W młodych latach jedną z bardziej porywających lektur był dla mnie Młody Technik. Czytany, co miesiąc, praktycznie od deski do deski. Było tam i o zdobyczach techniki (nie tylko radzieckiej), Zrób to Sam, fotografia i kilka innych stałych działów. Tak mniej więcej w środku była wkładka humanistyczna – zazwyczaj dwu lub trzystronicowe opowiadanie Sci-Fi.tutaj. Tego nie znalazłem.
Taki oto obraz przyszłości kreowal Młody Technik w 1958 r.
Jakoś tak do dzisiaj pamiętam szczególnie jedno. Było ono takie mało Science, bez rakiet podbojów planet itp., a jak pokazuje w dzisiejszym świecie nie Fiction. Fabuła toczyła się w systemie społecznym, który to by sprostać potrzebom producentów dóbr wszelakich dodawał do produktów substancje powodujące rozpad każdego produktu w szary proszek po ściśle określonym czasie. Bohater tej powiastki, trochę przeholował i jego samochód rozsypał się w czasie jazdy, no żarówka została bo zamienną częścią była. Chociaż większość z tych opowiadań jest dostępna w Internecie, to jakoś na to jedno wpaść nie mogę. Ciekawe, spod którego to pióra wyszła ta historia. Nie wiedziałem wtedy, że tak bardzo prorocze to były idee. 132 opowiadań z Młodego Technika można przeczytać
Doświadczyłem to wielokrotnie, że celowo czy to konstrukcja, elementy czy materiały powodują, że funkcjonalność czy sprawność przedmiotu spada zaraz po okresie gwarancji. Nie rozsypuje się lodówka czy zmywarka na szary proszek, tylko staje się śmieciem. Koszt naprawy czasami przekracza cenę nowego urządzenia. Walczę z tym, chociaż to walka z wiatrakami. Wymuszanie konsumpcji, reklamowanie nowych sezonowych modeli i ciągłego napędzania tego łańcuch konsumpcji zdaje się jest jednym główniejszych procesów w kapitalistycznej ekonomii.
Ale nie zawsze i nie wszędzie tak było. Ostatnio taki namacalny dowód zagościł w moim warsztacie. Kupione za 30 zł radzieckie radio VEF 206.
W stanie lepiej niż bardzo dobrym, idealnym wręcz. Ciężkawe nieco i bez UKF-u, ale jakoś tak ostatnio w stronę ryskich tranzystorów skręcając – no nie odmówiłem sobie. Po podłączeniu zasilania od razu zagrało, i to na długich, średnich i krótkich. Potencjometr troszkę potrzeszczał – ale to się wymyje. Będzie i oryginalne, i sprawne. Zaglądając do środka wręcz oniemiałem – w pojemniku były jeszcze baterie.
Pamiątka z lat osiemdziesiątych.
Nie wylały! Oryginalne radzieckie baterie – a 4 z nich wykazywały jeszcze napięcie rzędu 1,4V. Tyle lat po rozpadzie Związku Radzieckiego.
Baterię troszkę wylał - ale styki czyściutkie.
Nieśmiertelne idee Lenina już starł wiatr historii a tu proszę Made In USSR. Zaciekawiony troszkę postudiowałem o tym modelu. Wywodził się z wcześniejszych i bardzo podobnych VEF 201 i 202. Był masowo produkowany od 1973 roku, aż do 1988 i to w praktycznie niezmienionej formie, wciąż na germanowych tranzystorach. Niewiarygodne. A jednak.
Oprócz tego, że można go dalej używać, chociażby na co dzień słuchając Jedynki, a wieczorami chińczyków na krótkich. Niektórzy wyposażają te odbiorniki w UKF, przerabiają na odbiorniki do nasłuchu przez krótkofalowców. Tanie, dostępne i niezniszczalne. Ładny opis - tutaj lub jak ktoś woli po czesku - to tutaj. A jeśli ktoś zna буквы to i tutaj.
Troszkę poprawić trzeba fabrykę - o milimetr przesunąć przełącznik zakresu.
Troszkę też trzeba będzie poczyścić obudowe.
