piątek, 1 lipca 2016

Goldy czyli w dalszym ciągu na błędach uczymy

"Człowiek uczy się na błędach, mądry na cudzych”.
Tak już nasz mózg jest zbudowany, a dokładniej w jego skład wchodzące ciało migdałowate (które to za zapamiętywanie jest odpowiedzialne), iż najefektywniej tworzy neuronowe połączenia kiedy tworzone są w towarzystwie emocji. Zarówno tych dobrych (jak euforia) jak i tych negatywnych (strach czy gniew). Stąd i mądrość przysłowia powyżej przedstawionego.

Na początku - bardzo źle nie było.
Mnie się jednak zapamiętać nie udało. Drugi raz podobny błąd boli dotkliwiej, więc może już tym razem się się uda. Korzystajcie też z moich doświadczeń, może oszczędzicie  błędów i frustracji z tym związanych.

A było to tak:

Moja kochana żona lubi wyłącznie małe radyjka, może „lubi” to za duże słowo, powiedzmy „toleruje”. No to może za ostre określenie. W każdym razie Beethoven się nie utrzymał, a tylko Eumigette i Bimby. On nich już było. Żona mojego kolegi tak strasznie zachwyciła się małym, ślicznym radyjkiem, iż postanowiliśmy sprawić jej takie. Wybór padł na Goldy. Ta kupiona kilka miesięcy temu (w większym transporcie) czekała na swój czas. Kupiona była od „importera”, który to te trudniejsze, czy słabsze zbywał.

Uruchomienie części elektrycznej obyło się bez większych problemów – uwaga na zwarte kondensatory filtrujące (impulsowe) w prostowniku, przy EZ81. Jeden z nich metalicznie zwarty powodował wywalania bezpiecznika. Od tego czasu nie wdaję się w „ceregiele” i zanim radio do prądu podłączę to je wymieniam. Importer  wstawił kilku-amperowy bezpiecznik przez co radio nabrało cech życia – „Buczy, no nie gra Panie ,ale buczy”!  kondensatory papierowe), stroić nie trzeba było. W zasadzie już radio użytkowe.
Niestety cierpiał transformator, ale przeżył. Zdumiałem się widząc 6,3A w zabezpieczniu. Wstawiłem 630mA, zwłoczny. Pozostałe niedomagania typowe (

Kobiety przywiązują ogromną rolę do wyglądu, więc ten teraz stał się najważniejszy.  Drewno (tj. fornir) było w bardzo dobrym stanie, nie licząc kilku wgnieceń we frontowej listwie. W stanie nieco gorszym był lakier, ale pod działaniem chemii i niewielkiej pomocy cykliny, jak i papieru ściernego (240 później 600) przywróciłem oryginalną fornirową konsystencję obudowy. Nie bawię się już w lakiery do drewna (kolega Zygmunt właśnie przerabia swoją lekcje na Paganinim,  rezultatami jako rzecze mocno niezadowalającymi  – pewnie nie czytał moich zmagań) – bawię się tylko w politurę.
 Ale po kolei – jest wiele opisów jak to szlachetne pokrycie wykonać należy – jak do tej pory najlepszym opisem jest do kanonu Triody włączona instrukcja kolegi Zagore1 – wszystkim polecam. Ale można i tu, i tu poczytać, a na warsztatach Pani Anety nawet się nauczyć i certyfikat otrzymać.

Ale po kolei, już tylko w obrazkowym, prawie telegraficznym skrócie:
Przygotowanie powierzchni – do czysta usunąć lakier po czym papierem tak na poziomie 500, 600 wygładzić.
Po usunięciu lakieru i przeszlifowaniu
Ostatnie warstwy także ze zmoczeniem powierzchni by wolne włókna podnieść i usunąć.
Kolejnym jest krokiem jest bejcowanie, rzadko kolor forniru jest tym docelowym więc powierzchnie surowego forniru należy zabarwić. Ja używam zwykłych bejc wodnych, są bardzo dobre i tanie – jak wino krajowe. Uwaga na tzw. lakiero-bejce – to jest zupełnie cos innego i nie do tego.
Nakładam pędzlem wcierając/ścierając nadmiar wilgotną szmatką.


Nakłamy bejcę pędzlem
Ścieramy szmatką. Zdjęcie nie wyraźne, ale wygląd się poprawia zdecydowanie. 
Teraz pora na zaolejowanie, które wydobędzie rysunek słojów i nada piękny wygląd. W tym momencie zobaczymy (plus minus oczywiście) jaki kolor i jaką jego głębię otrzymamy finalnie. Tutaj stosuję najprostszy, najtańszy czysty olej wazelinowy – taki do maszyn do szycia czy drobnych mechanizmów.
Różnic pomiędzy innymi gatunkami (lniany czy parafinowy) nie stwierdziłem.

