środa, 31 maja 2023

Telefunken OPUS znów na warsztacie czyli tranzystory germanowe brzmią inaczej!

Jest powszechnie wiadomo, że wzmacniacze lampowe mają „lepsze” brzmienie. No może powiedzmy inne. Inny rozkład harmonicznych sprawia, że lampa brzmi lepiej w odsłuchu.     Niektórzy także dopatrują się innego brzmienia tranzystorów germanowych w stosunku do późniejszych układów na krzemie opartych. Coś może w tym jest, ale po kolei.

A wszystko zaczęło się od Pana Andrzeja, któremu naprawiałem Telefunkena Opus 2650. Po całkowitej przebudowie stopnia sterującego tranzystorami mocy, ich „degermanizacji” (jak to brzmi w stosunku do Telefunkena :-)) odbiornik powrócił do właściciela, który był zadowolony, że gra. Ale jako osoba słuchem obdarzona (w przeciwieństwie do piszącego te słowa) twierdziła, że to zadowolenie to tak „nie do końca”. Jeden kanał grał ciszej i gorzej.

O ile słowo ciszej można w prosty sposób zmierzyć i przełożyć na formułę decybeli czy też inaczej wyrażonego wzmocnienia, o tyle to „gorzej” dla inżyniera co to „szkiełko i oko” ma w uważaniu było trudne do ogarnięcia. Naprawiając 2650 poprzednio zadowoliłem się obrazami na oscyloskopie i jakimś tam odsłuchem na małych 3W głośnikach. Większe nie mieszczą się w warsztacie, a że ja i tak różnicy nie słyszę (na dowód audiogram mogę przedstawić) to na tej fazie pozwoliłem sobie naprawę zakończyć.

Witaj ponownie!

Odbiornik wrócił na warsztat jeszcze z innego powodu – Pana Andrzej zażyczył sobie wejście do gramofonu z wkładką magnetyczną dorobić. Lubię ten model, więc Opus długo nie czekał. Zaraz za przyrządy się zabrałem i … rzeczywiście końcówka mocy posiadała pewną nierównomierność wzmocnienia. Jeden kanał był „bardziej” niż drugi. Bardziej wzmacniający znaczy się. Recepta była aż nadto prosta się okazało – korekcja rezystora w emiterze tranzystora T301 lub T1301 tak by cała końcówka równą po kanałach i nadobną była. Ponieważ R1311 (w teorii 330 om) był łatwiej dostępny (w samym różku płytki drukowanej) to i on poszedł pod adjustację.


PR-ka 220 + rezystor  pozwoliły objąć rezystancję nominalną tj. 330 om  i w górę, i w dół. Okazało się, że zamiast 332,6 om jakimi się w omomierzu oryginał się deklarował, bardziej stosowne było 305,6 om, co prawie udało się osiągnąć dobierając rezystor z torebki. Może da się zobaczyć na oscyloskopie różnicę wzmocnienia, ale założę się, że nawet najlepszy audiofil jej uchem nie wychwyci.


Przesunięte by było widać obydwa kanały.

Przynamniej bez audiofilskiego patrzenia na świat. Ok. zatem przeniosłem swoja uwagę na przedwzmacniacz i układ regulacji barwy dźwięku. I tu wytężając swój słuch mogłem nawet na tych 3W głośniczkach stwierdzić, że Pan Andrzej pełną rację miał. Prawy kanał grał - no coś „nie za bardzo”. I to głównie w basach. Z razu myślałem, że to coś podobnego do problemów z Opus-em szwagra, ale nie. To było coś innego. Pomiary czy to za pomocą nanoVNA czy to punktów pracy tranzystorów, rezystancji rezystorów czy pojemności kondensatorów nic nie wnosiły. W zasadzie wszystko w zakresie tolerancji (+/-10%) i nie ma się do czego formalnie przyczepić. Nie mniej, jeden kanał jest zdecydowanie inny i w zakresie najniższych częstotliwości (dziesiątki Hz) wykazuje wzmocnienie o 1/3 niższe.
No - dobrze nie jest.

Nawet przy setkach Hz widać różnicę fazy sygnałów kanału prawego i lewego – więc coś na rzeczy jest. Sprawdziłem i napięcia na tranzystorze – w miarę OK. W miarę też rezystancje i pojemności – też bym się nie czepiał. Ale jeśli podam np. 40Hz (czego bym od tego wzmacniacza już wymagał) to tory (prawy z lewym) mi się rozłażą o te decybele i fazowe przesunięcie.  Izolując problem stwierdziłem, że różnica występuje on już na pierwszym na tej płytce wzmacniaczu z tranzystorem AC171, z korektorem w emiterze (2k2 zbocznikowane 2k2 i 150nF) i takim tam filtrem na wejściu.
To tu.
Element po elementarze, rezystor po rezystorze i kondensator po kondensatorze sprawdziłem i wszystko w miarę (w granicach +/-10% ) tolerancji tam było. Bootstrapowy kondensator 47uF (zamiast 50uF) też w porządku, ale w dalszym ciągu problem jest. No przecież nie tranzystor (oj naiwny ja, naiwny) – te mają raczej problem z górną częstotliwością pracy niż z dolną. Jedyne co pozostaje to filtr ma wejściu (RXX do CXX).

Rozumiem, że w jakiś sposób on kształtuje charakterystykę, ale jak? Wrzuciłem więc jego wartości do kalkulatora i bingo.
Prawie AI - wrzucasz dane i masz odpowiedź.

