sobota, 18 lipca 2015

Wega czyli mała, czarna, gorąca i słodka

Wega z gwiadzdozbioru Liry (Alpha Lyrae) jest, jednymz najjaśniejszych obiektów na naszym niebie, w konkury stając z Syriuszem, kilkoma gwiazdami i Wenus, Marsem czy innymi planetami.
 Bardzo często wieści nam czas na Wieczerzę Wigiliją,  Nie dziwota zatem, iż Wega znalazła także swoje miejsce kulturze. Poczynając już od mitologii chińskiej, gdzie to rozdzielna z kochankiem Altair (w gwiazdozbiorze Łabędzia) może raz do roku się spotykać poprzez most utworzony przez sroki w poprzek Mlecznej Drogi – za rzekę przez chińczyków uważaną. Aż po przeciętnej jakości, ale dosyć popularny amerykański serial z lat sześćdziesiątych – The Inviders. Weganie atakowali.
Centralny Radiokomitet oszczędził nam oglądania tej produkcji, podobno tylko kilka odcinków wyemitowano - osobiście nie pamiętam. Kochałem Kosmos 1999.

Podobnie polski przemysł radiotechniczny nie wyprodukował takiego radia, jak to które wylądowało u mnie domu.
WEGA BOBBY 465 
Niemiecka firma Wega w roku 1952 wyprodukowała ten egzemplarz i do trwał on do dnia dzisiejszego w bardzo dobrej formie. No wręcz idealnym stanie – grający głośno i wyraźnie.
Co prawda sprzedający określił stan radia jako „raz gra, a raz nie”. Ale mnie przyjemnie zaskoczyło - było sprawne, i to na wszystkich zakresach, włączając w to UKW. Specjalnie zależało mi na tym, gdyż detekcja FM na zboczu charakterystyki to rozwiązanie nietypowe i porzucone przez radiotechnikę na rzecz detektora stosunkowego wcześnie. Przed tym jak powstawały Podhale, Śląsk i Symfonia te dostały przystawkę superreakcyjną, a kochane Calypso już porządny tor FM miało.
Radio jest „dziwne” nie tylko ze względu na tor FM, ale nade wszystko z powodu konstrukcji. Nie ma typowej formy skrzynki, ale wygląda jak toster lub statek wegan z wspomnianego filmu.
Obudowa to dwie skorupy (spód i  góra) połączone śrubami dwiema (jednej brakuje) a wszelkie informacje co i jak połączyć znajduja się na spodniej tekturce.
I tu dochodzimy do największej niespodzianki jaką zgotował nam projektant – wszystkie przewody łącznie z zasilaniem rozprowadzone są na boki. Czyli radio postawione na stoliku i tak otoczone było plątaniną kabelków. No jakoś nie pasuje mi to do porządnego niemieckiego domu. W dodatku głośnik grający – do tyłu. No w 1952 roku czysty odlot.
zasilane 
Radio jest zasilane bezpośrednio z sieci, przez co lampy z serii U w środku się znajdują, i to rzadkie u nas UC92, UCH42, UAF42, UCL81 i UY41. Cieszyłem się, że gra i to przyzwoicie, a że chwilowo z okna PKiN widzę to i UKF ładny, co ciekawe nie tak trudno dostroić na krawędzi detekcji. Na długich Jedynka, a pod wieczór i średnie i krótkie się pojawiły i to na antenie KD (kawał druta).
To wspomnę, że nie jest pierwsza Wega jakiej słucham. Otóż po dzielnym rozmontowaniu przez mnie Menueta (któremu ten cały blog dedykuję ) pojawiła się w zastępstwie Vega 402. Była w moim rodzinnym domu przez długie lata podstawowym odbiornikiem. 
Vega 402, trochę zniszczona
Ruska, prosta i grająca no tyle, że strasznie żarła płaskie baterie 4,5V i jedna z moich pierwszych samodzielnych konstrukcji elektronicznych to zasilacz sieciowy mocowany w miejscu baterii.
Ktoś też kombinował z zasilaniem.
Związek radziecki w radiotecnice nie był może przodujący ale za to nie szczędził wydatków w podboju kosmosu. Nie tylko lotów okołoziemskich ale i międzyplanetarnych. W latach osiemdziesiątych na bazie sond Wenera służących do badania błękitnej planety powstała misja WEGA. łącząca dwa cele Wenus i kometę Halleya.
Vega Spacecraft on display at the Udvar Hazy Center. (Photos: Richard Kruse, 2008)
Misja, a właściwie dwie (Wega 1 i Wega 2), połączyły badanie Wenus (przelot, balon stratosferyczny i lądownik) z przelotem w ogonie komety Halleya. Misje prawie udane, nie licząc faktu, że od balonu  lądownik odłączył się na zbyt dużej wysokości (20km) i nie przekazał żadnych danych, a i główna kamera przez pył z komety została uszkodzona. I tak to lepszy los niż kolejne sondy z serii Fobos – pierwsza została omyłkowo wyłączona przez operatora – pomylono przecinek z kropką. Druga po udanym wejściu na orbitę synchroniczną z satelitą Marsa, kilka dni przed planowanym zrzuceniu lądowników zamilkła – prawdopodobnie uszkodził się komputer pokładowy.  Chociaż niektórzy uważają, że było inaczej. "Dowody" nawet publikują.