I nakładamy politurę szelakową, zaczynając od zagruntowania - taką rzadką (4%), ale przechodząc do mocnej (14%). Tu się nie ma co spieszyć , nakładamy warstwę, dwie i na kilkanaście minut wracamy do elektryki czy strojenia – co tam kto ma do zrobienia. Tak aby powoli, po kolei, przez parę dni uzyskać w miarę grubą (chociaż bardzo cienką ) warstwę szelaku.  Pomimo wywijania różnych kółek i ósemek nie jest ona idealnie równa - dlatego konieczne jest jej przeszlifowanie.
 Przy nakładaniu politury nie udało mi się ominąć błędów – w tym przypadku tzw. „przypalenia”  tj. starcia wcześniejszych warstw  przy nakładaniu kolejnych. Musiałem naprawiać w dwu miejscach poprzez lokalne częstsze nakładanie politury. Braki zapełniło, ale pod światło było znać. Szlifujemy papierem o gradacji co najmniej 600, ja się posłużyłem 800.
Po szlifowaniu na sucho (miejscami na mokro).
W niektórych opisach spotkałem wymaganie by czynić to na mokro, z użyciem tzw. Mineral Spirits. Ten specyfik to zwykła Benzyna Lakowa, trochę to dziwnie w stolarstwie – używanie takich śmierdzących, wybuchem czy pożarem grożącym specyfików, ale ostrożnie można to zrobić. Wolę zapach kleju kostnego czy samego drewna. Spotkałem się z opisem gdzie zaleca się użycie nafty. Efekt takiego szlifowania na mokro jest lepszy, a i papieru się mniej zużywa. Drobiny politury się nie zlepiają.
Po przeszlifowaniu wystarczyło już kilka warstw politury (średniej użyłem) aby osiągnąć końcowy efekt. Tu od razu podkreślę, że nie próbowałem jeszcze zacierania porów. Opisy przeczytałem, pumeks zmielony mam, jeno jakoś odwagi brakuje, a sam rezultat politury już cieszy.

Przy okazji wyszło, iż kilka malutkich ubytków w fornirze – takich szpachlować?/nie szpachlować? – ukazało się jako ciemniejsze plamki. Trudno Goldy będzie piegowata. Dla nauki – przed bejcowaniem ubytki należy wypełnić szpachlą (dobraną) i do równa przeszlifować.
Ostatnią operacją z tym szlachetnym pokryciem było przepolerowanie całości mleczkiem do politury.polecanym przez Panią Anetę sklepie na ul. Długiej było mleczko, ale ceny jak na Starym Mieście w Warszawie – sporawe. Ponad 40 zł za małą butelkę, ale efekt znakomity. Starczy na trochę.

Z pomocą Zygmunta, u jego zaprzyjaźnionego tokarza, zamówiłem pierścionek do gałeczki. Brakował jeden, ale dla symetrii dwa się wytoczyły.
Juz pierścionkiem.
Złoty pisak poprawił kolor rameczki, czarny wyrazistość napisów. Lekkie przepolerowanie pastą Tempo usunęło ryski klawiszy i plastikowej ramki.
Politura - lustro, ale wyszły piegi - dwa piegi.
Pozostała tkanina. W zasadzie bardzo dobra, bez zacieków czy przebarwień, jednak z przerwaniami. Słabo widocznymi, ale kilkadziesiąt nitek zostało zerwanych w głośnikowej strefie – Goldy zaliczyła kiedyś uderzenie. Postanowiłem to poprawić, no i się zaczęło.
Nitki nie dały się podciągnąć i schować, wyrwa pozostawała. Spróbuję zatem rozwiązania jak z głośnika – tj. podklejenia delikatną włókniną.
Podklejenie się udało – w prześwicie nie było widać,
ale … plamę od kleju (w wodzie rozcieńczonego Wikolu) BYŁO WIDAĆ na froncie. W wyglądzie katastrofa.

