piątek, 14 sierpnia 2015

Przywilej Dziadziusia czyli wszyscy w obronie UKF-u

Radio jest fascynującym medium, no może już nie aż tak jak kilkadziesiąt lat temu, ale wciąż żywym i silnie związanym z naszym codziennym zżyciem. Jest na tyle dostępne i wszechobecne, że często nie zdajemy sobie nawet sprawy z jego obecności. Gra przy śniadaniu, w drodze do pracy, pogrywając w tle często stanowią nieodzowną część zawodowej aktywności. Wieczorem miło posłuchać dobrej muzyki.
Jako, że właśnie doświadczam generalnego remontu mieszkania to moją uwagę skupiło radio Pana Majstra – boombox, który jak widać po fotografii nie jedno już przeszedł i przetrzymał, najlepsze lata ma dawno za sobą, nie mniej służy.
Pan Majster łowi z eteru, co bardziej dynamiczne i prostsze rytmicznie melodie (a jest takich jak się przekonuje nawet sporo) i dzielnie pacą zaciera kolejną ścianę. Rytmicznie. Zda się, że bez radia to remont potrwałby jeszcze spokojnie z miesiąc dłużej. Magia radia działa.

Dzięki temu, że na FM jest dostępnych w Warszawie ponad dwadzieścia dobrze słyszalnych stacji, jest z czego wybrać. Pan Majster nie słucha jedynki na długich, bo i radio trzeba ciągle przestawiać obracać (ferrytowa antena) a włączenie jakiegokolwiek silnika (mieszadło czy wiertarka) silnie w głośniku słychać. Jakoś także nie wyobrażam sobie operowania przez budowlańców dziesiątkami małych przycisków (dotykowych) by stację na DAB wyklikać.

FM górą!

A chcą wyłączyć! Nie damy się!

Zapoznając się z historią radia, a w szczególności pierwszymi wdrożeniami FM, wiele ciekawych faktów udało mi się poznać, zatem pozwólcie, że trochę się nimi podzielę.

Dziś o paśmie 6m.

Pierwsze doświadczenia z falami ultrakrótkimi (tj. powyżej 30MHz) doprowadziły do powstania przyczółków w etherze poza zainteresowaniem radiofonii, nawet tej krótkofalowej. Ponieważ perspektywicznie były to bardzo obiecujące dla lokalnego rozpowszechniania, i wolne to na częstotliwości te wielu ostrzyło sobie na zęby.
Największy bój rozegrał się USA. Bój pomiędzy dwoma gigantami, kiedyś wielkimi przyjaciółmi, a u schyłku największymi oponentami i zaciekłymi wrogami.
Armstrong prezentuje  zasadę działania heterodyny.
Pomiędzy Edwinem Howardem Armstrongiem, a Dawidem Sarnoff-em. Historia ta jest bardzo ciekawa, pasjonująca, ale i smutna jednocześnie. Pokazuje jak wielkie i okrutne były to czasy. Gdy ścierały się idee, technologie, wielkie pieniądze i wielkie osobowości.
Polecam wszystkim obejrzenie ciekawego filmu: Empire of the Air: The Men Who Made Radio, gdzie Lee de Forest, Armstrong i Sarnoff pokazani są w zda się wiernym, dokumentarnym, a jednocześnie pasjonującym dla widza ujęciu.
Wielkie osobowości wraz całą władzą, wielkimi pieniędzmi i oczywiście pięknymi kobietami. Radio tylko nadawało temu rytm.
Armstrong z żoną Esther Marion MacInnis in Palm Beach in 1923. Marina była sekretarką Sarnoff-a!
U zarania, na przełomie lat 30 i 40, FM było czymś na kształt eksperymentu, dawało jakość transmisji, odporność na zakłócenia i było dużym krokiem na przód uczynionym przez Armstronga. Z zaś drugiej strony było wielkim zagrożeniem dla Sarnoff-a i jego dzieci: sieci radiowej NBC ,w pełnym komercyjnym rozkwicie i dopiero, co raczkującej telewizji.
By Radio Corporation of America RCA (page 3 Radio Age) [Public domain], via Wikimedia Commons.
W 1937 (a więc przed ukorzenieniem się FM) w przydziale częstotliwości przez FCC pasmo od 46MHZ było równo podzielone na 13 kanałów telewizyjnych. Armstrong  jednak wywalczył przeznaczenie 1 kanału na FM i to właśnie pasmo (46-50) MHz stało się podstawą działalności stacji FM. Dziesiątek stacji i tysięcy odbiorników ze znaczkiem FM.

Wybuch wojny zamroził ten stan rzeczy, ale już na wiosnę 1945 RCA wywalczyło u FCC przesunięcie całej radiofonii FM do pasma 3-metrowego tj. 88-108MHz. Jak się oceniało zainwestowane w infrastrukturę (i odbiorniki) ok 100 mln dolarów zostało zaprzepaszczone. Wręcz z dnia na dzień cały business Armstronga został odcięty od dostępu do etheru. Wymusiło to szybką adaptacje do nowych warunków m.i. przez budowę przystawek, konwerterów czy samych tunerów Fm. Dwa takie w mojej kolekcji się znajdują i niedługo będą ożywianie.

Pomimo odcięcia od pasma FM, przetrwało i ma się dobrze.

Co ciekawe sowieckia radiofonia, współpracująca z RCA pozostała przy 6m i włązsnie w tym paśmie uruchamiała pierwsze emisje na UKF-ie. Moskwa rozpoczęła nadawanie w marcu 1946 na 46,5 MHz, a Leningrad 1947 na 45 MHz. Odbierać można było np. za pomocą telewizora Т1-Москвич. N-1 i radziecki załogowy program księżycowy.
Użycie pasma 6metrowego dla radiofonii ZSRR otoczone jest mgłą niepamięci i tajemniczości – Zupełnie jak rakieta

Co ciekawe – pomimo zmian i nowych regulacji nieliczne stacje jak KE2CC dotrwały jednak aż do 1954 na niskim UKF-ie. Skończyły emisję tydzień po tragicznej śmierci wynalazcy FM.