Okazało się że jest to filtr zaporowy dla częstotliwości ok 10Hz? Coś mi zaczęło świtać odnośnie gramofonów. Dlaczego akurat taki - pozostaje zagadką.

Pierwszy test to pomiar charakterystyki częstotliwościowej tego filtra. Generatorem F6900 przemiatałem częstotliwość od 3 Hz do 15Hz w czasie 15 sekund i zapisując obraz na oscyloskopie. Niestety generator nie posiada wyjścia impulsu „synchro” (podobno można to obejść lub dorobić), ale na ekranie udało się wychwycić różnicę w częstotliwości minimum pomiędzy kanałami.


Wyrywkowe pomierzenie kondensatorów i rezystorów dało odpowiedź na pytania – różnice pomiędzy wartościami były w deklarowanym zakresie +/-10% (R552 – R553, C559 – C561). Ale właśnie w jednym to było plus, a w drugim dużo minus.
Tajemnicze cyferki to zmierzone wartości - jak widać miejscami się różnią bardzo.

Padła decyzja – wymieniamy elementy na możliwe dobrane. Udało się podobierać i kondensatory i rezystory z dokładnością do ułamka procenta – z jednej serii zazwyczaj się nie różnią za bardzo.
Równiutko. W parametrach oczywiście.

Po przelutowaniu mamy obydwa kanały identyczne i zachowujące się identycznie – to już nie jest problem. 
Równo, wygląd inny bo użyta jest skala liniowa przemiatania (powyżej logarytmiczna).

Pozostało podłączenie pierwszego stopnia – wlutowanie na powrót kondensatorów C562/C1562 220nF (w miarę  równe) i zebranie sygnału z kolektorów tranzystorów. I klapa – układ zachowuje się podobnie – w zakresie kilkudziesięciu Hz, aż do kilkuset widać przesunięcie fazy i znaczący spadek wzmocnienia jednego kanału. Odłączone zostały kondensatory C563/C1563 150nF nie przyczyniają się zatem one zmiany charakterystyki, a i eksperymentalne zwiększenie pojemności boodstrapowego elektrolitu (C551) też nie dało odpowiedzi – zero reakcji na podłączanie dodatkowych 47uF. Dopiero eksperyment polegający na zwarciu kanałów po filtrze, na wejściu kondensatorów 220nF co dało identyczny (no bardzo zbliżony) sygnał w obydwu kanałach, bez jakiegokolwiek przesunięcia fazowego.

To są dwa przebiegi - nie jeden.

A więc problem nie leży nie tutaj, ale we współpracy filtra i stopnia tranzystorowego. Jakkolwiek napięcia na tranzystorach (emiter i kolektor) były w miarę zbliżone do tych ze schematu, to dokładne pomierzenie pokazało, że duża różnica występuje w prądzie bazy – czyli napięciu na rezystorze R551, w jednym kanale to 60uA, a w drugim (T1551) ponad 200uA. Bingo.

Mamy zatem różnicę w impedancji wejściowej stopnia tranzystorowego, co przekłada się na inną stałą czasową RC i różnice w charakterystyce. Aż przecierałem oczy ze zdziwienia gdy wylutowałem  tranzystory AC171 i pomierzyłem ich wzmocnienie (beta) jeden miał 63, a drugi ponad 150 !

Różnica w prądzie bazy !
Aż mi się nie chciało wierzyć, że takie oryginalnie wlutowano w fabryce – nie było śladów ich wymiany. Więc ta „cecha” była od początku. Że nikt na to nie zwrócił uwagi to naprawdę dziwna sprawa. Przez dziesięciolecia użytkowania.

Nie miałem innych tranzystorów na podmianę, kupienie czegoś oznaczonego jako AC171 na eBay-u nie daje najmniejszej szansy, że trafimy na taki, który przypasuje. Jako rozsądne rozwiązanie przyjąłem zastosowanie krzemowych tranzystorów pnp. Miałem kilka sztuk BD560C z jednej serii i  pięknym wzmocnieniu 550 (+/- kilka) to poszedłem tą ścieżką. Zastosowanie tranzystorów Si w miejsce Ge już praktykowałem w tym egzemplarzu, więc nie będzie to żadne barbarzyństwo. Pozostało ustalenie nowego punktu pracy. Jako punkt odniesienia przyjąłem zapisane w dokumentacji napięcie na emiterze 3,2V przy nominalnym R557 2k2 – świadczące o prawidłowym prądowym punkcie pracy tranzystora. Dobierałem R556 polaryzujący bazę, metodą już sprawdzoną tj. PR-ką połączoną z rezystorem stałym. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że optymalna wartość to 15k2. W germanowej wersji było to15k na schemacie, a 14k7 w rzeczywistości. Aby uzyskać identyczne wzmocnienie w obydwu kanałach – w drugim dobierałem emiterowy R1557 2k2. Tu optymalne okazało się 2k27. Ponieważ takiego nie miałem to skończyło się na 2k7 z przytulonym równolegle 15k. Super!

Korektę częstotliwościową realizowaną przez R558 i C563 wyrównałem korygując wartość kondensatora który miał tylko 136nF podczas gdy kolega w drugim kanale aż 160nF. Korekcja polegała na dolutowaniu 22nF kondensatora od strony druku. Odsłuch tak skorygowanego/poprawionego wzmacniacza pokazał, że kanały się nie różnią od siebie na ucho. Ale pokusiłem się o komputerowe pomierzenie charakterystyk. Pasmo deklarowane w zakresie 40-16000Hz jako +/-1,5dB - prawie dotrzymane i to w szerszym zakresie 20Hz do 20kHz, zniekształcenia nieliniowe niższe (0,15%) Intermodulacyjne niewiele większe, ale wpływ miał szum.

