywic są środki wybielające.  Oczywiście kolor typu "kość słoniowa" można znaleźć w dziesiątkach farb i lakierów, ale nie w barwnikach do żywic stosowanych. Tutaj pole jest bardzo zawężone do barw podstawowych. Nie mniej kropelka żółtego może uczynić pożądany kolor z wiadra żywicy.

Nie miałem wiadra, i nie potrzebowałem tyle żywicy. W pojedynczej porcji, by zapełnić moje formy ze znaczkami 2 cm3 żywicy i 2 cm3 utwardzacza były aż nadto i część zastygała w kubeczku po zalaniu formy.

Zastosowałem więc rozcieńczanie, do nabranych ok 10 cm3 zmieszanej żywicy dodałem kilka mm3 barwnika lub nawet mniej - o tak na koniec patyczka. Dostawca radził by nie dodać więcej niż 3% barwnika =, ja pomimo, iż zszedłem na poziom bardzo bezpieczny, to jest grubo poniżej promila, otrzymałem zdecydowanie żółtą substancję.
Odlałem część żółtego i zmieszałem z kolejną porcją czystej, białej żywicy. Kolejne mieszanie i kolor może troszkę może za żółty, ale próbujemy.

Rezultat po wyjęciu z formy okazał się zadowalający, kolor finalnych odlewów był jednak za jasny.

Domieszałem trochę żywicy uprzedni zabarwionej i po kolejnym teście stwierdziłem że w strzykawce mam 20 cm3 żywicy o właściwej koncentracji barwnika. nie było tak trudno - metoda iteracji się sprawdziła. Dokładnej potencji barwnika nie potrafię określić, przyjmijmy że było to 3C :-), jednak jego działanie widać gołym okiem- jest ładnie.
Od góry czysty, pierwsza iteracja i najniżej efekt zadowalający. 

Teraz co kilka godzin odlewam komplet znaczków -D-I-O-R-A- (dorobiłem kreseczkę - trochę za duża, ale w silikonie źle się rzeźbi, trzeba poprawiać po wyjęciu z formy).
Pierwsza i druga iteracja.

W formie ze znaczkami także ujawniły się bąbelki powietrza w silikonie i koniecznym jest odcinanie nadlewków. Nie mniej jestem zadowolony że prostymi środkami udało mi się odtworzyć brakujące elementu. Czekają większe wyzwania - całe klawisze.
Czeka na mnie taka szczerbata, ale jakże piękna.

Ponieważ logotypów jest dużo więcej niż będę mógł uratować w ciągu kilku lat to chętnie się kilkoma sztukami podzielę. Proszę o informacje gdzie wysłać najlepiej na e-mail: wojciech.taras (at)gmail.com.

Musze kończyć, córka się rozkasłała i muszę zaaplikować STODAL - na nią działa.

AKTUALIZACJA

Napływają już pierwsze zdjęcia znaczkim upiększonych Menuetów.
MENUET kolegi Mariusza prezentuje się naprawdę ładniej ze znaczkiem.
Ja ciągle się przygotowuję do "formy doskonałej"