Zastosowane zostało prawo „Przywileju Dziadziusia”. Może dla nas też ten cassus prawny zostanie zastosowany i póki, chociaż 1 mln odbiorników pracujących na 88-108MHz będzie sprawny, to nam nie zabiorą FM na mocy ustawy pisanej pod dyktando bussinesu. W chwili obecnej ocenia się, że jest ok 150 tyś stacji ponad 2 miliardy odbiorników FM. Ja się przyznaję do posiadania kilkudziesięciu (włączając w to FM radio w komórce, samochodzie, budziku i wszystkie lampowe perełki.

W tej chwili ponownie toczy batalia o FM, tym razem zagrożenie nadchodzi ze strony DAB.
Wyglądało tragicznie, po sukcesie digitalizacji telewizji (związanej z wymiana milionów telewizorów) zapowiedziano powszechną digitalizację radia.
Na szczęście wieści z frontu o uratowanie FM, są coraz pomyślniejsze. Nie ma kolejnych (poza Norwegią) krajów, które by zadeklarowały wyłączenie FM. Na wyspach i w Germanii też te tendencji osłabły, a Szwecja wręcz deklaruje, że nie będzie rozwijała technologii cyfrowej.

Co więcej - FM przechodzi do kontrataku, a szansą jest właśnie wyżej wspomniana digitalizacja telewizji i zwolnienie tych częstotliwości, o które siedemdziesiąt lat temu toczył się bój. Mówi się rozszerzeniu radiofonii FM na telewizyjne kanały 6 i 5. 
http://www.broadmax.org/wp-content/uploads/2010/12/FAQ-Jackss-Response-article.doc.pdf
Co ciekawe w Japonii już to pasmo jest od dawna użytkowane. W zamian pasmo  90-108 MHz jest (było?) telewizyjne, ot taka japońska osobliwość.

Może Julka zagra zarówno w OIRT jak i CCIR. Och gdyby jeszcze powróciło „60 minut na godzinę” o 10.00 w niedzielę i 50 minutowa Powtórka z Rozrywki o 13.10. Będę się domagał w oparciu o „Dziadziusia Przywilej”!

Ne ma polskiej wykładni „ grandfater cluse”, ale najprościej to zachowanie pewnych przywilejów dla tych, którzy je już mają.
Jak w dowcipie:

Gdy władza ludowa dowiedziała, że Dziadek posiada broń białą to przyszła ją konfiskować. Dziadek powiedział – „A spróbujcie” 
i zgrabnego młynka szabelka z rąk Marszałka otrzymaną zgrabnie wywinął, Władza odstąpiła.

Gdy władza ludowa dowiedziała, że Dziadek samogon pędzi i przyszła aparaturę konfiskować to Dziadek flaszkę wyciągną i powiedział – „A spróbujcie”! 
i po dwu flaszkach - od konfiskaty władza odstąpiła.

Wpadali czasem po flaszeczkę lub dwie, władza się cieszyła i Dziadek cię cieszył.

Tak to dziadek zachował swoje przywileje.

Niech teraz przyjdą po FM – A spróbujcie!
DAB - mój ulubiony!
P.S. W trakcie Powstania Warszawskiego w paśmie 6 m pracowało 36 radiostacji tzw. UKF-ek.

sobota, 8 sierpnia 2015

Uratowane z ognia czyli z piecyka - radio, z radia - piecyk

W wielu miejscach, kupując czy też odbierając dla siebie czy kolegów stare radia, spotykam się ze wspomnieniami: ”A mieliśmy tu jeszcze radio( radia), ale zagracały to porąbaliśmy i poszły do pieca”. Smutny jest koniec wielu odbiorników.
Spotykałem też na aukcjach zdjęcia pięknych kiedyś drewnianych odbiorników pomalowanych czy wręcz upacianych czarna farbą olejną. Pięknych kiedyś egzemplarzy z najdziwniejszymi naklejkami i ozdobieniami czy nawet Beethovena przyciętego w połowie wysokości, bo nie mieścił się w regale. Okropieństwo.

Dlatego też wielką radość dla mnie (i wielu kolegów) czyni każdy uratowany odbiornik, a Beethoven w szczególnie. Ponieważ każdy naprawiacz, musi wcześniej czy później zmierzyć się z tym „Królem Brzmienia”, to pozwólcie, iż podzielę się emocjami i spostrzeżeniami, które to ratując już trzy egzemplarze nam się przydarzyły. Piszę „nam”, chociaż to zazwyczaj Zygmunt zajmuje się całą radiową robotą, mnie przypada głównie logistyka.

Jako, że kolega dużą praktykę w lampowych wzmacniaczach zdobył (kilka fajnych „piecyków” widziałem), to w dużych niemieckich odbiornikach się lubuje. Ja z kolei w takich drobnych, malutkich i ciepłych. Ot, rzecz gustu.

Pierwszy „nasz” Beethoven pochodził z Krakowa i teraz po restauracji dzielnie stanowi ten wzorzec. Renowacja była kompletna łącznie z obudową, a i efekt doskonały. Oko i ucho cieszy.

Drugi pochodził z komisu w Warszawie. Cena była okazyjna, no może wygląd nie za bardzo. Klawisze popękane i  lekkie oznaki korozji wewnątrz, ale obudowa w zdatnym stanie.
Pozwoliłem sobie poprosić Zygmunta o ożywienie. Ja niestety dotknięty remontem generalnym mieszkania na kilkanaście tygodni bardzo limitowany jestem w działalności radiowej.

Pierwsze meldunki były pocieszające:

Odbiornik odkurzony i wstępnie  wyczyszczony, przesmarowane wszystkie osie obrotowe kółek nawrotnych linek skali i pot., potraktowane preparatem podstawki lamp, zespół bezpiecznikowy, wyłącznik sieciowy i przełącznik zakresów. Lampy wyjęte. Szyba skali zdemontowana do naprawy linki skali UKF.
Tak w ogóle to stan super, nikt jeszcze dotąd w nim nie grzebał, wszystkie części oryginalne, tak więc będzie parę kondensatorów do podmiany zarówno elektrolitów katodowych, filtrujących napięcie anodowe, jak i w obwodach siatkowych pentod głośnikowych, spalony jeden rezystor katodowy stopnia przeciwsobnego. Lampy wszystkie oryginalne. Głowica państwowa, nieprzestrajana.