Porównanie deklarowanych przez producenta i osiągniętych w naprawie parametrów.

Jest dobrze, mogło by być jeszcze lepiej, nierównomierności charakterystyki chyba wynikają z nierównomierności potencjometrów regulacji barwy. Najbardziej mnie cieszą mniejsze zniekształcenia nieliniowe - dowodzą, ze przebudowa końcówki mocy się powiodła.

Troszkę w jednym kanale jeszcze muszę poprawić w najniższych częstotliwościach.

Stosunek Sygnał/Szum wydaje się wynika z bardzo prosto skleconego stanowiska pomiarowego, z wieloma przejściówkami, reduktorami (na wejściu i wyjściu. Oj, wydaje mi się że trzeba będzie zrobić porządne sztuczne obciążenie połączone z kartą dźwiękową dla pomiarów RMAA, dobrze zaekranowane i z minimalnymi połączeniami.

Czy zatem jest różnica w brzmieniu pomiędzy germanowymi a krzemowymi tranzystorami? Nie.

Nie mniej jednak na tych nowocześniejszych, z bardziej stabilnymi parametrami i lepszymi jest większa tolerancja. Krzem górą! Germany grają dalej.

Pozostaje jeszcze dobudowanie przedwzmacniacza do wkładki magnetycznej, ale to już w kolejnym poście.

 

 


niedziela, 7 maja 2023

Radione R2 czyli sztuka parzenia herbaty w Dobczycach.

Są w naszym życiu chwile niezwykłe, takie na które czekamy i do których specjalną wartość przywiązujemy. W niektórych kulturach jak w japońskiej takim wydarzeniem jest ceremoniał parzenia herbaty. Czynność, z pozoru zwyczajna – od czasu papierowych porcjowanych torebek więc prostacka, ale dzięki kultywowaniu, doskonaleniu i pielęgnowaniu, głęboko w kulturze została zapisana jako celebrowany ceremoniał, okraszony specjalnymi naczyniami i utensyliami, a czasem i dedykowanym pawilonem parzenia herbaty w klasycznym japońskim ogrodzie stawianym. Do tego cała duchowa otoczka, cała sfera pojęć i idei prowadząca do filozofii pojmowania całego życia.  Jako takie pochodne tej sztuki powstały takie pojęcia, które stały się wartościami jak Wabi-sabi i Kintsugi. To pierwsze doceniające prostotę i piękno wynikające z upływu czasu a drugie zaś doceniające znaczenie i rolę naprawy w wartości przedmiotu. 

Dla mnie jednym z takich kultowych miejsc „parzenia herbaty” jest dom, a jednocześnie pracownia Pana Ryszarda. Ostatnia wizyta była sposobnością  by podziwiać Wabi-Sami i Kintsugi w jednym. W jednym radioodbiorniku, a radiem było Radione R2.

Radione R2

 Odbiornik już sam z siebie nietypowy, bo skrajnie użytkowy, z takim militarnym naznaczeniem. Czy to w samej konstrukcji (metalowa obudowa, malowanie farbą z marszczoną fakturą, wielowariantowe zasilanie itp.) czy też historii – był w użyciu przez Wermacht czy Krigsmarine.  Egzemplarz Pana Ryszarda to model wojenny, nie dziwota zatem, że radio było po przejściach. 

Jak widać radio po przejściach.
Widać linię podziału w okolicach głośnika.


Właściwie powinienem napisać w liczbie mnogiej – radia, bo złożone było z dwóch odbiorników. Niewytłumaczalną zagadką pozostaje dla nas, co się stało i w jakim stanie były te odbiorniki, że ktoś już wiele lat temu połączył i zespolił je w ten sposób.

Szrama na obudowie.

i wewnętrzne cięcie.

 Jak gdyby zostały przecięte i zespawane dwa odbiorniki w jeden. Linia podziału przybiega przez obudowę i tak samo przez chassis. Można by się tu dopatrywać analogii do „prac” niektórych blacharzy samochodowych, ale muszę przyznać, że nawet w najgorszej dziupli zrobili by nasi mechanicy lepiej i subtelniej.  


W tej postaci radio trafiło w ręce Pana Ryszarda. A tam w cudowny sposób znów stało się odbiornikiem posiadającym wszelkie wartości estetyczne a przede wszystkim użytkowe. Zostały poprawione spawy i zgrzewy, obudowa pomalowana chyba lepiej niż w oryginale, naprawiony transformator, dorobiona maskownica i wszelkie prace radio- elektroniczne wykonane zostały na najwyższym poziomie. Sztuka radiotechniki w najczystszej postaci. 

Oddając głos Mistrzowi:

Transformator w nim nie byl przewijany, natomiast wszystkie przewody połączeniowe były zmasakrowane. Żeby uniknąć ich sztukowania - zamontowałem na nim końcówki lutownicze i następnie odtworzyłem połączenia. 

Transformator udoskonalony.

Wymienione zostały wszystkie kondensatory w filtrach p.cz., paddingi w oscylatorach i obwodach wejściowych. Obwody wejściowe śr/dł zostały nawinięte na nowo ( zarówno cewki siatkowe jak i antenowe} z uwagi na ich zniszczenie no i dorobiony został brakujący kubek, w którym były umieszczone. 