No cóż trzeba się ratować. Zgodnie z przysłowiem „czym się strułeś – tym się lecz” postanowiłem nasycić rozwodnionym klejem cała tkaninę.
Czym się strułeś - tym się lecz.
Efekt okazał się jeszcze gorszy, tkanina miast złotem kapać, być ozdobną i szlachetną, stała się szarym burym i nieciekawym tekstylnym pokryciem frontu. No i plamy nie zniknęły!
Trzeba wymienić na coś ozdobnego. Powędrowałem więc szlakiem Pani Anety – tym razem na Wolę do giga-, super- wielkiej hurtowni tkanin wszelkiej maści obiciowych. Po 40 minutach przeglądania, macania i myślenia wybór padł na dwie. Wśród kolegów ogłosiłem małe głosowanie – która lepsza.
Ta przegrała.
Wynik w 100% był zgodny z poglądami mojej żony – więc nie miałem wyboru. Tkanina kolorem odbiegała, gęstością niestety też – jest gruba i stanowi przeszkodę dla powietrza. Ale jak się nie puści za dużo basów i słucha umiarkowanie, to nie lata. Szkoda, że w procesie klejenia (klej specjalny w aerozolu, stykowy do tkanin, nie przesiąkający przy umiarkowanym aplikowaniu) nie pomyślałem o solidnym naciągnięciu tkaniny- byłoby lepiej.
Próba kleju - jest ok.
Klej już nastrzykany.
Klej też ponad 40 zł kosztował w tej hurtowni. Wystarczy na kanapę i trzy fotele lub 20 Beethovenów – duża puszka. Przy naklejaniu skupiłem się na wycentrowaniu wzorku względem klejonej deski – to się z pomocą 3 gwoździków udało znakomicie.
Madejowe łoże do klejenia
Montaż całości odbył się już bez kłopotów i nowych własnych błędów.
Zawinięcia na standardowy butapren.
Na koniec podmieniłem zamiast wyblakłego oka EM85, "żarko" świecące radzieckie 6E1P. Ponieważ jest ona nie zgodne na pinach (odpowiada EM80) – to małe przelutowanie okazało się konieczne.
Goldy gra już u mnie w salonie, stoi tymczasowo obok Bimby, wygląda świetnie.
Radia Marzenek.
Troszkę się nauczyłem na swoich błędach, wiem których i obiecuję sobie, że tych samych już nie popełnię. Tak sobie obiecuje. Kolejne radyjka czekają.



sobota, 25 czerwca 2016

Tornados czyli radiowa transmisja w dwie pentody szarpana

Słuchając radia na falach innych niż FM, a i tam też czasem, praktycznie cały czas doświadczamy odbioru zakłóceń wszelkiej maści. Zresztą użycie modulacji amplitudy (FM) przez Armstronga miało (i było) panaceum na zmorę Sarnowa – z amerykańska określany „static” - czyli podówczas głownie atmosferyczne zakłócenia odbioru radiowego.
Jeśli chodzi o zakłócenia to tej chwili jest dużo gorzej niż kiedykolwiek w przeszłości. Wystarczy posłuchać radia na falach średnich czy długich by przekonać się, że żyjemy w elektromagnetycznym śmietnisku, żeby nie powiedzieć elektro-kloace.
Udaje się, że istnieje coś co nazywa się „kompatybilnością elektromagnetyczną”, ale w praktyce to wszyscy wszystkich oszukują. Chińczycy sprzedając swoje produkty oznaczone znaczkiem CE (China Export), a także kochani urzędnicy, którzy ten znaczek interpretują jako zgodność z dyrektywami EMC – CE Mark. Jednym słowem - kłamstwo i obłuda. Dokładnie dwa w jednym.

Wszelkie zakłócenia, których źródeł jest bez liku ale mają wpływ na co do nas dociera pogarszają jakość odbioru przekazu. Opierając się na zwyczajowej już kwestii: ”Panie przed Wojną to była pogoda!” . Można zazdrościć radiosłuchaczom w czasach, gdy na AM odbierało się stacje dalekie i to na 73!  Chociaż jak dowodzi to zapis kinematograficzny – różnie z tym bywało. Polecam obejrzenie całego filmy Paweł i Gaweł.  Poprawa selektywności, specjalne anty faddingowe konstrukcje i inne działania miały tylko poprawić odbiór, tak aby przyciągnąć jak największe rzesze słuchaczy.

Widmo fal radiowych jest bardzo cennym dobrem, było przedmiotem wojen (wspomniany konflikt Sarnow-Armstrong) jak i np. reparacji wojennych (co z kolei sprzyjało powstaniu i rozwojowi UKW w Niemczech).W tej chwili radiowy ether jest zaśmieconą przestrzenią, z niby to obowiązującymi regulacjami.  AM jest w tej chwili zbiorem wszelkich elektromagnetycznych śmieci i kilkudziesięciu przebijających się rozgłośni. Poświęciliśmy AM.
Nawet inteligentne liczniki energii elektrycznej  zaśmiecają tą przestrzeń.
Mój dzięcioł  (inteligentny licznik energii)! Zaraza się czaji zaraz obok drzwi wejściowych do mieszkania.
Nie mogę w domu słuchać radia na falach średnich i długich bo znajdujący się na tej samej linii zasilania tzw. inteligentny licznik energii RWE sieje i nawet stuka, ile wlezie. Wszystko w imię mojego dobra, moim kosztem. Chyba nie uda się wygrać, trzeba będzie się pogodzić.