Podobne e-mail nadchodziły prawie codzienne. Kto naprawiał, wie co to znaczy, kto nie może sobie wyobrażać, dla mnie fantastyczne kibicowanie.
Opisy remontów Beethovenów można przeczytać, czy obejrzeć w sieci w wielu miejscach. Jest pewnego rodzaju kult tego odbiornika w Polsce. Przyznam, że chyba najbardziej legendą (oprócz Beskida) otoczone radio.

Wraz z Beethoven zawiozłem Zygmuntowi drugie radio, też NRD-owskie, też STERN-a, właściwie to model dwa pokolenia wcześniejszy (Amati był pomiędzy) – STERN 7E81.
Dwa pokolenia razem na podłodze w garażu.
Stan rzekłbym tragiczny, ale 30 PLN to dla samej lampy prostowniczej było warto.

7E81 był obiektem badań i „reverse engineering” co do sposobu konstruowania odbiorników ponad 60 lat temu. Ciekawe spostrzeżenia  dotyczyły sposobów walki z brumem.

To do czego doślijmy:

  • po każdej lampie prostowniczej pierwszy kondensator musi mieć nie za dużą pojemność. Jest ona katalogowo określana, 5U4G tylko 10uF, a AZ11 już np. 60uF. Przekroczenie prądu pierwszego ładowania dla lampy jest szkodliwe. Sam o tym naocznie się przekonałem
  • Powyższe powoduje, że wartość napięcia tętnień za lampą jest dosyć wysoka. Nie dziwi więc podwójna filtracja za pomocą uzwojeń wzbudzenia głośników. W STERN-ie zamiast magnesów stałych zastosowano elektromagnesy. Dwa w jednym: i solidny dławik dla filtra LC i silne pole magnetyczne, w którym to pracuje cewki głośnika.
  • Ale to pole nie jest stałe (jak w magnesach stałych), ale też tętniące, więc wnoszące zakłócenie, tyle że o znanym charakterze to dające możliwość kompensacji. Ta jest fikuśnie zrobiona przez dodatkową cewkę umieszczoną w polu elektromagnesu, ale nie poruszającą, a że połączoną w przeciwfazie - to tłumiącą brum.
  • Jak to się wszystko policzy, iloście zwojów, pola, przekroje i miliwolty, to teoretycznie można skompensować to nieprzyjemne zjawisko. Istnieje jednak pewnego rodzaju niebezpieczeństwo, że nawet najlepiej policzone i nawinięte cewki mają swoje tolerancję, prąd anodowy też z czasem się co nieco się zmienia, więc kompensacja jest w pewien sposób przybliżona. 
  • Przydałby się element regulacyjny, którym można by było ustawić przydźwięk na zero. I co ciekawe – w tym radio jest – to transformator odwracający fazę do stopnia końcowego.
    W innych konstrukcjach używa się zazwyczaj triody, a tutaj użyto transformatora. Lampy drogie, wymagań audio też specjalnych przy odbiorze AM nie było. Mocowanie tego transformatora pozwala go o mały kąt obrócić, tak aby poprzez łapanie szczątkowego, ale jednak pola magnetycznego od elektromagnesów głośników dodać składową kompensującą. 


Musieli się ludziska imać sposobów by było dobrze
.
Niestety po 60-latach już tak dobrze nie było, informacja od Zygmunta:  

Poddałem dokładniejszemu sprawdzeniu transformatory Sterna. I tak:
trafo sieciowe - duża asymetria napięć anodowych - ok.70VAC
trafo odwracacza fazy - brak przejścia na dwóch uzwojeniach.
Trafo głośnikowe  - pomiary oporności prawidłowe.

W tej sytuacji przed renowatorem duży nakład pracy. Co robić – poradziłem się Pana Krystiana z GFGF. Oto jego opinia:

Niewątpliwie jest to jak Pan pisze radio juz trochę “ historyczne “ z tych pierwszych modeli jakie robili na lampach amerykańskich czy  ruskich . Tyle ze to jest produkt DDR i tutaj w Niemczech zachodnich nie ma żadnej prawie wartości – nikt tego nie zbiera. Hołdują swoim wyrobom : Grundigom , Telefunkenom i całej plejady swoich firm powojennych .
Jedynie miałoby jakąś sentymentalna wartość  dla ludności z dawnego DDR u , czyli w Niemczech wschodnich . Tam znam kilku“ patriotów “ którzy tylko wyroby DDRu zbierają . Ale problem w tym ze tych DDR-owskich wyrobów tam było na wystawkach i za darmo na śmietnikach w identycznym stanie jak ten na tym zdjęciu co Panu oferują . Tak ze ta klientela sie nasyciła i to dobrym sprzętem , ponieważ bylo w czym wybierać .  Tak ze rynek tam jest nasycony .   Ja tutaj DDR-owskie radia dobrej klasy  Juwele , Dominante , czy  Undine to po 10 Euro widziałem w dobrym stanie na tutejszych tzw. Flohmarktych  I nikt tego nie kupował .

Trudno – pójdzie na części.

Kolejny Beethoven przyjechał z Łodzi, właściwie trudno powiedzieć, że było to radio, ktoś skrupulatnie ogołocił je z radiowych lamp i głowicy. Przebudował je na „piecyk gitarowy” o "wyjątkowym lampowym brzmieniu". Nawet CD się znalazło.

Podjęliśmy trudu i kosztów by temu Beethovenowi radiowe życie przywrócić - na szczęście kupiony w międzyczasie „dawca”, czyli samo beethoven-owe chassis miało i głowicę, i sporo potrzebnych elementów.

Dzisiaj postąpiłem z pracą przy Beethovenie. Właściwie wszystko już w chassis skompletowane i co było do wymiany wymienione, tj głowica i jej podłączenie, jeden klawisz, dwa oznaczniki położenia klawiszy, dźwignia z rolką nawrotną linki AM, wskaźnik położenia anteny ferrytowej, smarowanie wszystkich miejsc, które tego wymagały, czyszczenie gniazd bezpiecznikowych i podstawek lamp, czyszczenie styków przełącznika zakresów, regulacja sprzęgła itd.