Nawet w moim egzemplarzu (rocznik 1985) stare elektrolity nie bardzo przeszkadzają - gra. Umyję, wyczyszczę, potencjometr nasmaruje i może kolejne 30 lat dalej będzie grało. Radiio nie do zdarcia.
I tak wygląda pięknie.
Coś mi się zdaje, że nawet w sytuacji jak w końcu wspomnianego opowiadania z Młodego Technika, gdzie to trzęsienie ziemi powoduje rozszczelnienie zbiorników ze specjalną substancją i cała cywilizacja zamienia się w szary proszek, to VEF 206 będzie grał.
Dzisiaj starałem się krótko – tak na maksymalnie dwie strony.
Jednym z radyjek, które od bardzo dawna czeka na swoje
ponowne życie jest Polski Philips 6-39A.
Oryginał u kolegi.
Już się za niego zabrałem, już głośnik
naprawiłem, już z kolegą stolarzem zaczęliśmy się do odtworzenia skrzynki
zabierać, ale jakoś od ponad trzech lat no - nie idzie.
Majster się do roboty zabrał, ale ...
Chassis czeka w
skrzynce (po bananach), a na odbudowę obudowy
no nie ma siły majstra namówić.
Ta się rozsypała - dosłownie.
Fachowiec jest, na brak zamówień nie narzeka i
jakoś ta skrzyneczkę to tak na boku trzyma. Rozumiem – roboty ze dwa dni, aby tą
bazę ze sklejki zrobić, zarobek mizerny. Z fornirowaniem to zupełnie inna rzecz
– robiłbym sam, ale przy tej skali i
rozmiarach to jeszcze nie miałem możliwości stolarskiej pasji dać się wyżyć.
Nie wiem, czy umiem czy nie – pasuje spróbować. Tylko, że jako jestem amatorem,
a nie fachowcem to i warsztatu stolarskiego też nie mam. W międzyczasie
pozyskałem znaczek (i kolegę chrzan49) Philipsa, głośnik pomagał naprawiać kolega staku,
a w celu pomiarów skrzynki do kolegi kraz zawitałem. Zyskiwałem znajomości,
kontakty a radio stało. Stało i czekało.
Nie tak dawno pojawiło się w Stalowej Woli radyjko, ten sam
model. No jakoś specjalnie drogie nie było, ale liczyłem, że chociażby budowy sklejkowej
konstrukcji uda się ominąć – no może i można ale fornirowania się nie ominie. Kolega,
który grzecznościowo odbierał dwa razy pytał czy ja to naprawdę wiem co
kupiłem.
W worku przyjechało by nie rozsypać się po bagażniku.
W ubiegłym tygodniu pojawiła się oferta „Obudowa radia Philips
i jakaś instalacja wewnątrz” cena zupełnie ok., a w dodatku jest tylna ścianka!
Tkanina akceptowalnie zachowana – chyba da się uratować. Było blisko
podjechałem, i mam. Chyba praca ruszy nad tym modelem. Ciekawość moją przyciągnęła ta „instalacja”.
No i głośnik też jest!
Okazało się, że jest to (lub miało być) jedno-tranzystorowy odbiornik radiowy
całkiem amatorskiej budowy. Znalazłem
tam cewki nawinięte na karkasie ze starej butelki płynu Ludwik, takiej jak zapamiętałem
z dzieciństwa – ciemnozielonej i co najwyżej półlitrowej. Kondensator zmienny –
jedna połówka wykorzystana, pokrętło chyba od telewizora. Druga bardzo
dokładnie opisana, że zwarta. Zresztą opisów autor nie żałował, ciekawe czy dla
siebie czy dla „klienta”.
Przełącznik zakresów i wyłacznik w jednym.
Kondensator Telpodu o kilku nanofadach do anteny,
dioda germanowa, transformator głośnikowy i tranzystor. Taki jak pamiętam ze
wzmacniacza m.cz. gramofonu Mister Hit.