Dlatego też miłym odkryciem dla mnie był fakt, a właściwie utwór, który pojawił się w moim samochodowym radio (sprowadzonym do roli odtwarzacza  MP3), bo radia teraz też się nie da słuchać – za dużo reklam i propa …  Utwór przed ponad 50 laty nagrał zespół Tornados.
Kawałek, który wpada w ucho, jednocześnie i synchronicznie z warstwą muzyczną niesie wszelkie cechy satelitarnej transmisji radiowej i to nie byle jakiej – pierwszej. Sam tytuł się bezpośrednio do tego odnosi Telstar. Pierwszy satelita telekomunikacyjny, umożliwiający transmisję (dokładnie ok. 20 minutowych przekazów za każdym okrążeniem ziemi -co 2,5h) pomiędzy USA, a Europą stał się inspiracją podkładem całego utworu.
A sposób nawiązywania transmisji, jej brzmienie i koniec jest kanwą na której Joe Meek oparł kompozycje tego muzycznego utworu. Utworu na tyle dobrego że zagościł na najwyższych miejscach listy przebojów. Świetnie słychać nawiązywania kontaktu, zgrywanie się jak i cały czas modulowany przekaz, aż po końcowe zerwanie transmisji. Cudowne, piękne i magiczne jednocześnie. Takie jest radio – łączy. Co do samego satelity Telstara I, to on pomimo wielkich kosztów budowy, i wielkiego społecznego odzewu został poświęcony w imię większych celów. Naukowo-militarny eksperyment związany z eksplozją w stratosferze, wytworzeniem impulsu elektromagnetycznego o niespotykanej sile i skali – przypieczętowało żywot Telstara. Uszkodzenia, których doznał uczyniły z niego kawałek śmiecia.
Telstar w zbiorach Muzeum Lotnictwa i Astronautyki (niestety nie krakowskiego
Tak jak się zdaje z cała radiofonią AM, gdzie w pogoni za łącznością komórkową - BTS-y, ekologiczną tzw. „zieloną energią” – falowniki od PV czy innymi „wyższymi celami” zabijają najbardziej prostą, skuteczną i dalekosiężna transmisję radiową.

Transmisję , słów i muzyki, informacji i i uczuć, wizji artysty i wyobraźni słuchacza – łączności jednego człowieka  z drugim. W imię wyższości, szalonej idei czy czyjegoś zysku.  Musimy obronić radio, FM chociażby. No i Jedynki na 225kHz też nie oddamy!

Pisze ten tekst, gdy z drugiego pokoju docierają dźwięki meczy Polska-Niemcy (do przerwy 0:0). Co ciekawe Telstar I nigdy nie przekazywał transmisji meczu piłki nożnej, nie mniej się zasłużył w historii futbolu.
Piłki, którymi są rozgrywane mecze od Mistrzostw Europy z 1968, a Mistrzostw Świata od 1970 roku poczynając,  a produkowane przez Adiddsa noszą nazwę Telstar. Mają charakterystyczny wygląd – bardzo kontrastowy i przypominające swój kosmiczny pierwowzór. Wszystko po to by na zaszumionym ekranie telewizora było tą piłkę widać.
Telstar z 1974 roku - źródło Wikipedia
Teraz przy supersilnych  kompresjach na cyfrowych łączach MPEG4, a może i więcej MPEG, to ta mała biała kula zda się, że znika całkowicie. A analogowy Lazuryt pozwalał śledzić płynnie czarny krążek hokejowy dostrzec – spróbujcie teraz go dostrzec!

Kończyłem ten post w trakcie meczu Polska-Szwajcaria. Muszę kończyć - będa karne.

niedziela, 29 maja 2016

Kropla cyny czyli jak powstają odrzutowce

W osiemdziesiątych latach dużym zainteresowaniem śledziłem wszelkie docierające informacje o budowanych właśnie w USA promach kosmicznych. Radziecka technika rakietowa była przedstawiana oczywiście we wszystkich aspektach jako lepsza, no ale ona była właśnie rakietowa. Wahadłowce zaś były inne. Jednym z najważniejszych, kluczowych elementów tej konstrukcji była nowatorska konstrukcja osłony termicznej. Została ona zbudowana z klejonych ceramicznych płytek, miast uprzednio stosowanych jednorazowych tarcz ablacyjnych. Płytki te były odporne na wysoką temperaturę, prostokątne i białe (w większości). Lekkie, klejone do poszycia, a jednocześnie delikatne i podatne na mechaniczne zniszczenie.
NASA, http://www.nasa.gov/centers/johnson/pdf/390651main_shuttle_crew_operations_manual.pdf translated to polish - Samoloty Kosmiczne - Jacek Nowicki i Krzysztof Zięcina, reworked and translated
 Okazały się jednak krokiem milowym w rozwoju techniki kosmicznej (astronautycznej, aby być precyzyjnym), umożliwiły wielokrotne użycie tego samego statku kosmicznego.
W radiotechnice użytkowej takim znaczącym etapem w rozwoju, było pojawienie się klawiszowych przełączników zakresów (w miejsce uprzednio królujących obrotowych). Nadawały one nowy wymiar i jakbyśmy powiedzieli dzisiaj „dizajn”. Klawiszowe radio to było to! Pierwsze na dobre pojawiły się na początku lat pięćdziesiątych i aż do lat siedemdziesiątych szczerzyły się radia klawiaturą w kolorze (zazwyczaj) kości słoniowej.  Wymusiło to (a może właśnie umożliwiło) zmianę także konstrukcji przełącznik zakresów fal -  przełącznik  stał się elementem zespolonym, łącząc także funkcje montażowe – np. cewki heterodyny czy obwodów wejściowych były montowane bezpośrednio na nim. Ułatwiało to produkcję, stwarzało podzespół, który można było zmontować, przetestować i częściowo zestroić bez wmontowywania do radia. Znaczący krok w stronę masowej produkcji, obniżki kosztów.  Testowanie przełączników można obejrzeć na starych kronikach filmowych.