Jak widać stan był trudny.

Słabym punktem tego odbiornika jest napęd skalowy, który musiałem odtworzyć całkowicie łącznie z tą nieszczęsną sprężyną powrotną. Kręcąć w prawo nawijamy linkę na koło agregatu, natomiast przy kręceniu w lewo wskazówka wraca dzięki sprężynie powrotnej. Szklana skala jest oczywiście dorobiona (stara była pęknięta).
Prace kowalskie.

Niestety nie udało się uratować oryginalnego głośnika , który zastąpiłem po drobnej modyfikacji głośnikiem od Pioniera (tego bateryjnego - głośniki Pioniera różnią się zawieszeniem i ten bateryjny ma resor z cienkiego rezoteksu, dzięki czemu ma większą skuteczność).

Maskownica głośnika została dorobiona.

 Prawdziwą przyjemnością było strojenie tego odbiornika po remoncie. Dzięki dużej dobroci obwodów można rzeczywiście uzyskać świetną selektywność no i czułość. Reasumując była to wspaniała przygoda zarówno dla kowala, ślusarza no i radiowca.

Ja tylko, jako ledwo co praktykujący jej adept przyczyniłem gałeczki do tego odbiornika – przez co radość Pana Ryszarda z posiadania takiego przedmiotu, z taką historią i to przywróconego do blasku (tu w swoistym  takim stylu wabishii). 

Radio już cieszy, jeszcze tylko wymienić gałeczki.

A co do herbaty to zawsze w Dobczycach  to także rytuał, tyle że w takim naszym najlepszym lokalnym stylu. Czarna, sypana w szklance i pięknym metalowym koszyczku.

Herbata smakuje wyśmienicie (jak widać ktoś zażyczył sobie kawę - ale to była pierwsza wizyta :-). 

Smakuje przewybornie i dopełnia tego smaku i zapachu radioodbiorników naprawionych i do doskonałości przywróconych.

 


niedziela, 9 kwietnia 2023

Trzeszczą basy, czyli Opus po raz trzeci

 Są podobno cztery etapy świadomości o własnej wiedzy i umiejętnościach. Pierwszy jest wtedy gdy nie wiemy, że nie wiemy. Kolejnym, po pierwszych (czasem bolesnych) doświadczeniach gdy już wiemy, że nie wiemy. Jeśli uda nam się pokonać trudności i czy to poprzez lekturę, własne eksperymenty, ale nade wszystko pracę, osiągamy następny poziom gdzie wiemy, że wiemy. Kolejny etap dostępny już mistrzów, którzy już nawet nie wiedzą (nie pamiętają raczej), że wiedzą.

W naprawianiu i restaurowaniu odbiorników radiowych podobny edukacyjno/uświadamiający proces także zachodzi. Na samym początku mojej działalności, ponad 10 lat temu (patrząc po wpisach na blogu), wydawało mi się, że jest to takie fajne i proste, że tylko na napięcie anodowe i gorące lampy trzeba uważać. A tu zmierzyć, coś przylutować i wszystko działa.

No i ugrzęzłem w to naprawianie, fajne jest ale to zdobywanie wiedzy, umiejętności i doświadczeń nie jest ani szybkie, ani proste. Nie mniej jest tak intrygujące i wciągające, że stanowi główną przyczynek działania. 

Telefunken Opus 2650

Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji kiedy ciekawość jest tym motorem, to nie ma się co brać za trzeci taki sam odbiornik. Pierwszy Opus 2650 to zlecony przez Tomasza odbiornik, który zagadką był, ale tylko w jednym miejscu – w jednym kondensatorze. Drugi to było następstwo tego pierwszego. Pan Andrzej wykazał się dużą cierpliwością, gdy przebudowywałem stopień sterujący we wzmacniaczu mocy m.cz. W trakcie tych działań, zakupiłem po atrakcyjnej cenie kolejnego 2650, który przez pewien czas stanowił taki „backup”, gdyby mi się nie udało z tym naprawianym. Okazało się, że był zbędny, chociaż czasem coś tam podpatrzyłem. Został w poczekalni – powiedziałem sobie, że kiedyś zrobię. Później Pana Andrzej przywiózł Opusa 2550, w pełni lampowego. Tam z kolei  tor m.cz i radiowy był sprawny,  tylko stereodekoder wymagał głębszej naprawy, ale i obudowa w Starej Szopie została odświeżona. Teraz zaś Szwagier zgłosił akces do tego „leżaka magazynowego” więc kolejnego Opus-a pora zacząć.

Radio podłączone („przez żarówkę” oczywiście) dało oznaki życia – jeden kanał szumiał, bez śladów odbioru czy czegoś podobnego. Ponieważ w Opusie bardzo łatwo jest wyjąc wzmacniacz m.cz. – to i od niego zacząłem , odpinając jednocześnie część radiową - jeden wtyk. Wzmacniacz z solidnymi tranzystorami końcowymi AD149 i stopniem sterującym na krzemowych. Ponieważ pomiar punktu pracy tranzystorów mocy i ogólnie innych o określonej w instrukcji napięciach wyszedł ok. Tyle, że w fabryce Telefunkena komuś ta symetria weszła za bardzo w krew i pionowe potencjometry w jednym kanale  ustawiają symetrię zasilacza, w drugim zaś prąd zerowy. 