Moja Wega grała kilkadziesiąt minut, niestety musiałem ją opuścić na kilka minut – gdy wróciłem – już nie. Dokładnie jak w opisie sprzedawcy. Próby uruchomienia jak na razie nie udały się.
A może ten goracy kondensator to przyczyna wszystkich problemów?
A ponieważ z powodu remontu mieszkania mam utrudniony dostęp do warsztatu – musi poczekać. Ale i  tak mi łatwiej niż Rosjanom, na Marsa nie słyszałem by się ktoś wybierał. A może sama się znów odezwie – Philae tak zrobił. Niemiecka technika, no może europejska.

Mój kolega z Ekwadoru mówił, że „kawa powinna być jak kobieta – mała czarna gorąca i słodka.” Wega taka była to jednak żeński pierwiastek.
„ … i pita w łóżku” – dodawał po chwili

Dziękuję sprzedawcy leszku1962 za udostępnienie zdjęć Vegi 402, moja sie nie zachowała nawet na zdjęciach.


środa, 17 czerwca 2015

RADIOTEHNIKA czyli katastrofa na sowietską skalę

Jak pamiętam z dzieciństwa u mojej Cioci Marysi zawsze na stole stał odbiornik radiowy, taki z dwoma czarnymi kreseczkami. Teraz wiem, że była to VEF Spidola 10. Odbiornik, który w ZSRR i wszędzie gdzie był eksportowany obrósł legendą, nie mniejszą niż RRR - słynna Ryska fabryka.

Spidola model 63, za WikiMedia (autor Pudelek) 
Wczoraj miałem  dzisiaj okazję obejrzeć pozostałości po jednej z największych w ZSRR fabryce sprzętu elektronicznego.


Po wstrzymaniu produkcji w 1991 roku, przeogromny kompleks popadł w totalną ruinę. Poraża wielkość bydynków, jak i wielkość upadku.


Teraz jest jeszcze gorzej, pożar strawił część budynku.


Katastrofa godna wielkości. Smutno jakoś. 17 tysięcy ludzi tam pracowało.


Tym razem nie udało mi się zwiedzić Muzeum gdzie zgromadzone są eksponaty produkcji VEF, i zobaczyć Radiolę Stalina. Obiecuję sobie (i czytelnikom bloga), że przy najbliższej okazji odwiedzę tą instytucję, i zdam relację. Samo muzeum mieści się w Pałacu Kultury, który nie bardzo przypomina obiekt z Warszawy. "Nasz" ma swój architektoniczny odpowiednik w postaci socrealistycznej siedzibie Akademii Nauk. Budynek wysoki tylko na 108 m (wobec 237 m tego w Warszawie).


Nie mniej tak samo drażni, tym bardziej, że sąsiaduje z tradycyjnym, drewnianymi budynkami i o 150 lat starszą, bardzo ciekawą budowlą. Drewnianym kościółem ewangelicko-augsburskim pod wezwaniem Jezusa. Jest to największa i najstarszą drewniana świątynia na Łotwie – wieża sięga ma wysokość 37 metrów.Sztuka cieselska w miastach Hanzy stała na wysokim poziomie.


Podobno z całego kombinatu VEF, RRR czy też Radiotehnika pozostała mała wytwórnia zestawów głośnikowych, ciągle jako firma i to giełdowa. Zdaniem moich kolegów - z produktami zupełnie dobrej jakości. 

Jak głosi kartka na drzwiach dawnej siedziby, a raczej szczątkach drzwi - sklep zakładowy znajduje się na pięterku supermarketu.

Supermarketu powstałego w przeogromnych, pustych halach zakładu.


Taka iskierka się jednak tli, iskierka nadzieji.

niedziela, 14 czerwca 2015

ZOPAN czyli solidność przetrwa lata.