Do tego zwykły wyłącznik sieciowy, dokładnie
taki jaki pamiętam z domu w Bukowinie. Te artefakty pozywają datować tą
przebudowę, a raczej dewastację, gdzieś na lata siedemdziesiąte, tak bliżej
pierwszej połowy. Zagadką pozostaje czy ta instalacja działała – coś mi się
zdaje, że nie. Pomimo, że była już porozpinana to zda się kompletna. A w całej
tej konstrukcji nie uświadczyłem jakiegokolwiek rezystora. Ciekawe jak baza był
polaryzowana?
Oj, żywo mi to
przypominało opisy z fantastycznej, fascynującej, ale miejscami fantazjującej
książki J.Wojciechowskiego „Nowoczesne Zabawki”.
Wydań Nowoczesnych Zabawek było sporo.
Czego tam nie było – był (jak
pamiętam) wzmacniacz na jednym TG70 co kilka, jeżeli nie kilkanaście watów miał
mocy, lub raczej miał mieć. Był i TG50 co żarókami sterowały i prawie ampera prąd wytrzymywały.
Inspirowało, dawało prostą i szybką receptę, no nie zawsze działającą. Tyle, że
efekt mógł być rozczarowujący. Jeśli tak to „konstrukcja” szła na półkę, do
pudła itd. Prawdopodobnie tak się stało i w tym przypadku.
"Instalacja" do śmietnika - no diodę i tranzystor zachowałem.
Czterdzieści lat
później z całego tego radio to najcenniejsza jest obudowa. Na całe szczęście z tym
zabytkiem majsterkowicz obszedł się w miarę oszczędnie – kilka dodatkowych otworków w tylniej ściance, dwa (niestety z boku) i za
mocno wkręcony drewno wkręt we froncie (wyprysk w fornirze) to chyba całość
zniszczeń.
Te dwie dziurki to można zaszpachlować.
Dużo mniej niż korniki (pierwszy) czy wilgoć (drugi) spustoszeń. Mam
nadzieję, że skoro już wszystko mam to może się uda mi się połączyć (już nieco
ostudzony) zapał neofity i zdobyte w między czasie doświadczenia, i tak po
kilku latach czekania ta restauracja będzie profesjonalna i fachowa. Bo jak
wiemy na fachowca to czekać możemy długo. No chyba, że możemy liczyć na pomoc
importowanych. Kolega Zygmunt przyklejał ostatnio listwę do Saby.
Ja doliczyłem
się francuza, szweda, jednego ruska (ten zielony z bazaru), no i dwu
plastikowych chińczyków.
No mnie pozostał jeszcze problem - fornir w jednym miejscu jest zdeformowany i odklejony.
Chciałem zrobić koledze małego psikusa i … do Zgierza skierowałem
przesyłkę z zakupionym, troszkę przypadkiem radiem VEF 216. Radyjko było w dobrym stanie, bez większych
uszkodzeń czy innych śladów zniszczeń. Tomek troszkę był w kłopocie, ale kiedy
tylko przyznałem się do tego uczynku, to kolega nie tylko z gorliwością i
pasją, ale z niebywałą szybkością Sprawił radio, w dwa wieczory do pełnego
UKF-u 88-108 przestroił. No cóż, przyjemność roboty miałem taką „oddaloną”, ja
trzymałem kciuki, Tomek lutował. Uprzednio walczyliśmy z jedną taką oporną
Julką, ta do końca nie dała się zwieść. Opornie na 100MHz krnąbrnie się
zatrzymała i dalej nie puściła. Do tej pory tak stoi i czeka na półce. Czeka na
zdobycie dodatkowych umiejętności przestrajacza. Wiem ile wiem, i ile jeszcze
musze praktykować. I w tym celu jakoś tak na i inne radzieckie tranzystory z
ryskiej fabryki VEF łaskawym okiem rzuciłem. Co ciekawe, nie cieszą się one
jakąś specjalną estymą czy szacunkiem, dostępne są w całkiem dobrym stanie za
mnie niż połowę ceny takiego lampowego z Niemiec sprowadzanego. Nawet świeżo poznany kolega z Rygi,
kolekcjoner wszelkich lampowych ryskich specjałów wspomniał, że do tranzystorów
nie ma uznania - coś tam jedna trzyma w pudełku z radio-złomem.