I na koniec lista kontrolna z pomiarami, które wykazały niestety przerwę w uzwojeniu sprzężenia zwrotnego transformatora głośnikowego układu przeciwsobnego, podobnie jak w poprzednim moim Beethovenie. Z braku kolejnego sprawnego transformatora muszę znaleźć niestandardowe rozwiązanie problemu. Z.

Ponieważ brakowało transformatora głośnikowego ze sprawnym uzwojeniem sprzężenia zwrotnego – Zygmunt zabudował taki erzac/protezę w postaci malutkiego transformatora sieciowego z zasilacza Nokii. Działa, może nie super-idealnie, ale na tyle dobrze by doczekać do innego dawcy i innego trafo głośnikowego.

Radio zagrało zaraz po zamontowaniu głowicy, lekkiego dostrojenia detektora FM tylko wymagało. O tym, że NRD-owskie kondensatory elektrolityczne i papierowe to po latach praktycznie śmieć to już nie musze czytelnikom wspominać.
Zostały wymienione.

Kolejny Beethoven uratowany!

Co do Sterna 7E81 to:

Trochę rozebrałem radio Stern
Udało mi się wyjąć wszystkie lampy bez uszkodzeń. Prostownicza to 5U4G Philpsa.
Niestety na lampach (poza jedną i niby 6V6 , które były 6P6C) nie uda odczytać się typu. Postąpiłem w ten sposób , że na szkicu chassis naniosłem rozkład i numery lamp i w odrębnych woreczkach foliowych umieściłem numery lampy z chassis. Gdyby była potrzeba to mogę je w wolnej chwili zidentyfikować z natury mając schemat.
Trafo sieciowe trochę mniejsze od blokowego 200 MVA. Blacha M130x38, waga trafo 4 kg.
Sfotografowałem trafo głośnikowe i odwracacza fazy aby było widać parametry, dla potomnych. Trafo odwracacza fazy EI60x24  a trafo głośnikowe EI78x25.

Głośniki wyglądają na sprawne. Mógłbym poddać zewnętrzne żelazo piaskowaniu.
Smutne, ale jeszcze się uśmiechnie.
Ostatnio Zygmunt coś zaczyna wspominać, żeby z tej obudowy, głośników lamp 6V6 i innych złożył taki „piecyk do gitary” dla syna. Inni też tak robią. Cieszy, że nie pójdzie do pieca!

Ratujmy stare radia, ratujmy lampowe brzmienie !

AKTUALIZACJA.

Zgłaszają sie dobrzy ludzie, więc może się uda i STERM 7E81 na amerykańskich lampach nie pójdzie ani ado pieca, ani na piecyk.





niedziela, 26 lipca 2015

HMI czyli o korbie, rączce i klikaniu po płycie kuchennej

Stanęliśmy (wraz żoną) przed pewnego rodzaju wyzwaniem, a mianowicie nową kuchenką elektryczną. Kuchenką, w której to płyta grzejna do obsługi nie ma żadnych przełączników, czy też pokręteł, a tylko dotykowy panel. Ot taki:
Dopiero fotografia pokazuje, że sensory są optyczne.
Nowoczesność. Staram się zrozumieć dlaczego – może jest „trendy”, może łatwe do czyszczenia, chyba tanie w produkcji i łatwe do naprawiania (wyrzuć i wstaw nowe). Wystarczy kupić od chińczyków, zamontować i po kłopocie. A to, żeby włączyć jeden palnik to trzeba, aż 12 razy kliknąć to mojej córce w żaden sposób nie przeszkadza. Dla mnie i żony mojej jest to ogromnie irytujące i nieakceptowane.

Ale po kolei – historycznie i geograficznie. Bukowina Tatrzańska leży w obszarze tzw. Pogórza Bukowińskiego (a jakże!), zaś budowa geologiczna w tym oto właśnie miejscu pozwala by po wodę nie sięgać (jak w pobliskich wsiach) po potokach, ale jest ona dostępna na samej grani. Stąd też Bukowina rozwinęła się na wierchach, a nie wg. hydrologicznej struktury strumieni. Wystarczyło wykopać studnię odpowiednio głęboką, ot tak na kilkanaście metrów, i zaopatrzenie w wodę gotowe.

Przez to mój dziadek Franciszek kilka razy dziennie musiał zakręcić korbą, by parę wiader wyciągnąć. Kręcił mój tata, a i ja w dzieciństwie ten związek z prostą maszyną właśnie przez korbę realizowałem.
Już bez korby.
 Studnia już nie używana, ale korbę zostawiłem. Jakoś tak nie idzie mi tego HMI (Human Machine Interface) porzucić. Drugim takim „urządzeniem” była ręczna kosa, ulubiona kosa mojego taty, której i ja przez wiele lat używałem.
HMI moich przodków.
A, że sporadycznie to i kosisko się rozeschło, i któregoś dnia – tylko rączka pozostała. Zachowałem.

Domowe radio – Menuet miał dwie gałki i klawiaturę, telewizor (Lazuryt 104) przyciski, pokrętła i fantastyczny obrotowy przełącznik kanałów, z boku prawą stroną obsługiwany. Aby zatem z maszyną się skontaktować to dla dziadka Franciszka naturalne było korbą maszynę napędzić, dla taty dźwignią przełączyć (Warszawa miała biegi w kierownicy !), dla mnie pokrętłami i guzikami się posłużyć, a dla dzieci moich kliknąć. Ot tak, na przestrzeni ostatnich pokoleń standardy obsługi tego HMI się zmieniały. Patrząc na to optyką swoich radiowych zainteresowań, to najbardziej podobają mi się radia, które mają dwa symetryczne pokrętła, klawiaturę klawiszy w kolorze słoniowej kości, chociaż boczne pokrętło jest zupełnie na miejscu. I zrazu trafiamy na początek lat pięćdziesiątych, gdzie i pierwszy UKF powstawał, a obrotowe przełączniki w klawiszowe ewoluowały. Ot, taki HMI doskonale do percepcji człowieka (tu siebie mam na myśli) dostosowany. Z ciekawostek mam w kolekcji Kortinga, drugi podobny model ma kolega, różnią się interface.
Korting EXCELLO 53W
Nowszy ma klawisze, starszy obrotowy przełącznik zakresów.
Korting Amelior - już z klawiszami.
Ale pod tymi „nowoczesnymi” klawiszami kryje się mechanizm wykorzystujący obrotowy przełącznik, czyli stare sprawdzone sposoby działania, z nowym przez klientów oczekiwanym HMI . Co do kuchenki, to klikając także słychać klikanie przekaźników, więc stare sprawdzone rozwiązania w nową formę ubrane są jedynie. Czy istnieje radio, które mogło by dla każdego pokolenia być dobre? Ano , znalazłem takie co i korbę, i rączkę, a i guziki posiada.
Radio Soulra - ma korbę, ma rączke i gałka się znajdzie.
 Co do dotykowego panelu to chyba nie – i dobrze, bo bym musiał jeszcze klikać, a tego nie lubię. A może bym tą korbę do zasilenie radia wykorzystać? Na lampowe by nawet wystarczyło. Dwie minuty kręcenia i żarzenie by się rogrzało , a może i na anodowe wystarczyło.
A German communications squad behind the Western front, setting up using a tandem bicycle power generator to power a light radio station in September of 1917. (National Archive/Official German Photograph of WWI)
Już sto lat temu siłę człowieka (dwu) do zasilania radiostacji wykorzystywano. Ale to tylko w warunkach frontowych.