Historia ludzkości zna takie pojęcie jak „Złoty Wiek”. Praktycznie w każdej dziedzinie sztuki czy nawet rozwoju technologii  był, jest, lub będzie taki okres, kiedy było najlepiej. No może nawet najlepiej nie było, ale z pewnością było lepiej niż jest teraz i to warto wspominać. Dzieła podówczas powstałe także przez potomnych za najlepsze są uważane. Dla polskiej elektroniki, w mojej opinii był to początek lat osiemdziesiątych. Czas, społecznie nie najlepszy, daleki od znamion dobrobytu, ale jednocześnie okres kiedy rodzimy przemysł opanował produkcję większości komponentów, a rozwój trwał praktycznie we wszystkich dziedzinach. Nie ważne czy z własnych opracowań czy z licencji. Tak się złożyło, że także okres mojej fascynacji elektroniką. Bogaty w bibliotekę Radioelektroników i Radioamatorów (miałem farta czyli dwu kuzynów ZURiT-owców), próbowałem swoich sił głównie w budowaniu coraz to lepszych wzmacniaczy akustycznych czy coś tam robiących układów cyfrowych. Dążąc do jak najwierniejszego dźwięku, walczyłem ze zniekształceniami nieliniowymi, opierając się na danych przez autorów podawanych. Bawiłem się także różnymi TTL-kami, tu sukcesy były już zero jedynkowe. Większość tych konstrukcji pozostała „na desce”, ale część udało się dokończyć, jak na ten przykład pracę dyplomową w Technikum Mechanicznym – cyfrowy wskaźnik pozycji suportu tokarki. 30 lat od matury właśnie stuknęło.
Wszystkie te konstrukcje powstawały w iście amatorskich warunkach, z wykorzystaniem z trudem kupionego miernika LAVO21, jako najlepszego posiadanego przyrządu. Lepsze, profesjonalne  były w sferze marzeń.

Zaraz po studiach przeprowadziłem się z akademika na ul. Staligradzką 4, gdzie w małej kawalerce nie było miejsca na zajmowanie się hobby. W tym to właśnie czasie wiał wiatr przemian, Stalingradzka stała się Jagiellońską, Plac Leńskiego stawał się Placem Hallera, a My rozwijaliśmy się jako rodzina. Elektronikę zarzuciłem na lat naście.
Powtórna fala „zabaw” odbywa się już w zupełnie innych warunkach, czasu jest dużo mniej, ale za to dostępność do osprzętu i literatury dużo większa. Nastąpiła proporcjonalnie przeogromna podaż urządzeń i przyrządów podówczas dla amatora niedostępnych. Dzisiaj można kupić czy to generator, czy też częstotliwościomierz na sto kilkadziesiąt złotych, jednakże w większości ofert jest zastrzeżenie o „nieznanej sprawności”, lub inne zwalniające sprzedającego z odpowiedzialności za techniczny i funkcjonalny stan przyrządu. Te „całkowicie sprawne” z możliwości sprawdzenia kosztują złotych kilkaset.
Pomimo posiadania dwu generatorów częstotliwości radiowych (dziadek ORION już jest w innych rękach) zapragnąłem uzupełnić warsztat o generator posiadający modulację AM i FM, o pełnym zakresie przestrajania i cyfrowym wskaźniku. Jakoś tak się składa, że częstotliwość to cyfrą mierzę, do skali liniowej czy obrotowej nie mam zaufania. Już miałem na oku taki jeden PG-20, ba nawet zamierzałem do Blachowni podjechać i obejrzeć, ale jakiś szczęśliwiec machnął KUP TERAZ i mogłem się tylko sprzedającemu wyżalić. Odpowiedź była wręcz ripostą trafną i celną, i co ciekawsze ogromnie motywującą, że przytoczę:

Dzień dobry, żadna strata, jest licytowany taki sam. Wygrać licytację, kupić instrukcję, naprawić i po sprawie. A przede wszystkim spytać się sprzedającego czy nie próbował naprawić. Wiadomo jak takie naprawy przez "fachowców' wyglądają. Trzeba najpierw przywrócić do stanu pierwotnego. A później szukać uszkodzenia. No, bo gdyby był fachowcem to by naprawił.
z poważaniem
Tadeusz

W ciągu dwu tygodni pojawił się PGS 21 (stereo) o stanie „nieznanym”. Ponieważ cena KUP TERAZ była połową poprzedniej kwoty zaryzykowałem. Dotarł, arcy-solidnie i profesjonalnie zapakowany. Nie mniej nalepka na obudowie pozbawiła mnie złudzeń – NIESPRAWNY.

Co ciekawe, co któreś włączenie powodowało zapalenie losowo wybranej cyfry, a na wyjściu pojawiało się minimalne napięcie w.cz. i co najważniejsze – o przestrajanej częstotliwości. Przyrząd żyje!!!

Z wielkim niepokojem otwierałem pokrywę, by zobaczyć kawał solidnej elektronicznej konstrukcji. Konstrukcji porozdzielanej na poszczególne układy. Część na płytach, część w ekranowanych aluminiowych konstrukcjach. No może nie aż tak solidnych jak w moim pierwszym generatorze ORION, gdzie sam generator był w aluminiowym odlewie o ściankach tak z centymetr grubych, a przez to ważący ładnych kilka kilo. Tu była aluminiowa blacha, ale za to poprzykręcana dwudziestoma paroma śrubkami, no jednej brakowało.

Ożywianie rozpocząć należy od kontroli napięć zasilających, i od razu sukces -15V brak, tranzystor się grzeje, aż parzy. Do tego pomiar oporności odbioru ledwo coś ponad om wskazuje.
Nie było łatwo prześledzić całego przebiegu napięcia, poprzez bardzo profesjonalne filtry LC, aż do magicznej aluminiowej obudowy – do samego serca generatora. Wykręcenie tych dwudziestu paru śrubek i jeszcze kilkunastu od spodu umożliwiło dostęp.
To też nastąpił kluczowy moment – jedna mała śrubka wypadła spod pokrywy – był komplet. Jak się okazało to ona była przyczyną zwarcia zasilania. Po wymianie tranzystora z zasilaczu – sukces.