Ale mnie jakoś te odbiorniki jakoś dziwnie się spodobały,
nie koniecznie za przyczyną VEF-a 10
Tranzistor, które w dziecinnych latach u cioci widywałem. Jakoś tak szybko
przyplątała się Spidola 252 od Józka z Nowego Targu, czy kupiony za dwie dychy w
bardzo dobrym stanie VEF 206. No - wprost w rękę wpadły, chyba nie tylko nie
tylko dlatego, że mają solidne rączki i łatwo złapać.
Dwa tygodnie temu skrzyknęło się kilka sklepów ze
starociami na warszawskiej Pradze i przez FB impreza Cuda Wianki powstała.
Strona, mapka,
Mapka troszkę wyświechtana, znaczy się używana była.
Ślubna pod rękę, i w sobotnie przedpołudnie idziemy. Już w
pierwszym sklepiku na ulicy Wileńskiej, dwa numery od miejsca gdzie tetrowe
pieluch pierworodnemu dwadzieścia kilka lat kupowaliśmy stała ona. RIGA 104,
taka czarna, tajemnicza i pociągająca.
No, nie kupiłem – jakoś tak w pierwszym
sklepie nie pasuje. Obejrzałem za to diorowską radiolę DGS 202. Obeszliśmy prawie wszystkie sklepiki, wszędzie
skorupki i przedmioty z PRL (czyli z naszej epoki), z radyjkami było słabo, ale
jednak kilka było. Najciekawszy to schowany pod stołem luksusowy Telefunken, na
moje oko T8 z 1939 roku.
Tyle, że ten egzemplarz nie był na sprzedaż, szkoda
chyba bym się skusił. Nie mniej mnie cały czas ta RIGA dręczyła. Postudiowałem
o niej i to, i owo. Luksusowy model pierwszej klasy, pierwszy w całym sojuzie
na warikapach. No nie popuściła. W kolejnym dniu pojechałem i kupiłem. Cena gdzieś
pomiędzy atrakcyjną, a akceptowalną, stan
obiecujący.
Cóż to by była za przyjemność z posiadania, gdyby nie
naprawianie. Po podłączeniu do sieci (obowiązkowo – przez żarówkę, nawet
tranzystorowe) no niespodzianka: ni słychu, ni widu. Na szczęście też: ni dymu.
Otwórz kotku, co masz w środku. No, łatwo nie było, jakoś tak nie intuicyjnie,
kto by przypuszczał, że żeby się dostać do środka to kluczowe są wkręty w
bocznych poukrywane, na szczęście dostępna jest instrukcja remonta
radioprijomnika, a tam nawet obrazek. W
środku drobny kurz, bez rdzy czy pajęczyn, ot normalka. Zaczynając radio
diagnozować od właściwego dla tej pracy końca, czyli od zasilania, szybko mamy
pierwszy feler wyłapany – zimny lut w przełączniku zasilania. Ktoś tam coś
kombinował i mało starannie zalutował kabel zasilający, przez co nie było
zasilania i cisza. Po starannym doczyszczeniu i pocynowaniu oczka zalutowany
kabel teraz trzyma mocno, a na omomierzu w pozycji ON jest kilkaset omów –
rezystancja uzwojenia pierwotnego odbiornika. Więcej niż dla lampowego, bo i
transformator malutki. Cały układ zasilacza sieciowego, jako osobny moduł
ładnie w aluminiowym ekranie zabudowany.
Z jednej strony dwa zasilające
przewody, z drugiej cztery wychodzą, jeden o dziwo nigdzie nie połączony -
ciekawostka. Aby wymontować zasilacz wciągnąć trzeba też przełącznik napięć
zasilających, niby takie dodatkowe działanie, ale jak się okazało uratowało mi to omomierz nieopacznie
pozostawiony na drutach. Co ciekawe przełącznik ten ma cztery pozycje 110V,
127V, 220V i 237V.