Czerwone to symetria, żółte to prąd zerowy. W jednym kanale tak, w drugim inaczej.

Przyczyny milczącego kanału przyszło szukać w sprzężeniu między stopniowym. Już wymiana dwóch wyschniętych elektrolitów ożywiła stopień mocy. Nie mniej pod nóż (lutownicę raczej ) poszły wszystkie kondensatory elektrolityczne. Poza wyjściowymi i tym w filtrze zasilacza. Te trzymają się dobrze, a znaleźć takie same i do tego zbliżone wymiarami po prostu trudno. A mostek prostowniczy na końcu miał oznaczenie Si - rozumiem, że krzemowy nie selenowy. Dotykając wejścia stopnia mocy otrzymałem taki zdrowy brumm w każdym z kanałów. 

Pora na przedwzmacniacz. Ale najpierw trzeba było zdjąć pokrętła i odblokować zatarte potencjometry. Już Tomasz mnie przestrzegał, że ten typ tak ma. Pokrętła metodą szarpaną zeszły. 

Sukces - da się zdjąć szybę. W 2550 mi się nie udało, ale tam wszystko działało.

Ale żeby je uruchomić trzeba było się natrudzić. Rozebranie, uruchomienie, nasmarowani oraz  wyczyszczenie wszystkich potencjometrów jak i wymiana wszystkich elektrolitów – to konieczność. 


 Potencjometry od barwy tonu niby otwarte, gdyby były ruchome to można było je „spryskać” środkiem, ale to nie są moje standardy. 

Więc przyszło każdy delikatnie roznitować, nasmarować oś, przeczyścić bieżnie i styki metalowe - bo to one czynią więcej problemów. 

Roznitowanie za pomocą wiertarki.

Zanitownie za pomocą lutownicy.


W międzyczasie przesmarowanie osi .

Praca węglowej szczotki na węglowym ślizgu raczej dobrze rokuje żywotności. Zanitowanie z powrotem nie było możliwe, więc zastosowałem metodę „elektronika”, zalutowując czy lepiej powiedzieć, nalutowując z cyny coś na kształt nitu. Dużo problemów sprawił wyłącznik „szerokości bazy” zabudowany w potencjometrze balansu. Maleńki bakelitowy pierścień okazał się wykruszony i odmawiał współpracy – nie przeginał sprężynującego styku.

 Zmuszony byłem wytoczyć takowy z tworzywa. Miałem wałek teflonowy. 

Oryginał i rysunek dla tokarza (czyli mnie).
Ale przyznam się, że nie było łatwo, dopiero drugi egzemplarz nadawał się do zamontowania. A pierścień zabezpieczający (segerem zwany) przy zakładaniu mi trzy razy na podłogę upadł, trzy razy odnalazłem. W tym dwa razy za pomocą magnesu. 

Pełny sukces.
Po kondensatorach elektrolitycznych poleciałem bez litości i bez analizowanie dobry czy zły (większość była kiepska, zła lub bardzo zła). Tyle, że sprzęgające zamiast 2uF dałem od razu 10uF, ot ciut więcej basów będzie, ciut. Po złożeniu w całość toru m.cz okazało się, że działa – jest brum już od wejścia. Tyle, że regulacja basami powoduje kakofoniczne trzaski w jednym kanale, objawiające się wręcz błyskaniem żarówki, przez którą na czas testów radio zawsze zasilam. Diagnoza problemu została wsparta pomiarem napięcia (którego nie powinno być, a było 12V) na wyjściach potencjometru – i doprowadziła do prostego wniosku, że jeden z nowo-montowanych elektrolitów 10uF miał sporą upływność.
A miało być zero.

Super, tor m.cz mamy zrobiony (przynajmniej tak się wydawało). 

Teraz radio, lampowy tor radiowy. A to to milczy, milczy na wszystkich zakresach i to milczy (szumi z lekka) jednakowo. A więc jest coś co AM i FM dotyka jednakowo. Znów pomiar punktów pracy i od razu sukces – EAF801 na oporniku katodowym ma 0V, a powinno być 0,2V. Wniosek – lampa bez emisji. Już chciałem wyciągać Chopina (też czekającego w kolejce) szukać, gdzie ta lampa jest użyta, a może nawet sprawna, gdy po drobnej lekturze okazało się że bez problemu można ją zastąpić popularną EBF89. A tego modelu mnie dostatek. Jest to o tyle fajne, ze nic nie trzeba w układzie zmieniać EBF może pracować w miejsce EAF, tylko jedna dioda nie jest wykorzystana. 

EBF89 w miejsce EAF801

Radio ożyło. Inaczej szumiał AM, inaczej FM. Tyle, że nic nie odbierało. Po podłączeniu anteny pojawił się odbiór na krótkich i na UKF-ie (chociaż słaby, ale jednak). Problem odbioru na średnich i długich szybko znalazł swoją przyczynę w postaci zerwanych doprowadzeniach do cewek heterodyny – widać przy manipulowaniu cienki drucik (druciki) ucierpiały.  Po przylutowaniu okazało się, że radio jest ładnie grające i w pełni zestrojone. A za słaby UKF odpowiadała słaba ECC85. 

Przyszła kolej na naprawę (wymianę kondensatorów i prostownika) wskaźnika stereo – kilkanaście minut roboty i gotowe. Pocieszony ta sytuacją, zamiast wypróbować wszystkie funkcje i stan począłem radio składać. Szybę wyczyściłem, klawisze wypucowałem, a i obudowę zamontowałem z tylna ścianą też. Szwagier przyjedzie, to i się ucieszy, ze gotowe. 