Czyli zepsuł ktoś kto grzebał. Nie ładnie.

Generator działa, przestraja w pełnym zakresie – super. Pozostał problem wyświetlacza-częstotliwościomierza. Ponieważ cyfry wyświetlane są sekwencyjnie, a co któreś włączenie jedna się zapalała to założyłem, że brak taktowania – podstawowego rytmu całego miernika jest przyczyną. Generator kwarcowy 1 MHz okazał się żywy, sygnał ten był kolejno obniżany w dzielnikach dekadowych UCY7490 i już sprawdzenie pierwszego ujawniło winnego.
Tutaj muszę się przyznać, iż zwalony ogromem pracy przy naprawie i ubogi w wiedzę o postawiony wobec niedziałającego przyrządu - postanowiłem poszukać pomocy. Z trudem znalazłem jakiś telefon do serwisu częstotliwościomierzy Meratronik, ale rozmówca nie był skory do podjęcia wyzwania:
Panie ja już kilka lat tego nie robię, TTL-ki są na Wolumenie po złotówce. Sam pan to zrobisz, tylko pamiętaj by nie wylutowywać tylko wyciąć i do nóżek nowy przylutować. Bo płytki drukowane słabe i ścieżki odchodzą.

Posłuchałem, tyle, że po wycięciu kości scalaka pozostałe nóżki, jedna po drugiej spokojnie wylutowałem. Co ciekawe ten 7490 był inny, w innym kolorze obudowy – inna seria, inna jakość.

Od razu miernik ożył. I dzielnie służy. Pasowałoby jeszcze tak na 100% skalibrować. Nie wiem jak sprawdzić głębokość modulacji FM.

Podsumowując  za cenę dwu butelek Jasia Wędrowniczka mam przyrząd, na który w osiemdziesiątych latać nie tylko moją uczniowską kieszeń nie było stać, ale i w rozdzielniku dla „prywatnej inicjatywy” za nic nie mógł się znaleźć się nie mógł. Na eksport szły.

Drugim „determinantem” moich działań były zniekształcenia nieliniowe, czyli zawartość harmonicznych we wzmacnianym sygnale. Mierniki takowych pojawiają się na aukcjach, jednak nie odczuwałem potrzeby ich użycia (posiadania) aż do momentu, gdy przyszło mi ustawić symetrię detektora stosunkowego. Tam w jednej gałęzi zastosowana została PR-ka by skompensować niedoskonałości diod DOG-58. Niby można mierzyć oporność pary dioda+rezystor, ale prawdziwym wyznacznikiem ma podobno być jakość, a więc minimalna zawartość harmonicznych, które możemy zmierzyć np. PZM-11.

Kupiłem przyrząd, jako sprawny, nie mniej sposób odbioru osobistego i niejasne potakiwania przekazującej osoby wskazywały na możliwe problemy. Ale stan był wręcz idealny, no może pokrętło tłumika było na niewłaściwej pozycji. Ale czego wymagać od przyrządu w wieku chrystusowym (rok produkcji 1982). No uruchomił się, zamachał wskazówką, ba nawet coś na kształt pomiaru dało się zrealizować. Po czym zgasł. Przepalił się bezpiecznik. Wymiana i przepalenie kolejnego następuje po kilkunastu sekundach. Kolejnego dnia to samo – pierwszy bezpiecznik dwie minuty pracy, drugi tylko sekundy. Pomiar prądu na biegu jałowym (można wyjąć płytkę zasilacza) rozwiązało zagadkę. Winny okazał się filtr przeciwzakłóceniowy po pierwotnie stronie – widać zastosowano kondensatory papierowe, które lekko mają na tyle dużą upływność by topikowy bezpiecznik spalić.
Do czasu znalezienia fajnego i małego filtra – przyrząd działa „na krótko”, ale działa.  Najbardziej zdumiewającą rzeczą tego działania była praca tłumika wejściowego. W czterech ustawieniach czułość była prawie najwyższa, a na dwu zerowa.