Czyżby GOST już przewidywał w siedemdziesiątych latach
przejście na 240V? Chyba nie, nie mniej właśnie tą kombinację finalnie
wykorzystałem. Radio się odezwało, na długich ładnie Warszawę I słychać, zaraz
obok cisza - cóż znaczy średnie milczą, ale kolejny przycisk i sporo stacji –
Rumuni? Czyli średnie to jednak trzeci przycisk – rzut oka na zdjętą górną
pokrywę i wszystko jasne – zakresy tak poprzeplatane, że tylko po sporej dawce
Ryskiego balsamu można tak projektować. Swoją drogą wszyscy się zachwycają tym
specjałem, a ja jeszcze nie spróbowałem. Mam w barku kamionkowa butelkę, ale z taka
legendą jako najbardziej szanowany, wręcz arystokratyczny trunek z sowieckich
czasów, że żal otwierać – jeszcze poczeka. Doprawdy nie wiem co kierowało
projektantami by tak nietypowo poprzeplatać te „diapazony’ fal. Ok, jest jak
jest. Na UKF-ie (niskim oczywiście) generator słychać zatem i tor FM jakoś tam
działa. Przestudiowanie schematu wyjaśniło tajemnice czterech przewodów z
zasilacza wychodzących, dwa to +/-12V do zasilania całości elektroniki, a dwa
to zmienne napięcie z transformatora tylko do zasilania żarówek, jeden odpięty. „modernizatora”. Mnie to średnio
odpowiada, chyba lepiej jednak oryginalne rozwiązanie zachować. Usuwam jakieś takie
dorabiane przewody – widać ktoś kombinował i w stronę przełącznika zasilania
przeciągnął 12V i kabel od żarówek. Przywracam oryginalny układ połączeń. Jednak
nie ma podświetlenia skali. Sprawdzam dwie żarówki – rezystancja okej, ale nie
ma na nich napięcia. Znaczy się jest, ale tak 1,3V zmiennego- za mało by
szeregowo połączone dwie 6,3V zaświeciły. Po wyjęciu zasilacza mierzę napięcie dla
oświetlenia – jest 12V zmiennego (ten odłączony zielony to była masa od
oświetlenia właśnie), podpinam – nie świeci i na woltomierzu znów tak coś około
2V. Rozlutowuję przewody, mierzę oporność uzwojenia - jest kilka omów.
Podłączam do żarówek – nic. Mierzę raz jeszcze oporność bez rozlutowania –
rezystancja taka sama jak żarówek, Chwila to ile ma uzwojenie – wykręcam
żarówkę, mierzę nie ruszając zasilacza – nieskończoność. Sprawdzam połączenia
na płytce, przełącznikach – no wszystko powinno działać. Między zielonym, a
czarnym megaomy a przedtem było kilka omów. Wadliwe okazało się fabryczne połączenie
pomiędzy drutem uzwojenia transformatora a kablem wyprowadzającym – zimny lut. Już
drugi.
Przeglądając bułgarskie strony o VEF-ach widać, iż pozbycie się żarówek i zastąpienie
ich LED-mi to jak gdyby punkt honoru każdego
W górnym połaczeniu - zimny lut.
Po kilku minutach radio gra i świeci. Na żarówkach! Zakupione w
międzyczasie LED-y o ciepłym żółtym świetle pójdą na coś innego. Mamy
oryginalny układ, na oryginalnych elementach.
Kolejnym krokiem jest przestrojenie głowicy UKF na kapitalistyczne.
Opisy dla tego modelu są publikowane, ale jakoś tak niekompletne. Działania
oparłem wzorując się na zapiskach kolegi ORAS z Moskwy. Wg publikacji - trzeba było
wylutować dwa kondensatory – w obwodzie wejściowym i heterodyny oraz zmienić na
większy jeden odpowiadający za zakres przestrajania. Nic o zmniejszaniu
indukcyjności cewek ani o korekcji kondensatorów w obwodzie kolektora T1.
Podstawą działań było uruchomienie heterodyny w zakresie
97 do 119 MHz. Oczywiście okazało się konieczne odwinięcie dwu zwojów z cewki.