Po pięćdziesięciu latach te przełączniki wymagają konserwacji – czyszczenie styków, nasmarowanie to konieczność. Ale raz na kilkanaście radyjek trafiło się coś niezwykłego. Była to Rumba, wersja eksportowa z zachodnim, pełnym zakresem UKF.

Nie mniej pozyskana z Polski, więc zakładam, że to tzw. odrzut eksportowy, lub jednym słowem  - odrzutowiec.  Jak powstawały takie odrzuty, ano zapewne w wyniku dokładnej selekcji gotowych wyrobów – te, które nie działały doskonale  były kierowane na wiecznie głodny rynek wewnętrzny. Radio pozyskał dla mnie kolega Tomasz, sam niecierpliwy, zapalony radiowiec uruchomił i przesłuchał. Grało!
 U mnie w warsztacie zostało wyskrzynkowane. Rozskrzynkowane właściwie, bo oryginalna była rozmoczona i denko właściwie odpadło.
Prostownik selenowy też był wywalony, więc nowym zastąpiłem i … i też niecierpliwy podłączyłem. O razu poszedł dym i swąd. Tylko skąd? Ano gdzieś pomiędzy przełącznikiem klawiszowym, a blachą chassis. Ale przecież tam nie ma żadnego elektronicznego elementu, który mógłby się spalić - jak rezystor czy kondensator. Może coś wlazło, owad czy inny parazyt?

Po odlutowaniu dwu przewodów i odkręceniu czterech śrub daje się w tej konstrukcji odchylić przełącznik na tyle, że można wyczyścić styki demontując poszczególne suwaki – więc do dzieła!
Udlutować trzeba dosłownie 3 lub 4 przewody. Imożna ochylic zespół przełączników.
Już pierwsze spojrzenie wyjawiło całą tajemnicę – to palił się suwak. Pomiędzy sekcjami było pełne napięcie anodowe, coś pozwoliło na przepływ prądu i poszło!
Raz nadwątlona (tu dokładnie nadwęglona) izolacja nie jest izolacją, lecz przewodnikiem i jedynym ratunkiem okazała się wymiana całego suwaka. Później do czyszczenia zdjąłem drugi suwak i …niespodzianka.
Mała metaliczna żmijka oczom moim się ukazała. Dopiero trzeci suwak ujawnił cała tragiczna prawdę – w przełącznik trafiła kiedyś zupełnie spora kropla roztopionej cyny.
Ona to stała się przyczyną całej awarii. Zupełnie tak jak stało się z locie STS-107 wahadłowców, gdzie oderwany od poszycia zbiornika paliwa, kawałek pianki izolacyjnej, wielkości teczki uszkodził krawędź natarcia skrzydła. W konsekwencji doprowadziło do tragedii i śmierci całej załogi.
Załoga STS-107 na orbicie. Zdjęcie z zachowanej karty SD. (za Wikipedią)
W tej Rumbie najprawdopodobniej kontrola jakości wychwyciła symptomy i nie wysłała radia na eksport. A ja po pięćdziesięciu latach mogę je naprawić i do zdatności przywrócić. Szkoda, że załoga Columbi nie miała możliwości naprawy, ba zdaje się że cała NASA nie miała świadomości awarii. Dopiero w późniejszych lotach w stosowny zestaw naprawczy doposażono promy.
Ja aby pomóc kolegom w naprawach Calypso, Rumby, czy Ramony publikuję schematy przełączników zespolonych tam instalowanych.

Z zastrzeżeniem, że poszczególne wersje mogą się różnić. Nie tylko zakresami ale i  użyciem poszczególnych sekcji. Zamienione są sekcje długofalowe styków 1-2-3 z 4-5-6.
Fajnie mieć świadomość, że kiedyś polski wyrób był eksportowany na zachód, no z wsadem dewizowym jakim w tym przypadku był głowica Philipsa.
W tej chwili też się w Polsce wytwarza produkty eksportowe, no ale nie pod markami Unitry.
Wracając do technologii kosmicznych to przypuszczam że niewielu wie, iż to polski surowiec jest podstawą współczesnych osłon termicznych rakiet i innych statków. Mikrosfery, kuliste struktury złożone z kombinacji tlenków niektórych metali powstają przy okazji składowania mokrych popiołów elektrownianych. Wytrącają się samoistnie na powierzchni  pompowanej zawiesiny (pulpy), są następnie zbierane w worki  i wysyłane na zachód. Ot taki odrzut, który stał się polskim hitem eksportowym.