Przyrząd widać pochodzi z tej samej pracowni konstrukcyjnej, podobne rozwiązania i tak samo profesjonalne podejście do konstrukcji. Ponieważ problem jest dosyć dobrze zlokalizowany – rozpocząłem od sprawdzenie attnuatora, który to jako tłumik (RC – skompensowany) umożliwia pomiar zniekształceń dla napięć wejściowych sygnału od 300V do 300mV. Wymontować się udało, sprawdzenie omomierzem pozwoliło złapać, że coś nie jest w porządku.
Od strony wyjścia rezystancja się zmienia jak, powinna ale od wejścia nie bardzo. Dokładniejsze spojrzenie na trzy sekcje obrotowego przełącznika ujawnia pierwszy błąd – zwierany do masy jest rezystor wejściowy, przed kondensatorem. Spotykałem się z rozwiązaniami gdzie wolne, nieużywane końcówki gniazd np. lamp były używane, jako końcówki montażowe. Tutaj ktoś tak zastosował.
Fuszerka w produkcji? Czy to możliwe? Przyrząd wyglądał na nieotwierany, niegrzebany. Gdzie była kontrola jakości, Przecież ZOPAN to profeska, nie produkcja masowa.
A rezystor chamsko zwierany. Ostatnia sekcja także nie pracowała właściwie. Środkowa, ceramiczna 2x6 pozycji OK.
Dopiero otwarcie mechanicznej konstrukcji przełącznik pozwoliło znaleźć przyczynę. Ktoś potraktował przełącznik zbyt dużą siłą (właściwie momentem) i przełamał ograniczenie.

Osiłek się jakiś przyłożył i zepsuł.

Przez co zewnętrze sekcje wybieraków nie pracowały we właściwych pozycjach, a środkowa, jako że była symetryczna, po zamianie pozycji o 180 stopni przełączyła się i działa normalnie. Po naprostowaniu blokady i złożeniu wszystkiego – przyrząd działa sprawnie, bardzo przyjemnie jest obserwować dostrajania mostka Wienna przy pomiarze na ostatnich zakresach. Widać pracę przetwornika cyfrowo - analogowego na kontaktronowych przekaźnikach zrealizowanych.

Nie ma już ulicy Stalingradzkiej, a w dawnych budynkach ZOPAN mieści się Wyższa Szkołą Koźmińskiego, gdzie ponad dziesięć lat temu dane mi było na studia MBA dla Inżynierów uczęszczać. Wielką estymą darzę to miejsce, a specjalnie wykłady Profesora Witolda Kieżuna, który w swojej książce Patologia Transformacji właśnie o ZOPANIE, jako jednej ze zniszczonych w trakcie przemian firm wspomina. Smutno się to czyta, ale prawda.

Po ZOPAN-ie pozostało bardzo mało materiału – kilka instrukcji, wpis w Wikimapie. Na szczęście ktoś (J.GRON) dopisał nazwiska konstruktorów i inżynierów zakładów. Pozwolę sobie tą listę bezpośrednio zacytować:

DLA PAMIECI NALEZY PRZYTOCZYC KILKA NAZWISK INZYNIEROW TWORCOW APARATURY ZOPAN:LESZEK KABACIK, JERZY KOSIOR, TADEUSZ KULBABINSKI, WLADYSLAW MILCAREK, JERZY MIASKO, JANUSZ JEDRASIK, LEONARD GODZINSKI, JERZY BIELECKI, WLODZIMIERZ SASAL, JERZY HRYMNIAK, KAZIMIERZ PIADLOWSKI, STEFAN GIZINSKI ANDRZEJ KRET, WIESLAW DANIELAK, MIECZYSLAW WOLCZYNSKI, oraz JERZY ZATORSKI-GLOWNY INZYNIER, TWORCA ROZWOJU ZOPAN, GLOWNY PROJEKTANT I BUDOWNICZY NOWYCH OBJEKTOW ZOPAN

Dziękuję Wam za solidną robotę, przyrządy pracują i będę pracowały.

Raduje się serce, przyrządy przetrwały czas, bezpardonowe traktowanie i znów służą.

Dużo zdrowia Profesorze!




piątek, 29 maja 2015

Agregat czyli przeszczep ratuje radiowe życie

Kilkanaście miesięcy temu bardzo dużą dyskusję, poruszenie i oddźwięk w społeczeństwie wywoła film Łukasza Palkowskiego „Bogowie”. Byłem, widziałem i nie ukrywam – podobał się. Wiernie oddany klimatu z początku lat 80tych, doskonale przedstawiona postać prof. Religi i wielki moralny dylemat – przeszczepianie serca. Ratowanie jednego życia, za cenę pokonania bariery kultury, tradycji poglądów i wierzeń – zabrania serca komuś innemu.

Czy radio może mieć serce? Oczywiście, że ma. Jeżeliby przyszło nam wskazać który z elementów odbiornika w swojej anatomiczno-fizycznej reprezentacji może odpowiadać roli serca, to moim zdaniem będzie to agregat strojeniowy. I to nie dlatego, że ma dwie komory (zazwyczaj – czasem różne, czasem takie same), ale głównie dlatego, że nawet dla laika to element ważny. I stoi się tym sercem, a każde je ma (prawie każde).

Ale tak naprawdę to rozpoczęło się od szczerbatej Bimby.
Kiedy moja ślubna (całym sercem kochana małżonka) oświadczyła, że w pokoju, przy prasowaniu może słuchać radia, starego radia. Od razu moje serce goręcej zabiło. Po kolei począłem wnosić z piwnicy co najbardziej pasujące (do żony wyobrażenia i gustu) odbiorniki. Nijak żaden nie mógł spasować. Blaupunkt Roma okazał się za duży, zatem Berlina już nie wnosiłem, a malusia Philetta, za bardzo obdrapana się okazała. W onej gorączce, nierozważnie skierowałem się zatem ku komputerowi, gdzie za sto kilkanaście złotych na znanym portalu pojawiło się radyjko AEG. Grające na UKF-ie, z troszkę wyszczerbionym klawiszem AUS, ale z bardzo ładną obudową.
Nie podejrzewałem jednak, że drobna wzmianka w opisie, iż nie gra na AM z powodu „usterki mechanicznej”, okaże się radiowca prawdziwą traumą.