Muszę kończyć, idę do kuchni bo mi się zaraz obiad sam wyklika.

Aktualizacja:

Nowe się wdziera poza wszelkie granice. Mielismy w robocie taki oto ekspres. Naciskałem jeden guzik i miałem kawę.
Pożegnanie - już wykręcają.
A tu wdarło się paskudztwo, świeci, miga kolorami i każe klikać!
Oj, chyba na znak protestu zrezygnuję z przyjemności małej czarnej.


Zdjęcia z aukcji internetowych wykorzystano, z aukcji przez nas wygranych.

sobota, 18 lipca 2015

Wega czyli mała, czarna, gorąca i słodka

Wega z gwiadzdozbioru Liry (Alpha Lyrae) jest, jednymz najjaśniejszych obiektów na naszym niebie, w konkury stając z Syriuszem, kilkoma gwiazdami i Wenus, Marsem czy innymi planetami.
 Bardzo często wieści nam czas na Wieczerzę Wigiliją,  Nie dziwota zatem, iż Wega znalazła także swoje miejsce kulturze. Poczynając już od mitologii chińskiej, gdzie to rozdzielna z kochankiem Altair (w gwiazdozbiorze Łabędzia) może raz do roku się spotykać poprzez most utworzony przez sroki w poprzek Mlecznej Drogi – za rzekę przez chińczyków uważaną. Aż po przeciętnej jakości, ale dosyć popularny amerykański serial z lat sześćdziesiątych – The Inviders. Weganie atakowali.
Centralny Radiokomitet oszczędził nam oglądania tej produkcji, podobno tylko kilka odcinków wyemitowano - osobiście nie pamiętam. Kochałem Kosmos 1999.

Podobnie polski przemysł radiotechniczny nie wyprodukował takiego radia, jak to które wylądowało u mnie domu.
WEGA BOBBY 465 
Niemiecka firma Wega w roku 1952 wyprodukowała ten egzemplarz i do trwał on do dnia dzisiejszego w bardzo dobrej formie. No wręcz idealnym stanie – grający głośno i wyraźnie.
Co prawda sprzedający określił stan radia jako „raz gra, a raz nie”. Ale mnie przyjemnie zaskoczyło - było sprawne, i to na wszystkich zakresach, włączając w to UKW. Specjalnie zależało mi na tym, gdyż detekcja FM na zboczu charakterystyki to rozwiązanie nietypowe i porzucone przez radiotechnikę na rzecz detektora stosunkowego wcześnie. Przed tym jak powstawały Podhale, Śląsk i Symfonia te dostały przystawkę superreakcyjną, a kochane Calypso już porządny tor FM miało.
Radio jest „dziwne” nie tylko ze względu na tor FM, ale nade wszystko z powodu konstrukcji. Nie ma typowej formy skrzynki, ale wygląda jak toster lub statek wegan z wspomnianego filmu.
Obudowa to dwie skorupy (spód i  góra) połączone śrubami dwiema (jednej brakuje) a wszelkie informacje co i jak połączyć znajduja się na spodniej tekturce.
I tu dochodzimy do największej niespodzianki jaką zgotował nam projektant – wszystkie przewody łącznie z zasilaniem rozprowadzone są na boki. Czyli radio postawione na stoliku i tak otoczone było plątaniną kabelków. No jakoś nie pasuje mi to do porządnego niemieckiego domu. W dodatku głośnik grający – do tyłu. No w 1952 roku czysty odlot.
zasilane 
Radio jest zasilane bezpośrednio z sieci, przez co lampy z serii U w środku się znajdują, i to rzadkie u nas UC92, UCH42, UAF42, UCL81 i UY41. Cieszyłem się, że gra i to przyzwoicie, a że chwilowo z okna PKiN widzę to i UKF ładny, co ciekawe nie tak trudno dostroić na krawędzi detekcji. Na długich Jedynka, a pod wieczór i średnie i krótkie się pojawiły i to na antenie KD (kawał druta).
To wspomnę, że nie jest pierwsza Wega jakiej słucham. Otóż po dzielnym rozmontowaniu przez mnie Menueta (któremu ten cały blog dedykuję ) pojawiła się w zastępstwie Vega 402. Była w moim rodzinnym domu przez długie lata podstawowym odbiornikiem. 
Vega 402, trochę zniszczona
Ruska, prosta i grająca no tyle, że strasznie żarła płaskie baterie 4,5V i jedna z moich pierwszych samodzielnych konstrukcji elektronicznych to zasilacz sieciowy mocowany w miejscu baterii.
Ktoś też kombinował z zasilaniem.
Związek radziecki w radiotecnice nie był może przodujący ale za to nie szczędził wydatków w podboju kosmosu. Nie tylko lotów okołoziemskich ale i międzyplanetarnych. W latach osiemdziesiątych na bazie sond Wenera służących do badania błękitnej planety powstała misja WEGA. łącząca dwa cele Wenus i kometę Halleya.
Vega Spacecraft on display at the Udvar Hazy Center. (Photos: Richard Kruse, 2008)
Misja, a właściwie dwie (Wega 1 i Wega 2), połączyły badanie Wenus (przelot, balon stratosferyczny i lądownik) z przelotem w ogonie komety Halleya. Misje prawie udane, nie licząc faktu, że od balonu  lądownik odłączył się na zbyt dużej wysokości (20km) i nie przekazał żadnych danych, a i główna kamera przez pył z komety została uszkodzona. I tak to lepszy los niż kolejne sondy z serii Fobos – pierwsza została omyłkowo wyłączona przez operatora – pomylono przecinek z kropką. Druga po udanym wejściu na orbitę synchroniczną z satelitą Marsa, kilka dni przed planowanym zrzuceniu lądowników zamilkła – prawdopodobnie uszkodził się komputer pokładowy.  Chociaż niektórzy uważają, że było inaczej"Dowody" nawet publikują.