Szkoda, że to nie radia.

wtorek, 3 maja 2016

Malowane aluminium czyli jak złote ramy upiększają rzeczywistość, w czasie przenosząc.

Moja bukowiańska rodzina była dość liczna, Tym razem będzie o Ciotce Rozalii. Nie wiele o niej mi wiadomo tylko tyle, że była piękną dziewczyną, zmarła w kwiecie wieku na zapalenie płuc. Po Cioci pozostało też jedno zdjęcie, o tyle nietypowe, że kolorowe. Dokładniej kolorowane. Bo był taki czas w rozwoju technologii utrwalania chwili i ludzi, że niedoskonałości czarno-białej fotografii, zgrabnymi domalowanymi w oko cieszące kolorowe portrety zmieniano.

To głebokie pragnienie by coś było ładniejsze i chociaż udawało lepszy standard można też w niektórych radiach zauważyć. malowane złote paski (szparunki) czy inne wlwmenty miały upiększać radio, upiększać w tani sposób, prosty w masowej produkcji i nie wymagający specjanych dobieranych fornirów czy drogich materiałów. Jest to widoczne np. NRD-owskich odbiornikach z lat pięćdziesiątych i to tych najlepszych, najładniejszych. Brak dostępności (lub przydziału w warunkach gospodarki socjalistycznej) mosiądzu zaowocował rozwiązaniem „erzacowym”.
Paznokciem zeskrobałem.
Ozdobne listwy, które to normalnie wykonywano z żółtego metalu, tu były aluminiowe i pokryte czymś, co miało ten mosiądz udawać.
Po 50 latach kolor ten aż czasami raził swoją innością, odmiennością. Co gorsza kolory schodziły przy najmniejszym otarciu, choćby paznokciem. Z początku myślałem, że są to powłoki elektrooksydacyjne – bardzo trwałe i solidne wykończenie elementów aluminiowych. Takie znalem ze sprzętu sportowego Polsportu z lat siedemdziesiątych. Kolor był zbliżony, jednak trwałość PRL-owskich leżaków czy kijków narciarskich była wyższa. Bo i powłoki ze swej natury lepsze, tyle ze nie do odtworzenia w warunkach domowych.
Aby jakoś ratować wygląd Beethovenów pierwszym i najprostszym rozwiązaniem, które Zygmunt (a ja za nim) zastosował bezceremonialne potraktowanie NRD-owskiego lakieru i dobranie się do gołego aluminium.
Wyglądało to dużo lepiej, radio prezentowało się okazale, ale no, jakby to nie powiedzieć – jednak nieoryginalnie.
No niby wszysko ok - ale jednak nie.
Przy okazji handlowej wymiany jednego z Beethovenów (odsprzedawałem drugi swój egzemplarz) zapytałem nabywcę (też restauratora) o jego sposób na "te listwy: Odpowiedź była: E… tam, Złotolem maluje, ludziom wystarczy” - że mnie jednak niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Sam pamiętam ten Złotol, trochę podobny w malowaniu do NRD-owskich farbek do plastykowych samolotów.  Szybkoschnący, mażący się, jakieś takie odpustowe wrażenie zostawiał. Nie tylko ja mam obiekcje.
Szukałam innego specyfiku, kojarzyłem coś w okolicach lampek choinkowych. Ba nawiązałem już korespondencję z dystrybutorem materiałów do produkcji cmentarnych zniczy – też malują szkło na czerwono i żółto. Na forum triody pojawił się post o werniksie. Cóż szkodzi – spróbujemy. Na szczęście sklep internetowy miał swoją fizyczną reprezentację kilka ulic za Gocławiem, to po zamówieniu pojechałem odebrać.
Ponieważ mój Beethoven jest głęboko schowany - to też werniks pojechał do Zygmunta. Dojechał (a raczej dowiozłem go) razem z Juwelem (pod Rawiczem za 120 zł kupionym). Juwel szybko ozdrowiał i pora przyszła na upiększanie. Duże obawy były, co do metody przygotowania podłoża pod malowanie. Czym czyścić, czy polerować? Ja zazwyczaj mosiężne listwy papierem 1200, watą stalową i na koniec pastą polerską traktowałem. Aluminium jest jednak miękkie – zostawiłem wybór Zygmuntowi. Tu informacja:

Aluminium z resztkami lakieru fabrycznego i brudu przetarłam do czysta zmywaczem do paznokci. Kobiet Ci u mnie dostatek. Później wypolerowałem pasta poleską  klockiem twardego filcu i wytarłem do sucha szmatką. Następne to malowanie. Ot cała technologia.

Wydaje się, że wy wyczyszczeniu powierzchni lepiej by było zrobić mat na blaszce kalającej klawisze, ale radio do "wyglądania" i brak odpowiedniej technologii tak sprawił a blaszka lepiej błyskiem w pada w oko.
Zasugerowałem tylko by użyć pędzelka z miękkim włosiem i delikatnie nakładać.