Rzeczywiście, grało nawet nie źle, obudowa ładniejsza niż zdjęcia pokazywały, ale po odsłonięciu tylnej pokrywy - szok prawdziwy. Takiej „usterki mechanicznej’ się nie spodziewałem – jedna sekcja kondensatora zaklinowana na amen – słowem totalny zawał.
Zawał
Trudno i tak gra na UKF-ie. Niech to.

Już miałem się sposobić do odbudowy klawisza, gdy ukazała się oferta drugiej Bimby, w dużo gorszym stanie, rzekłbym zejściowym, ale niosącym nadzieję na kilka całych klawiszy jak i na sprawny najważniejszy organ.  Zaryzykowałem.

Serce było na chodzie, trochę brudne, ale ruchome i takie same.
Przeszczep trwał dosłownie kilkanaście minut, po godzinie pacjentka pięknie odezwała się na falach długich i średnich. Obyło się bez strojenia obwodów wejściowych i heterodyny. Pełen sukces kliniczny.

Dawca i biorca.
Widok nie dla wrażliwych - radio bez agregatu
Wymontowany organ.
Niemiecki olej, dla niemieckiego kondensatora.

Dodaj napis


Przywrócenie Bimby do pełnej sprawności wymagało także wymiany kilku kondensatorów papierowych, elektrolit był ok.

Prostownik selenowy AEG także, dużo elementów (głośnik i inne) nosiło znaki Telefunkena. Jak się łatwo było zorientować jest to model tożsamy z Jubilate. Bardzo ładnie grający pomimo niewielkiej obudowy, z ładną czułością i przyzwoitą odpornością na zakłócenia sieciowe. Nie za duże, nie za małe, ładnie gra i się prezentuje. Żona zadowolona, ba nawet teściowej też w oko radyjko wpadło. Po naprawie zostało mi dużo organów i trzy klawisze - tak, że kolejna propozycja szczerbatej Jubilate to nie miałem wątpliwości jak dzień 5 marca uświetnić.
Jeszcze na ulicy w Bydgoszczy.
Pomimo zewnętrznych podobieństw, różnice były. Już poprzedni właściciel od wymiany elektrolitu restaurację rozpoczął, ale się widać zniechęcił. Na trzy bezpieczniki (w Bimby był jeden) ten od żarzenia na tyle skorodowany był iż opór stawiał. Radio zagrało, ale ni jak nie chciało odezwać się na UKF-ie. Po wciśnięciu czwartego klawisza tylko szumiało i nie reagowało na przestrajanie zewnętrzną gałką. Ze sporym zdziwieniem stwierdziłem, że ten Telefunken ma fale krótkie. Piąty klawisz (w Bimby - Sprache) to właśnie UKW. Z innych różnic w stosunku do AEG, to inny grill i plastykowa ramka zamiast mosiężnej, zmiana na gorsze.
Gra podobnie, drobnych poprawek jeszcze wymaga, papierowych kondensatorów już mniej stosowali więc będzie mniej lutowania. Gałeczka jest jedna bez mosiężnej wkładki, na szczęście pomocni koledzy nie dosyć, że zaprojektują to i u zaprzyjaźnionego tokarza zamówią.

Profesjonalnie zaprojektowane.

I wykonane.
Troszkę polerowania i będzie ładnie. Nie wiem tylko czy do Dnia Teściowej będę czekał.

Po całej operacji został jeden klawisz – zostanie jako cześć zamienna, a nuż któraś z Pań paluszkiem zechce radio uciszyć, z całej siły nadusi i krucha skorupka trzaśnie.
Ważne by serduszka nie trzeba było przeszczepiać. UKF na wariatorach zrobiony! Czasem wieczorkiem posłucham na AM, a teściu chińczyków po polsku mówiących na krótkich będzie łapał. Radio ma i serce, i duszę.

czwartek, 7 maja 2015

Beethoven czyli Wielkie Radio na koniec etapu

Tegorocznie święto 1 Maja zdecydowanie się nie udało, zimno i deszcz, ni jak grila rozpalić i pomajówkować. Nawet najtwardszym komunistom nie udało się w Warszawie skrzyknąć nawet mini-pochodu. Oj, zmieniły się czasy.