Moja Wega grała kilkadziesiąt minut, niestety musiałem ją opuścić na kilka minut – gdy wróciłem – już nie. Dokładnie jak w opisie sprzedawcy. Próby uruchomienia jak na razie nie udały się.
A może ten goracy kondensator to przyczyna wszystkich problemów?
A ponieważ z powodu remontu mieszkania mam utrudniony dostęp do warsztatu – musi poczekać. Ale i  tak mi łatwiej niż Rosjanom, na Marsa nie słyszałem by się ktoś wybierał. A może sama się znów odezwie – Philae tak zrobił. Niemiecka technika, no może europejska.

Mój kolega z Ekwadoru mówił, że „kawa powinna być jak kobieta – mała czarna gorąca i słodka.” Wega taka była to jednak żeński pierwiastek.
„ … i pita w łóżku” – dodawał po chwili

Dziękuję sprzedawcy leszku1962 za udostępnienie zdjęć Vegi 402, moja sie nie zachowała nawet na zdjęciach.


środa, 17 czerwca 2015

RADIOTEHNIKA czyli katastrofa na sowietską skalę

Jak pamiętam z dzieciństwa u mojej Cioci Marysi zawsze na stole stał odbiornik radiowy, taki z dwoma czarnymi kreseczkami. Teraz wiem, że była to VEF Spidola 10. Odbiornik, który w ZSRR i wszędzie gdzie był eksportowany obrósł legendą, nie mniejszą niż RRR - słynna Ryska fabryka.

Spidola model 63, za WikiMedia (autor Pudelek) 
Wczoraj miałem  dzisiaj okazję obejrzeć pozostałości po jednej z największych w ZSRR fabryce sprzętu elektronicznego.


Po wstrzymaniu produkcji w 1991 roku, przeogromny kompleks popadł w totalną ruinę. Poraża wielkość bydynków, jak i wielkość upadku.


Teraz jest jeszcze gorzej, pożar strawił część budynku.


Katastrofa godna wielkości. Smutno jakoś. 17 tysięcy ludzi tam pracowało.


Tym razem nie udało mi się zwiedzić Muzeum gdzie zgromadzone są eksponaty produkcji VEF, i zobaczyć Radiolę Stalina. Obiecuję sobie (i czytelnikom bloga), że przy najbliższej okazji odwiedzę tą instytucję, i zdam relację. Samo muzeum mieści się w Pałacu Kultury, który nie bardzo przypomina obiekt z Warszawy. "Nasz" ma swój architektoniczny odpowiednik w postaci socrealistycznej siedzibie Akademii Nauk. Budynek wysoki tylko na 108 m (wobec 237 m tego w Warszawie).


Nie mniej tak samo drażni, tym bardziej, że sąsiaduje z tradycyjnym, drewnianymi budynkami i o 150 lat starszą, bardzo ciekawą budowlą. Drewnianym kościółem ewangelicko-augsburskim pod wezwaniem Jezusa. Jest to największa i najstarszą drewniana świątynia na Łotwie – wieża sięga ma wysokość 37 metrów.Sztuka cieselska w miastach Hanzy stała na wysokim poziomie.


Podobno z całego kombinatu VEF, RRR czy też Radiotehnika pozostała mała wytwórnia zestawów głośnikowych, ciągle jako firma i to giełdowa. Zdaniem moich kolegów - z produktami zupełnie dobrej jakości. 

Jak głosi kartka na drzwiach dawnej siedziby, a raczej szczątkach drzwi - sklep zakładowy znajduje się na pięterku supermarketu.

Supermarketu powstałego w przeogromnych, pustych halach zakładu.


Taka iskierka się jednak tli, iskierka nadzieji.

niedziela, 14 czerwca 2015

ZOPAN czyli solidność przetrwa lata.

Historia ludzkości zna takie pojęcie jak „Złoty Wiek”. Praktycznie w każdej dziedzinie sztuki czy nawet rozwoju technologii  był, jest, lub będzie taki okres, kiedy było najlepiej. No może nawet najlepiej nie było, ale z pewnością było lepiej niż jest teraz i to warto wspominać. Dzieła podówczas powstałe także przez potomnych za najlepsze są uważane. Dla polskiej elektroniki, w mojej opinii był to początek lat osiemdziesiątych. Czas, społecznie nie najlepszy, daleki od znamion dobrobytu, ale jednocześnie okres kiedy rodzimy przemysł opanował produkcję większości komponentów, a rozwój trwał praktycznie we wszystkich dziedzinach. Nie ważne czy z własnych opracowań czy z licencji. Tak się złożyło, że także okres mojej fascynacji elektroniką. Bogaty w bibliotekę Radioelektroników i Radioamatorów (miałem farta czyli dwu kuzynów ZURiT-owców), próbowałem swoich sił głównie w budowaniu coraz to lepszych wzmacniaczy akustycznych czy coś tam robiących układów cyfrowych. Dążąc do jak najwierniejszego dźwięku, walczyłem ze zniekształceniami nieliniowymi, opierając się na danych przez autorów podawanych. Bawiłem się także różnymi TTL-kami, tu sukcesy były już zero jedynkowe. Większość tych konstrukcji pozostała „na desce”, ale część udało się dokończyć, jak na ten przykład pracę dyplomową w Technikum Mechanicznym – cyfrowy wskaźnik pozycji suportu tokarki. 30 lat od matury właśnie stuknęło.
Wszystkie te konstrukcje powstawały w iście amatorskich warunkach, z wykorzystaniem z trudem kupionego miernika LAVO21, jako najlepszego posiadanego przyrządu. Lepsze, profesjonalne  były w sferze marzeń.