Efekt i zadowolenie Zygmunta (pośrednio i moje) przerosło wszelkie oczekiwania:

Werniks jest niesamowity. Wydajny, całość pracy to 4 delikatne umoczenia pędzelka 6 mm z miękkim włosem (sprzęt dedykowany), pokrywa równomiernie bez wysiłku. Ilość w opakowaniu starczy nam na 300 odbiorników albo więcej. Efekt super. Z.

Czyli udało się. Mamy opanowaną technologie i dobrane materiały.

Uda się uratować też nietypową hybrydę - Beethovena co poziome listwy ma w aluminium, a pionowe w mosiadzu wykonane.
Hybryda - pionowe listwy z mosiądzu!
A wracając do Cioci Rózi. Jej pokolorowane zdjęcie kilka lat temu zostało odnowione, a rama naprawiona u zaprzyjaźnionej Pani Bożeny w Krakowie, w tradycje bogatym, od wojny prowadzonym zakładzie pozłotniczym.
Portret zdobi teraz nasz dom. Ciotka patrzy i pokazuje swoje piękne ręce – takie same jak u mojej córki. Pokolenia mijają, a złote ramy przenoszą ludzi w czasie.

Z Krakowa niestety jednak dochodzą wieści smutne, Pani Bożena musiała kilka miesięcy temu swój zakład zlikwidować – brak klientów. Czyżby rzeczywistość była tak piękna, że jej nie trzeba w złote ramy oprawiać, kolorem podciągać?

Czy zdjęcia rodziny to już tylko Instagram? Facebook czy Dropbox będzie je nam przechowywał? W telefonie, zaraz obok appki z internetowym radiem?
No chyba nie - nam na 299 odbiorników werniksu wystarczy.



wtorek, 26 kwietnia 2016

Prostowniki selenowe czyli różnica między teorią a praktyką, na drewnianym klocku sprawdzana.

Jak już wspominałem wychowywałem się poniekąd obok, a poniekąd w warsztacie stolarskim. Obok mieszkał samotny stolarz, który praktycznie całe życie spędzał w warsztacie, bo tak na dobrą sprawę nie tylko tam pracował a w izbeczce obok spał. Był to bardzo stary dom - bez samodzielnego podłączenia do prądu, ciągnięto długim kablem o niespecjalnym przekroju od sąsiada. Rezystancja w czystej postaci. Uruchomienie napędu heblarki (do dziś wspominam ten dźwięk), stowarzyszone było ze znaczącym przygaśnięciem wielkiej 150W, gołej żarówki – drugiego elektryką napędzanego urządzenia w warsztacie. Trzecim, i ostatnim takim urządzeniem była jednopalnikowa kuchenka elektryczna służąca do podgrzewania kleju kostnego, a po godzinach - kawałka kiełbasy dla Pana Majstra. Wszystkie inne narzędzia były ręczne – takie to było rzemiosło.
Na starym zdjęciu - można dostrzec tą włąsnie linię zasilającą.
Dla mnie w tym czasie najfajniejszymi zabawkami były drewniane klocki, które powstawały jako obrzynki po wszelkich stolarskich pracach. Koszyk tych klocków, kilkanaście gwoździków i młotek. Gwarantowały kilka godzin cudownej zabawy. Zbijało się z tych klocków to i owo, parę razy w palec młotkiem walnęło, ale czegoś się człowiek uczył . Teraz bym powiedział, że w praktyczny sposób uczył się wyobraźni przestrzennej, mechaniki konstrukcji czy chociażby jak tym młotkiem operować.  Klocki ginęły na koniec w piecu, tylko w popiele dawało się gwoździki odnaleźć.

Po moim opisie ratowania zasilacza do Szarotki w oparciu o selenowe prostowniki, otrzymałem kilka uwag co do użyteczności tych elementów, zda się tego zamkniętego rozdziału elektroniki. Uwagi były czasami skrajnie negatywne:  (…to jest zaproszenie do powąchania zgniłych jajec. Seleny należy bezwzględnie usuwać!), po bardzo budujące:  ( … Trzeba sformować prostownik prądem przemiennym. Prąd znamionowy, napięcie nieco obniżone, przewiewne miejsce i tak przez całą noc. … Robiłem wykresy i tabelki - wyniki są nieprzewidywalne.). Postanowiłem więc samemu spróbować.


Ponieważ konstrukcja miał być jednorazowa - to sięgnąłem po sprawdzone rozwiązanie – drewniany klocek i gwoździki. Sześć 5 watowych rezystorów i TELPOD-owski selenowy mostek uczyniły stanowisko badawcze.