Dzień 1 maja to także start Wyścigu Pokoju, tej wielkiej imprezy, która przetaczając się przez Polskę  (przez Bukowinę jak pamiętam też kiedyś jechali) skupiała przy odbiornikach radiowych miliony ludzi. Sygnał Wyścigu Pokoju jest jedną z lepiej rozpoznawanych melodii, czy jakbyśmy to teraz nazwali „dżingli”. Krótkie komunikaty z trasy miały długość dzisiejszych e-maili, tych komunikatywnych.
W pamięci pozostały etapowe zwycięstwa i nagrody rozdawane.  Nie wiem, czy to z jakiejś kroniki filmowej czy też czyichś opowieści, jedną z takich etapowych nagród był:

Odbiornik Radiofoniczny Najwyższej Klasy - Beethoven.

 I tu musze przyznać, że co jak co, ale ten model jest chyba apogeum NDR-owskiej radiotechniki, a Polsce ma swoją estymę i wierne grono wielbicieli. Najwierniejsi mają ponad 10 sztuk.

Wielki to odbiornik nie tylko swoją legendą, ale nade wszystko gabarytami czy ilością napakowanej elektroniki wewnątrz. Ma jak na swoje czasy bezkompromisowe rozwiązanie toru m.cz. z dwukanałowym wzmacniaczem i czterema głośnikami. Tor radiowy też bardzo na poziomie , bardzo no może stereo-dekodera zabrakło. No, ale nie wymagajmy 1957 to nawet w NRF-ie nie nadawali - tam pierwsze eksperymenty dopiero końcem 1958 roku przeprowadzono. A i to dwoma oddzielnymi nadajnikami.
Mój Beethoven był kupiony w Krakowie.
 

W swoich ostatnich dniach radio pracowało w zakładzie kamieniarskim, przez co okropnie zapylone było, ale akurat ten rodzaj brudu jest łatwy do usunięcia.


Wstępne oględziny pozwoliły stwierdzić, że przy ogólnej sprawności (podłączony do zasilania piękny basowy przydźwięk wydał) to większych problemów mogła dostarczyć mechanicznie uszkodzona głowica UKF.
Przygotowując się do renowacji prawie dwa lata temu, poprosiłem nieodżałowanego Pana Bohdana o opis takowej – właśnie się chwalił takim odbiornikiem. Powstała piękna dokumentacja – mam nadzieję, że jeszcze wiele lat strony te będą dostępne i będą pomagały i inspirowały w ratowaniu Beethovenów, i nie tylko.

Radio u mnie czekałby jeszcze kilka lat na swoją kolej, respekt swoimi gabarytami i złożonością budziło, i budzi nadal. Zatem zdecydowaliśmy, iż finalnie powędruje do Konina, do Zygmunta. Pojechało.
Ostatnie chwile w Bukowinie :-(
Już po kilku dniach otrzymałem informację, że mechaniczne elementy głowicy zostały odbudowane a cały mechanizm strojenia po potraktowaniu super preparatem (też podpowiedź Pana Bohdana -  50% nafty+50% oleju maszynowego) działają sprawnie i pewnie.
Tu następuje rozdzielenie obudowy i elektroniki na kilka tygodni. Obudowa powędrowała do renowacji. Trwało trochę długo, ale akurat przerwa świąteczna się wdała i warsztat w salonie zorganizowany, dla potrzeb rodziny zwinąć należało.

O ile drewniane elementy bardzo ładnie udało się odnowić, to niestety metalowe listwy a anodyzowanego aluminium już nie mogły odzyskać swojego fabrycznego koloru. Tu dużo lepiej mają polskie odbiorniki, gdzie prawdziwy mosiądz był stosowany  - jak Calypso czy Menuet. Ale Zygmunt swoją skrupulatnością i dokładnością ładnie doczyścił i wypolerował w naturalnym aluminium. Śliczne.
W uruchomieniu konstrukcji nie bardzo dało zastosować się kołyskowy patent, ale prosty myk z zamontowaniem odwrotnie elektroniki (tyłem na przód pozwolił na prosty dostęp do manipulantów (klawisze i pokrętła) i całej  elektroniki przy podłączonych jednocześnie głośnikach.

Duże radio to nami rządzi na warsztacie, każe się wspinać i klękać przed, a nie swobodnie po stole przekładać.
  
Pierwsze komunikaty po złożeniu radia w całość, były krzepiące:

Pospiesznie donoszę, że UKF działa bardzo czysto, tam gdzie łapie stacje. Jest ich trochę mało.
Ale jest to pierwsze włączenie i dam mu trochę pograć niech getter w lampach zrobi swoje.
Potencjometry nie trzeszczą, magiczne oko świeci wyraźnie i ochoczo rusza listkami przy dostrojeniu.
Basy potężne, wysokich tonów nad miarę.

Na AM'mie namyśliły się fale średnie i trzy krótkie, długie milczą.
Kondensatory, mimo, że nie wykazywały upływności, ale poziom przydźwięku jest za duży, pewno straciły pojemność.
Trafo sieciowe pracuje w pozycji 240V, a napięcie żarzenia wynosi 6,56 V, zaś napięcie anodowe na pierwszym kondensatorze jest niższe o 15 V niż opisane na schemacie. Lampa AZ12 może mieć mniejszy wydech, ale to nie jest przeszkoda.