Tak na dwa kroki -najpierw jeden – za
mało, później drugi. Cewki te nawinięte są srebrzanką 0,5mm, więc operacja o
niebo przyjemniejsza niż np. w polskich Aniach. Tam drut jest elementem
konstrukcyjnym i trzyma geometrię, a karkas chyba tylko prowadzeniu rdzenia służy.
Odwijanie - drut po odwinięciu zwoju można przewlec na drugą stronę i zalitować - służy jako wyprowadzenie.
Z cewek L2 i L3
konieczne było usunięcie po jednym zwoju i co było do przewidzenia - wycięcie kondensatora C11.
Operacje
wykonałem z płytką głowicy w powietrzu – radio zagrało. Ładnie - od radia
Pogoda (88,4MHz), do Radia Z 107,5MHz – czyli pełny „warszawski” zakres UKF.
Nawet strojenie obwodów rezonansowych wzmacniacza było fajne – jak w mądrych
książkach pisało. Cewką na dole, kondensatorem w górnych częstotliwościach. Przy
okazji dało się zaobserwować słabą liniowość warikapowego rozwiązania. Zakres
88 – 89MHz zajmuje jedna trzecia skali (na niej to widać), a pod koniec stacje
są na muśnięcie gałki. Gdyby nie ARCz to trudno byłoby utrzymać częstotliwość.
Co gorsza trzy nastawne programowalne stacje są „zrobione” za pomocą
potencjometrów o standardowym obrocie 270 stopni nie więcej a nie na wymyślnych
wieloobrotowych.
Kłopot pojawił się w momencie składania głowicy, przed
finalnym dostrojeniem. W powietrzu głowica, radio gra, przykręcona płytka,
jeszcze bez osłony – milknie.
Opukiwanie, ostukiwanie na nic. Dopiero dosyć wysublimowane wygięcie płytki
drukowanej, przykręconej w tym wypadku na jeden wkręt daje silniejszy sygnał.
Ze dwie godziny zabawy, i tak i siak. W końcu najbardziej podejrzany się wydał
obwód heterodyny. Cóż bierzemy lutownicę i szukamy. Najpierw próba cynowania
ścieżek, może któraś okaże się pęknięta. Jedna z nich prowadziła do właśnie co
wlutowanego kondensatora 220pF.
Co ciekawe - kondensator C16 zmieniany z 47pF na 220pF oznaczony jest na płytce jako C14.
A tam zamaskowany zimny lut, mój lut. Głowica
ożyła i po problemie. Finalny montaż i podstrojenie trwało 15 minut.
Trzy zimne luty w jednym radiu, jeden fabryczny, jeden poprzedniego naprawiacza (który nie znalazł
tego pierwszego) i ten jeden mój. Niech, że i tak będzie człowiek uczy się na
błędach. Łatwiej na cudzych - mocniej na swoich. Po wyczyszczeniu obudowy,
nasmarowaniu mechanizmów mam takie naprawdę pierwszej klasy radio, takiego
klasyka.
40 lat to już coś jest. Ciekawe, czy Rīgas Melnais Balzams
po czterdziestu latach też tak będzie smakował? No chyba, że razem z Tomkiem otworzymy
wcześniej tą kamionkową butelkę.
Jest tak piosenka zespołu Kombi o pokoleniach -„każde ma Swój Czas” , ma Swoje Radio i Swój Program. Dla
mnie jest to ewidentnie Trójka, nie tylko za przyczyną audycji Powtórki z Rozrywki,
Zapraszamy do Trójki czy Listy Przebojów czy dziennikarzy takich jak Kornelusz
Pacuda, Tomasz Mann, Maciej Zembaty czy
Marek Niedźwiecki – cała lista tutaj.
Niestety ostatnimi czasy ten program się
zmienia, mam nadzieję, że oprze się temu duchowi zmiany, „dobrą” nazywaną. Ale
dla osób starszych, tak jedno pokolenie przed, to w sumie był jeden program –
Warszawa I. Od wielu, wielu lat w tym samym miejscy na skali (z 227 na 225kHz
przesunięte), zawsze na falach długich. Tak jeszcze przed pokoleniem UKF (czyli
moim), to właśnie Program Pierwszy miał nie tylko najsilniejszy nadajnik, ogólnopolską antenę, Matysiaków, ale także wierne rzesze
słuchaczy.