Jeszcze tylko obudowę założyć i ...

Kiedy tak już te wszystkie czynności wykonałem, poskręcałem itp. posłuchać mi się zachciało. No i masz babo problem. Nie, radio gra, stacje łapie tylko regulacja tonów wysokich w jednym kanale nie działa. Ba jak tylko uchwycę metalową gałkę od tonów wysokich - to lekki brum się pojawia. O, żesz ty! Teraz kiedy wszystko poskręcane zamontowane, a Szwagier prawie u drzwi.

No dobra, jeden dzień jeszcze mam. Trzeba to najpierw zdiagnozować. Ponieważ feler jest w jednym kanale to można prosto porównać. Po zdjęciu obudowy i wysunięciu stopnia mocy dało się podejść z miernikiem do potencjometru – bo i od niego diagnozę zacząć należało. I co? I nic - omomierz w obydwu kanałach ma wskazania podobne.

Rezystancyjnie symetria.
Użyłem miernika kondensatorów - tak samo, oczywiście tu metoda pomiaru pokazuje wypadkową impedancję, więc o wiarygodności tego pomiaru pojemności mowy być nie może.
I nie inaczej. Tylko że te uF to od kiloomów pochodzą.

Ale mam też nanoVNA i to pomogło. O ile w prawidłowo działającym kanale widać zdecydowana pojemnościową charakterystykę (dolna połówka wykresu Schmita) o tyle w tym wadliwym tej pojemności już nie ma. 
Kondensator jak się patrzy - nawet pojemność 10nF można dostrzec.

Wniosek prosty – uszkodzony kondensator C571 – nie ma 10nF.

A tu stoimy w punkcie od 50kHz do 500kHz. Pojemność szczątkowa.

 No z założoną szybą, z listwą nie podejdę i nie podlutuję. Przyszło mi zatem kilkanaście minut operować śrubokrętem, kluczem 5,5mm, oczkowym 10mm i małym szwedem, by dostać się do druku przedwzmacniacza. Gdzie okazało się zaś, że to nie kondensator jest winny, a oczko lutownicze od potencjometru. 

Miejsce na schemacie.

Coś na kształt zimnego lutu.

Po prostu montując postarałem się za dobrze, nanizałem wyprowadzenie potencjometru na kołki (a były w oryginale zukosowane i przylutowane tylko po bokach – przyjąłem to za błąd fabryczny), zalutowałem i skręciłem za mocno, wiec połączenie puściło.

Strzałki pokazują miejsca pinów - wg mnie źle zlutowane.

Kropla cyny i wszystko gra. Przed finalnym zmontowaniem jeszcze raz sprawdziłem działanie wszystkich potencjometrów, przycisków i innych funkcji. 

Prawda, jak pięknie zalutowałem - w piny trafiłem.

Gra i może być Szwagrowi powierzone. 

To lubię!

Zapytacie na koniec, na którym etapie zdobywania wiedzy o naprawie odbiorników jestem. Powiem, że z początku na tym  pierwszym (nie wiem, że nie wiem), w trakcie pracy i szukania źródła problemów na drugim (już wiem, że nie wiem), a jak się uda i ruszy to na tym trzecim (wiem, że wiem). Dającym dużo satysfakcji i radości.

Każde następne radio które przyjdzie do naprawy, już wiem, że da mi nie tylko sporo zabawy, trochę emocji, ale i czegoś nauczy. Nawet niech będzie to kolejny Opus – zaczynam lubić ten model.


    


sobota, 25 marca 2023

Ile kosztuje jedna gałeczka? Czyli robota „po kosztach”

 Ile kosztuje jedna gałeczka czy robota „po kosztach”

Ratując odbiorniki nie zawsze tzw. czynnik ekonomiczny (ile to kosztuje?, czy to się opłaca?) jest tym decydującym. Robimy to, bo ……………………………….. ( tu należałoby wpisać co najmniej kilkadziesiąt różnych powodów i przyczyn, nie wszystkie postrzegane mogą być przez ogół społeczeństwa, a i przez rodzinę jako te "racjonalne". Robimy to, ratujemy odbiorniki, i już.

Radio z gałkami "militarnymi".

Zostałem poproszony o dorobienie gałeczki wg. zasady „po kosztach”. Mam już pewne doświadczenie czy to w dorabianiu brakujących napisów, czy gałek do odbiorników – wiec odpowiedziałem, że pomogę. I że nie będzie to w żaden sposób komercyjne, no niechby zamawiający koszty żywicy pokrył.

I tu już spotkała mnie niespodzianka, przykra w dodatku. Zestaw 2x250g najczęściej przez mnie wykorzystywanej żywicy FC52, kupowałem rok temu za 39 zł, a teraz ku zdumieniu kosztuje 79 zł (płaskowyż! panie Glapiński, płaskowyż !). 

No dobra, bierzemy się do roboty, a jej (tj. roboty) wyniki to nie tylko dwie gałki w kolorze czarnym do radia, ale i niniejszy artykuł. Wypraktykowałem przygotowanie formy silikonowej do gałek odlewane w rurce. Do niektórych była to forma z puszki po zielonym groszku, kilka gałek odlałem korzystając z kawałka papierowego tubusa, w którym otrzymałem ładny kalendarz – wisi w pracowni i wcale nie jest z gołą babą. 

Materiały wyjściowe.