Jutro sprawdzę kondensatory 2x47uF i 2x8 uF. Jest też asymetria w stopniu przeciwsobnym na lampach EL84, nie dająca się skorygować opornikiem regulowanym w katodach. Lampy chyba sie rozjechały. Coś dobiorę z zapasów.

Beethoven zajmuje cały stół. …
Co do pojawienia się AM, to wynika to ze stanu przełącznika zakresów. Chociaż czyszczony działa niejednoznacznie. Wymagana poprawka.

Anteny wewnętrznej nie było. 

Ktoś już wcześniej uznał, że z anteny wewnętrznej UKF nie ma żadnego pożytku i ją zdemontował. Po śladach namierzyłem długość 108 cm w Beetovenie. 

Walczyłem z brumami w Becie, muszę dokupić 3 kondensatory 10uF/300-400V. Jeden z nich nie miał pojemności wcale. Na razie efekt moich działań jest połowiczny. Brumy 10 mV , deklarowane przez producenta 6 mV. 
Może wymagania mam zbyt duże. Rozpaskudziłem się własnymi konstrukcjami . W Fenderze o dużo większej mocy i czułości u obwodach mcz uzyskałem 4 mV ma 8 omach.
Pomierzyłem wszystkie napięcia anodowe, są OK.
Zamieniłem lampy EL84 miejscami i pomogło układ się symetryzuje, ale nie likwiduje to do końca brumów, lekko je zmniejsza.

Kłopoty z UKF-em 

Co zrobić z niską czułością na FM nie wiem. Napięcia na ECC85 również prawidłowe.

Co do brumu. Powodem ponad wszelką wątpliwość jest para lamp EL84 , włożyłem inne dwie lampy (nie sparowane) i dało się zredukować brum niemalże do zera. Mam więc już odpowiedź dla siebie. odpowiedź. Jak ci się nie podoba to kup sobie dwie sparowane fabrycznie ELki. 

Postępu na UKFie nie mam. Poczytałem trochę o kłopotach z głowicami UKF na forum - powody mogą być różne. Najczęściej jednak wskazuje się na uprzednie próby przestrojenia. Brak mi jednak wiedzy czy ta była takiej próbie poddana czy nie. Po wyglądzie nie potrafię ocenić , nie widziałem nigdy innej, oryginalnej od Beethovena. Napięcia statyczne na lampach w głowicy i pcz są prawidłowe. Czy możliwe jest, że wykonanie głowic fur Poland oryginalnie maiło inny zakres? 
Oznaczenia na skali na to nie wskazują.

Głowica byłą przestrajana, ale w bezpieczny sposób – nieznany stroiciel dowinął kilka zwojów, po których usunięciu udało się bezpiecznie przywrócić  oryginalny zakres UKF-u. No może nie oryginalny, trochę przesunięty tak by konińskie nadajniki objęć zakresem, od „Toruńskiej Fali” uciekając.

Radio musi się zadomowić. Wygrać i dostroić.

Lampy EL84, te drugie które włożyłem (POLAM) zlikwidowały brum, ale basy są płytsze.
Na oryginałach niemieckich jest brum, ale basy są pełniejsze.
Z kupnem nowych na razie się wstrzymam.

Walka z Beethovenem skończyła się jedynie wymianą kondensatora 10 nF w sprzężeniu zwrotnym od anody do siatki poprzez rezystor 10Mom, ale pentody pracującej w trakcie wysokotonowym. W torze wzmacniacza przeciwsobnego nic nie znalazłem. Na razie tony niskie nie powalają, ale są za to bardziej przewidywalne. Poprzednio nie mogłem pot. niskich tonów przekręcić bardziej niż do 20%. Może jeszcze pogłówkuję, ale koncept już się wyczerpuje. Tak ogólnie to dźwięk jest teraz bardzo czysty wzbogacony trochę o wysokie tony. Zostają jeszcze lampy.

Ostatni komunikat z trasy wyścigu:
Dzisiaj jeszcze walczyłem z akustyką i dopiero teraz wymieniłem na nowy (nie postąpiłem wcześniej z ogólną zasadą) kondensator 2uF katodowy lampy EL84 od wysokich tonów. Potencjometr wysokich tonów musiał powędrować ze 100% na 50 %, aby tonów wysokich dla wieloletniego pracownika elektrowni było w sam raz .

Wczoraj Zygmunta odwiedziła córka i oświadczyła, że Beethoven ma zostać, tak ze skończył swój Wyścig Pokoju w Koninie.
W sierpniu znów do Bukowiny zawita Tour de Pologne na swój najważniejszy, górski etap. Potem już tylko kryterium na ulicach Krakowa. Tam gdzie Beethoven grać zaczynał.  Szkoda, że po wyścigu już takich nagród jak Beethoveny nie rozdają. Ale patrząc na tych 40-sto kilogramowych tytanów, z rozrośniętymi udami i rękami do kierownicy dopasowanymi, to nie wiem czy daliby radę podnieść :-)