Chciałem stwierdzić jak należy formować prostownik przed ponownym użyciem.  Ponieważ zasilanie miało być na poziomie połowy napięcia pracy to korzystając z NRD-owskiego autotransformatora i przeogromnego (bo taki tylko mam) transformatora 230/110V oraz kilku przyrządów uczyniłem stanowisko badawcze.
Oscyloskop z funkcją zapisu obrazu na nośniku USB miał zapewnić rejestrację  przebiegu formowania, oddzielnie w dwu gałęziach mostka – takie screenshoty z zapisanymi pomiarami chciałem co kilka minut robić. Podłączyłem, pierwszy zapis – wszystko gra.
Po kilku minutach w zasadzie te same odczyty, w granicach zmian napięcia zasilającego (też mam długa linię, o niespecjalnym przekroju, pomiędzy mieszkaniem a piwnicą).

Po kilkunastu – to samo.
Spełniwszy katalogowy obowiązek 30 minut stwierdziłem, że ten mostek nie wykazał żadnych (dających się zmierzyć i uważać za znaczące) różnic w parametrach elektrycznych w całym procesie formowania. Powtórzywszy to na kolejnych z mojego zapasu - śmiem twierdzić, że dla dobrze zachowanych mostków SPS nie jest konieczne ich formowanie.
Z ciekawości sprawdziłem „wygotowany” stos z innego radia – widać duży opór wewnętrzny przejawiający się niższymi napięciami wyjściowymi przy tym samym zasilaniu.

Tutaj inny pomysł mi zaświtał – mając gotowy układ obciążenia rezystorami, troszkę go przebudowując można by określić eksperymentalnie rezystancję wewnętrzną mostka selenowego, co pozwoli w oparciu o teorię dobierać dodatkowe rezystory, niezbędne przy krzemowym „implantowaniu” prostownika.  Układ zasilania przy zastosowaniu współczesnych diod, w miejsce selenowych prostowników daje znaczący i raczej nie do zaniedbania, wzrost napięcia anodowego. Trzeba to skompensować dodatkowym rezystorem, w mojej dotychczasowej praktyce dobieranym eksperymentalnie.

Układ zbudowałem typowy -  jak ten w którym pracowały mostki – zasilanie przemiennym 210V (tyle się dało ładnie ustalić) bezpośrednie obciążenie 22uF/450V i łańcuszkiem rezystorów 1 kiloomowych, którymi odpowiednio przepinając można było obciążać mostek różną rezystancją. Starałem się nie przekraczać (za dużo) maksymalnego katalogowego prądu.
Stolarskim ołówkiem schemat kreślony.
W ćwiczeniu zależało mi na określeniu oporu wewnętrznego mostka, który to opór należy skompensować.
Przeprowadziłem test dla 3 mostków, wszystkie TELPOD o maksymalnym prądzie 100 mA lub 85 mA.
Proste obliczenia wskazały na zastępczą rezystancje odpowiednio 345, 389 lub 260 omów.  Należy zatem przyjąć, że dodatkowe rezystancja winna wynosić 360 omów dla mostków 85 mA i 270 omów dla większych.

Dla poprawnej wartości napięcia anodowego, w wypadku gdy nie ma odpowiednich odczepów, należy dodać jeszcze rezystancję kompensującą wzrost sieciowego napięcia. Przyjmując, że pomiędzy konstrukcyjnymi 220V, a obecnie deklarowanym jest 20V nadwyżki i (znów zakładając) przełożenie transformatora zasilającego 1:1 oraz  pracę na 3/4 prądu maksymalnego –  to dodatkowa rezystancja winna wynosić 330 (dla 85mA) lub 270 omów dla 100 mA mostków.
 Z wystarczająco dobrym przybliżeniem można założyć, że dla mniejszych mostków 680 omów będzie na miejscu, dla większych 560 omów.
Jednakże tak dużo założeń, przybliżeń i zaokrągleń poczyniłem, że można z powodzeniem przyjąć, że łącznie 470 to minimum, a 1000 omów to maksimum – wartość idealną należy dobrać eksperymentalnie.
Zatem w teorii teoria potwierdziła praktykę,
 ale w praktyce to jednak teorię należy praktycznie zweryfikować. 
Ot, takie inżynierskie podejście.

Tak czy inaczej, mamy dodatkowy rezystor, aż kusi dodaniem kolejnego członu RC w filtrze i jeżeli jest taka możliwość - sugeruję to rozważyć. Np. w Calypso – tam mamy możliwość zastosowania w miejsce pojedynczego kondensatora podwójny, łącząc połówki tym dodatkowym rezystorem.

Pamiętajmy też prostowniki selenowe także mają ograniczenie co do pierwszego ładowanego kondensatora – w tym przypadku nie może jego wartość przekraczać 50uF. Związane jest to z prądem szczytowym diody. Zainteresowanych odsyłam do literatury.

Pragnę od razu zaznaczyć, iż cały eksperyment miał charakter bardzo wybiórczego, a uzyskane dane nie muszą być reprezentatywne do innych układów i prostowników.
Prosty drewniany klocek i kilka gwoździków doprowadziło mnie do całej tej zawodowej inżynierki, teraz zaś znów pozwalają się jak dziecko bawić – tak z jednej strony ocierając się o teorię, z drugiej strony o praktykę.