Zaraz po studiach przeprowadziłem się z akademika na ul. Staligradzką 4, gdzie w małej kawalerce nie było miejsca na zajmowanie się hobby. W tym to właśnie czasie wiał wiatr przemian, Stalingradzka stała się Jagiellońską, Plac Leńskiego stawał się Placem Hallera, a My rozwijaliśmy się jako rodzina. Elektronikę zarzuciłem na lat naście.
Powtórna fala „zabaw” odbywa się już w zupełnie innych warunkach, czasu jest dużo mniej, ale za to dostępność do osprzętu i literatury dużo większa. Nastąpiła proporcjonalnie przeogromna podaż urządzeń i przyrządów podówczas dla amatora niedostępnych. Dzisiaj można kupić czy to generator, czy też częstotliwościomierz na sto kilkadziesiąt złotych, jednakże w większości ofert jest zastrzeżenie o „nieznanej sprawności”, lub inne zwalniające sprzedającego z odpowiedzialności za techniczny i funkcjonalny stan przyrządu. Te „całkowicie sprawne” z możliwości sprawdzenia kosztują złotych kilkaset.
Pomimo posiadania dwu generatorów częstotliwości radiowych (dziadek ORION już jest w innych rękach) zapragnąłem uzupełnić warsztat o generator posiadający modulację AM i FM, o pełnym zakresie przestrajania i cyfrowym wskaźniku. Jakoś tak się składa, że częstotliwość to cyfrą mierzę, do skali liniowej czy obrotowej nie mam zaufania. Już miałem na oku taki jeden PG-20, ba nawet zamierzałem do Blachowni podjechać i obejrzeć, ale jakiś szczęśliwiec machnął KUP TERAZ i mogłem się tylko sprzedającemu wyżalić. Odpowiedź była wręcz ripostą trafną i celną, i co ciekawsze ogromnie motywującą, że przytoczę:

Dzień dobry, żadna strata, jest licytowany taki sam. Wygrać licytację, kupić instrukcję, naprawić i po sprawie. A przede wszystkim spytać się sprzedającego czy nie próbował naprawić. Wiadomo jak takie naprawy przez "fachowców' wyglądają. Trzeba najpierw przywrócić do stanu pierwotnego. A później szukać uszkodzenia. No, bo gdyby był fachowcem to by naprawił.
z poważaniem
Tadeusz

W ciągu dwu tygodni pojawił się PGS 21 (stereo) o stanie „nieznanym”. Ponieważ cena KUP TERAZ była połową poprzedniej kwoty zaryzykowałem. Dotarł, arcy-solidnie i profesjonalnie zapakowany. Nie mniej nalepka na obudowie pozbawiła mnie złudzeń – NIESPRAWNY.

Co ciekawe, co któreś włączenie powodowało zapalenie losowo wybranej cyfry, a na wyjściu pojawiało się minimalne napięcie w.cz. i co najważniejsze – o przestrajanej częstotliwości. Przyrząd żyje!!!

Z wielkim niepokojem otwierałem pokrywę, by zobaczyć kawał solidnej elektronicznej konstrukcji. Konstrukcji porozdzielanej na poszczególne układy. Część na płytach, część w ekranowanych aluminiowych konstrukcjach. No może nie aż tak solidnych jak w moim pierwszym generatorze ORION, gdzie sam generator był w aluminiowym odlewie o ściankach tak z centymetr grubych, a przez to ważący ładnych kilka kilo. Tu była aluminiowa blacha, ale za to poprzykręcana dwudziestoma paroma śrubkami, no jednej brakowało.

Ożywianie rozpocząć należy od kontroli napięć zasilających, i od razu sukces -15V brak, tranzystor się grzeje, aż parzy. Do tego pomiar oporności odbioru ledwo coś ponad om wskazuje.
Nie było łatwo prześledzić całego przebiegu napięcia, poprzez bardzo profesjonalne filtry LC, aż do magicznej aluminiowej obudowy – do samego serca generatora. Wykręcenie tych dwudziestu paru śrubek i jeszcze kilkunastu od spodu umożliwiło dostęp.
To też nastąpił kluczowy moment – jedna mała śrubka wypadła spod pokrywy – był komplet. Jak się okazało to ona była przyczyną zwarcia zasilania. Po wymianie tranzystora z zasilaczu – sukces.

Czyli zepsuł ktoś kto grzebał. Nie ładnie.

Generator działa, przestraja w pełnym zakresie – super. Pozostał problem wyświetlacza-częstotliwościomierza. Ponieważ cyfry wyświetlane są sekwencyjnie, a co któreś włączenie jedna się zapalała to założyłem, że brak taktowania – podstawowego rytmu całego miernika jest przyczyną. Generator kwarcowy 1 MHz okazał się żywy, sygnał ten był kolejno obniżany w dzielnikach dekadowych UCY7490 i już sprawdzenie pierwszego ujawniło winnego.
Tutaj muszę się przyznać, iż zwalony ogromem pracy przy naprawie i ubogi w wiedzę o postawiony wobec niedziałającego przyrządu - postanowiłem poszukać pomocy. Z trudem znalazłem jakiś telefon do serwisu częstotliwościomierzy Meratronik, ale rozmówca nie był skory do podjęcia wyzwania:
Panie ja już kilka lat tego nie robię, TTL-ki są na Wolumenie po złotówce. Sam pan to zrobisz, tylko pamiętaj by nie wylutowywać tylko wyciąć i do nóżek nowy przylutować. Bo płytki drukowane słabe i ścieżki odchodzą.

Posłuchałem, tyle, że po wycięciu kości scalaka pozostałe nóżki, jedna po drugiej spokojnie wylutowałem. Co ciekawe ten 7490 był inny, w innym kolorze obudowy – inna seria, inna jakość.

Od razu miernik ożył. I dzielnie służy. Pasowałoby jeszcze tak na 100% skalibrować. Nie wiem jak sprawdzić głębokość modulacji FM.

Podsumowując  za cenę dwu butelek Jasia Wędrowniczka mam przyrząd, na który w osiemdziesiątych latać nie tylko moją uczniowską kieszeń nie było stać, ale i w rozdzielniku dla „prywatnej inicjatywy” za nic nie mógł się znaleźć się nie mógł. Na eksport szły.