Tu jak najbardziej na miejscu była rura kanalizacyjna, taka 40-stka, mniej silikonu pójdzie. Nie miałem z odpadach, wiec nabyłem w supermarkecie budowlanym najkrótszy prosty kawałek za (jedyne) 9,20zł. No doliczmy do rachunku, do kalkulacji właściwie. Dodajmy do tego 1m pręta aluminiowego 6mm, który oś potencjometru ma udawać. 10,79 zł – krócej nie sprzedają. 

Jako bazę, podstawkę stosuję wytoczony walec z klocka bukowego. Mam trochę takich o wartości „opałowej” więc pozwólcie nie będę z kubików tarcicy przeliczał użytego materiału, nie mniej wycięcie, wytoczenie tak by średnica zewnętrzna do rury pasowała, nawiercenie otworu i osadzenie trzpienia ponad godzinę zabrało. 



Podstawka w 3 krokach

Troszkę trzeba było także stoczyć wałek aluminiowy bo jak się okazało 6mm na wałku i 6mm w otworze gałki – to nie to samo. Przypomniały się zajęcia z tolerancji i pasowań z technikum. 

Konstrukcja podstawki (dla innej gałki).

Gałki dwie jako wzorce otrzymałem i tu kolejna niespodzianka – oryginały porządnie zrobione były - jak dla Krigsmarine – wewnątrz mosiężny pierścień, w którym pracuje dociskowy wkręt. Lecimy więc w koszty – 20 cm bieżące fi 10mm wałka kosztuje 12zł (bez wysyłki). Miałem grubszy o średnicy 18mm, ale szkoda materiału czasu i narzędzi. Wkładka w oryginale ma ok 9 mm średnicy i (jak przypuszczam – gałki oryginalnej mimo pęknięcia nie niszczyłem) moletke na zewnątrz dla lepszego przekazania momentu. Poszedłem zatem w koszty dodatkowe, koszty narzędziowe – za 55 zł udało sią znaleźć taką fajną – jeszcze się przyda.

Obsadzenie gałki na postumencie winno być wspomożone uszczelnieniem z wosku. Wypraktykowałem wosk pszczeli – jeden płat węzy (66 zł/kg przez 11 arkuszy w kilogramie daje 6 zł). Wystarczy na długo, ale trzeba mieć. 

Przygotowanie samej gałeczki zajęło minimum pół godziny. Wyczyszczenie, przeszlifowanie i przepolerowanie czoła, uszczelnienie woskiem pęknięć zajmuje czas.

Oryginał w oryginalnym stanie, z warstwami naniesionymi przez lata i pęknięciem. 

Po obsadzeniu i uszczelnieniu możemy zalewać silikon. Ale taki trzeba mieć – najmniejsza porcja to 250g za 35 zł. Jeszcze miałem trochę z poprzednich zakupów - zużyłem. Kubek papierowy do rozrobienia dostałem z silikonem, ale lepsze pojemnościowo były takie na 150ml – na małą kawę. Do przemieszania patyczek po małej czarnej ze stacji benzynowej. Można kupić za 16 zł 1000 sztuk mieszadełek, z których tylko kilka się użyje, ale nie wliczajmy tych kilkunastu.

Wyczyszczone i gotowe do zalania silikonem.

Pracując z woskiem wspomagam się hotgun-em, a silikon odpowietrzam w zaadoptowanej komorze próżniowej pompą też próżniową napędzaną.

Odgazowanie.

 Silikon i katalizator dobieram ważąc składniki w proporcji 20:1. Wagę trzeba mieć, dobieranie wg. objętości jest gorsze niż na oko, na kolor. Silikon ma gęstość 1,36g/cm3, a katalizator do wody zbliżony.

Zalewamy i po 3 czy 4 godzinach roboty (przy moim doświadczeniu) mamy pierwszą połówkę zalaną, niech zwiąże – 24h w spokoju zalecane.

Po wyjęciu podstawy oryginał gałki powinien pozostać w połowie formy i przystępujemy do budowy komór odpowietrzających (z wosku) i stosownych otworów ulotowych – tu stosuje zakazane już patyczki z plastikowym rdzeniem, zużyte brudne waciki drugi raz się przydają – w koszta nie wliczam. 

Te fragmenty pierwszej formy, które będą stykać się z drugą należy izolować za pomocą woskowego rozdzielacza. Winszują sobie za 150ml skromne 35 zł.

Budowa kanałów, nakładanie rozdzielacza, drugie przygotowanie silikonu, odpowietrzanie i zalewanie to kolejna godzinka.

Zalana 2 połówka - rdzeń umocowany patyczkiem.

Po kolejnych 24h oczekiwania mamy do przecięcia rurę i rozdzielenie (ostrożne!) połówek formy oraz wyjęcie oryginału i usunięcie resztek wosku to kolejna robota. Powiedzmy kwadrans.

Teraz trzeba przystąpić do wykonania tulejek – insertów go gałek. 

Tokareczka, nakiełek, moletowanie na długości kilku cm, wykonie otworu wiertło 3mm, potem nóż przecinak i pierwszy insert mamy.

Rdzeń nr. 1.