W pierwszych latach po wojnie słuchało się na tym co było, z
cudem pozyskanych odbiorników, pierwszych Pionierach czy ORION-ach czy też
innych zagranicznych. Za luksusowe uchodziły importowane odbiorniki jak np. STERN 5E61-C.
Były to jedne z pierwszych
produkowanych w DDR, w świeżo znacjonalizowanych zakładach Graetz-a. Model
powinowaty trochę z Graetz z 1939 roku. Jeden taki trafił do mnie od kolegi,
tak aby ożywić. Piotr nie bardzo wierzył (tak mi się zdawało) w powodzenie
operacji, ja zaś napędzany siłą zobowiązania do naprawy już bardziej się
zmobilizowałem. Radio w stanie rzekłbym idealnym, ładnie zachowa, ale ze skazą
- informację tą kolega przekazał dopiero
w momencie wkładania do bagażnika, że tam chyba jedna lampa jest tranzystorem
zastąpiona (!?!). Oj będzie pełna lampizacja!
No na szczęście była to tylko jedna dioda krzemową.
Oprócz
niej także EF22 w dorabianym przecokołowaniu EF11 udawała. Radio powstało w
bardzo solidnej konstrukcji mechanicznej, montaż jeszcze nie chaotycznie-przestrzenny,
ale na porządnie obsadzonych płytkach bakelitowych, ładnie kabelkami poprowadzonych.
No po prostu solidna niemiecka robota.
Radio jak widać po katastrofie energetycznej – bo z nowym
trafo (coś mi ono przypominało) a do podstawki dioda półprzewodnikowa
przylutowana.
Okazało się, że
transformator jest dostosowany do dwu-połówkowego prostowania, zatem wracając
do lamp postanowiłem wykorzystać zalety nowokupionej AZ11 w całej krasie.
Sempel DOBRE można dostrzec. No nie jest to 100% niemieckie radio.
Przy
okazji okazało się, że po kilka zwojów trzeba było z żarzenia poodwijać, by nominalne
4V i 6,3V uzyskać. Dokładnie wyszło troszkę ponad, ale w limicie 10%.
Zamiast
osiowych wymiennych radioskalowych żarówek wlutowałem też osiowe 6,3V 100mA.
Świecą
jasno i ładnie podświetlają skalę.
Jej
czyszczenie – makabra – tylko suchą szmatką i wacikiem.
Uzyskałem bardzo, bardzo ładny
odbiór na falach długich, po zestrojeniu także na średnich. Krótkie były
oporne, ale zapoznanie się z publikacjami z lat pięćdziesiątych (Jak czytać
schematy radiowe) pozwoliło wyłowić i usprawnić przyczynę – urwany przewód licy
w cewce krótkofalowej.
Jak pan Klimczewski ponad 60 lat temu publikował – sprzężenie
anteny z obwodem fal długich i średnich jest pojemnościowe – przez kondensator
5nF (zresztą jego wymiana na inny poprawiło czułość i w tych zakresach), a na
falach krótkich indukcyjne.
Schemat zamieszczony w książce - wcześniego STERN-a.
I najdokładniejszy - na spodzie odbiornika.
Po przywróceniu obsady lamp i powrocie do
normalnego układu (nie licząc tego prostownika) oddałem radio koledze, a on przekazał
je swojej mamie. Właścicielce tego odbiornika od dziesięcioleci. Fotografia niech
powie wszystko.
Ja ostatnio jakoś tak coraz częściej słucham Jedynki. Nie wiem
czy to dziennikarstwo które tam jeszcze jakieś takie solidniejsze, czy też głos inaczej modulowany
, a może wiadomości drogowe przed każdą
pełną godziną działają? Czy może człowiek się starzeje i cóż – warto posłuchać czegoś
solidniejszego, z solidnie zbudowanego radia. Tak na dziesięciolecia, nie na
okres gwarancji.