Drugim „determinantem” moich działań były zniekształcenia nieliniowe, czyli zawartość harmonicznych we wzmacnianym sygnale. Mierniki takowych pojawiają się na aukcjach, jednak nie odczuwałem potrzeby ich użycia (posiadania) aż do momentu, gdy przyszło mi ustawić symetrię detektora stosunkowego. Tam w jednej gałęzi zastosowana została PR-ka by skompensować niedoskonałości diod DOG-58. Niby można mierzyć oporność pary dioda+rezystor, ale prawdziwym wyznacznikiem ma podobno być jakość, a więc minimalna zawartość harmonicznych, które możemy zmierzyć np. PZM-11.

Kupiłem przyrząd, jako sprawny, nie mniej sposób odbioru osobistego i niejasne potakiwania przekazującej osoby wskazywały na możliwe problemy. Ale stan był wręcz idealny, no może pokrętło tłumika było na niewłaściwej pozycji. Ale czego wymagać od przyrządu w wieku chrystusowym (rok produkcji 1982). No uruchomił się, zamachał wskazówką, ba nawet coś na kształt pomiaru dało się zrealizować. Po czym zgasł. Przepalił się bezpiecznik. Wymiana i przepalenie kolejnego następuje po kilkunastu sekundach. Kolejnego dnia to samo – pierwszy bezpiecznik dwie minuty pracy, drugi tylko sekundy. Pomiar prądu na biegu jałowym (można wyjąć płytkę zasilacza) rozwiązało zagadkę. Winny okazał się filtr przeciwzakłóceniowy po pierwotnie stronie – widać zastosowano kondensatory papierowe, które lekko mają na tyle dużą upływność by topikowy bezpiecznik spalić.
Do czasu znalezienia fajnego i małego filtra – przyrząd działa „na krótko”, ale działa.  Najbardziej zdumiewającą rzeczą tego działania była praca tłumika wejściowego. W czterech ustawieniach czułość była prawie najwyższa, a na dwu zerowa.

Przyrząd widać pochodzi z tej samej pracowni konstrukcyjnej, podobne rozwiązania i tak samo profesjonalne podejście do konstrukcji. Ponieważ problem jest dosyć dobrze zlokalizowany – rozpocząłem od sprawdzenie attnuatora, który to jako tłumik (RC – skompensowany) umożliwia pomiar zniekształceń dla napięć wejściowych sygnału od 300V do 300mV. Wymontować się udało, sprawdzenie omomierzem pozwoliło złapać, że coś nie jest w porządku.
Od strony wyjścia rezystancja się zmienia jak, powinna ale od wejścia nie bardzo. Dokładniejsze spojrzenie na trzy sekcje obrotowego przełącznika ujawnia pierwszy błąd – zwierany do masy jest rezystor wejściowy, przed kondensatorem. Spotykałem się z rozwiązaniami gdzie wolne, nieużywane końcówki gniazd np. lamp były używane, jako końcówki montażowe. Tutaj ktoś tak zastosował.
Fuszerka w produkcji? Czy to możliwe? Przyrząd wyglądał na nieotwierany, niegrzebany. Gdzie była kontrola jakości, Przecież ZOPAN to profeska, nie produkcja masowa.
A rezystor chamsko zwierany. Ostatnia sekcja także nie pracowała właściwie. Środkowa, ceramiczna 2x6 pozycji OK.
Dopiero otwarcie mechanicznej konstrukcji przełącznik pozwoliło znaleźć przyczynę. Ktoś potraktował przełącznik zbyt dużą siłą (właściwie momentem) i przełamał ograniczenie.

Osiłek się jakiś przyłożył i zepsuł.

Przez co zewnętrze sekcje wybieraków nie pracowały we właściwych pozycjach, a środkowa, jako że była symetryczna, po zamianie pozycji o 180 stopni przełączyła się i działa normalnie. Po naprostowaniu blokady i złożeniu wszystkiego – przyrząd działa sprawnie, bardzo przyjemnie jest obserwować dostrajania mostka Wienna przy pomiarze na ostatnich zakresach. Widać pracę przetwornika cyfrowo - analogowego na kontaktronowych przekaźnikach zrealizowanych.

Nie ma już ulicy Stalingradzkiej, a w dawnych budynkach ZOPAN mieści się Wyższa Szkołą Koźmińskiego, gdzie ponad dziesięć lat temu dane mi było na studia MBA dla Inżynierów uczęszczać. Wielką estymą darzę to miejsce, a specjalnie wykłady Profesora Witolda Kieżuna, który w swojej książce Patologia Transformacji właśnie o ZOPANIE, jako jednej ze zniszczonych w trakcie przemian firm wspomina. Smutno się to czyta, ale prawda.

Po ZOPAN-ie pozostało bardzo mało materiału – kilka instrukcji, wpis w Wikimapie. Na szczęście ktoś (J.GRON) dopisał nazwiska konstruktorów i inżynierów zakładów. Pozwolę sobie tą listę bezpośrednio zacytować:

DLA PAMIECI NALEZY PRZYTOCZYC KILKA NAZWISK INZYNIEROW TWORCOW APARATURY ZOPAN:LESZEK KABACIK, JERZY KOSIOR, TADEUSZ KULBABINSKI, WLADYSLAW MILCAREK, JERZY MIASKO, JANUSZ JEDRASIK, LEONARD GODZINSKI, JERZY BIELECKI, WLODZIMIERZ SASAL, JERZY HRYMNIAK, KAZIMIERZ PIADLOWSKI, STEFAN GIZINSKI ANDRZEJ KRET, WIESLAW DANIELAK, MIECZYSLAW WOLCZYNSKI, oraz JERZY ZATORSKI-GLOWNY INZYNIER, TWORCA ROZWOJU ZOPAN, GLOWNY PROJEKTANT I BUDOWNICZY NOWYCH OBJEKTOW ZOPAN

Dziękuję Wam za solidną robotę, przyrządy pracują i będę pracowały.

Raduje się serce, przyrządy przetrwały czas, bezpardonowe traktowanie i znów służą.

Dużo zdrowia Profesorze!