Do pierwszego odlewu zaplanowałem wstępne wykonie gwintu w wkładce i odpowiednie osadzenie w przeciw-formie. I tu z razu niespodzianka – w oryginale to nie jest M3, nie jest też M4 i to raczej nie calowe, więc mamy M3,5. Takiego to. ani gwintownika, ani narzynki nie posiadam. Mógłbym kupić (18,45zł + 24,62zł – ceny przykładowe z All…o), ale postanowiłem, że idziemy w M3 (później się okazało - jednak M4). Zamiast żywicy FC52 użyłem F38. Wiąże szybciej, ale i szybciej można z formy wyjąć odlew. Jest on z początku jest trochę elastyczny, ale z czasem nabiera twardości. Jako barwnik użyłem kolorantu otrzymanego od kolegi, jeśli zaś byśmy kupowali to za jeden kolor (np. czarny) 15 zł za 10ml żądają. A też troszkę brązowego należało dodać, by bardziej bakelitowa w kolorze wyszła ta gałka.  


No i pierwsza wyszła, tyle że przekręciła się wkładka i to tak nieszczęśliwie, że nie dała nawiercić i na gwintować w miejscu przewidzianym. W sumie na wykonanie pierwszej i to nie udanej gałki – półtorej godziny minęło.

Odlew nawet ładny.

Druga i kolejne tulejki w przygotowaniu: moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak, moletka, wiertełko, wiertło, przecinak  - godzina przy tokarce minęła. Osiem tulejek jakoś się zrobić udało.

Seryjna produkcja odlewnicza już poszła, no tyle że druga gałka też nie udana – słabo przemieszanie i wygląd nie akceptowany – tulejka wyłuskana została użyta raz jeszcze została. 

Pierwsze koty za płoty.

Operacje typu wyjęcie odlewu i wstępne sprawdzenie, odważenie żywicy, odważenie katalizatora, dodanie koloranta, przemieszanie z katalizatorem, zmieszanie z żywicą, przesmarowanie formy i jej zalanie i finalnie zaciśniecie to w sumie 10 do 15 minut na sztukę. Przetykanie innym pracami kiedy wiążą.  Wyszło osiem gałeczek, w tym dwie w troszkę bardziej brązowym kolorze.

Kolejną operacją było wiercenie otworów na wkręt dociskowy. 

Nawiercanie w "przyrządzie".

Chciałem użyć M3, więc najpierw ostrym wiertłem 2,2mm potem miało być 2,4mm, ale pomyliłem się i poszło 2,7mm. Gwintowanie było łatwe, ale okazało się, że docisk M3 nie trzyma. Czyli w zasadzie klapa. 

Aby ratować sytuację pozostało bądź to M3,5 jak w oryginale lub przejście na M4. Wybrałem to drugie. Więc kolejne nawiercanie – już sprawdziłem wiertło 3,3mm i gwintowanie M4. Udało się.

Przyszło przygotować śrubki dociskowe. Nie udało się użyć gotowych, bo i za długie i ampulem zakręcane, wiec trzeba było wykonać z pręta. Można było kupić metrowy kawałek gwintowany za 6,90 zł, ale użyłem dłuższych śrub pozostałych po jakimś mechanizmie. Ładnie wykonane i precyzyjne. Nie mniej należało to przyciąć równiutko na ładne, krótkie odcinki. Uchwyt tokarski nie jest przy tych średnicach precyzyjny, więc mój warsztat wzbogacił się o zakup tulejek zaciskowych wraz z uchwytem za 84,40 zł (w cenie przesyłka od żółtych braci).

Przycinanie śrub dla przygotowani docisków.

 Przycięte przecinakiem 4 mm kawałki zostały rowkiem obdarzone w prymitywnym uchwycie.

Kolejny "przyrząd".

 

Po zamontowane w docelowym miejscu okazały się ciur za duże i dwie sztuki poszły do kosza a kolejne 8 uzyskało już 3,5mm długość. Przycięcie, obrobienie, nacięcie i pasowanie itd. – półtorej godziny poszło.

4 mm średnicy i 3,5mm długości. 

Teraz kolejna, ostatnia operacja – przycięcie gałek by nadlewki zlikwidować i nadać ostateczny kształt. Poszło szybko, pół godziny, tyle że jedna z gałek nie wytrzymała tej operacji – pękła. I z 8 pozostała tylko wspaniała siódemka. Są wśród nich lepsze i gorsze, jaśniejsze i ciemniejsze, proste i lekko niecentryczne. Przekaże wszystkie zamawiającemu by wybrał najlepsze.

Do wyboru - do koloru.

Podsumowując, gdyby ktoś chciał zrobić gałeczki to potrzebuje wydać na materiały i surowce coś około 180 zł, nie licząc drewna, wosku, patyczków plastikowych kubków czy kieliszków czy kilku par rękawiczek.

Po całej robocie trzeba też posprzatać.

A oprócz tego trzeba posiadać tokarkę, pompę próżniową, wagę, wiertarkę kolumnową, osprzęt itp. 

Do tego ogromną cierpliwość i około 10h godzin pracy. Czyli licząc po minimalnej stawce godzinowej (pierwsza połowa 2023 roku) 228 zł. Czyli w sumie przy ośmiu sztukach wychodzi kosztów 50 zł/sztukę kosztów. Bez wliczanie czasu przygotowania i zakupów, kosztów przesyłek czy też czasu na niniejsze opisanie. Dla dwóch gałek to już cena całego radia. 

Zdecydowanie jednak odradzam kupować radio tylko po to by wykorzystać tylko gałki z niego. Choć znane są takie operacje. 

Nie mówię, ze nie da się tego zrobić i szybciej, i taniej. Kto chce niech próbuje. I dzieli się swoimi rezultatami i kalkulacjami.