sobota, 2 sierpnia 2014

Neolapidarium czyli artyści wskrzeszają

Jesteśmy w drugiej części wakacji, którą jak zazwyczaj spędzamy w Bukowinie. Jest to okazja do pracy zarówno fizycznej koło domu, której uparcie nie brakuje, jak też i załatwiania dziesiątek i setek drobnych spraw. Powoduje to, że nawet kilkutygodniowy pobyt można nazwać harówką. Dlatego też wszelkie działania podejmowane dla przyjemności rodziny niosą wielką odmianę i sprawiają, że na chwilę można poczuć, iż jest się na „urlopie”.

Kilka dni temu wyskoczyliśmy dosłownie na kilkadziesiąt minut do Zakopanego, skrzętnie omijając Krupówki i doprawdy na chwilkę wybraliśmy się na spacer w Kuźnicach. Powyżej kościółka na ulicy Karłowicza zaskoczyła nas nowa instalacja edukacyjna o nawie Lapidarium

Ze swojego dzieciństwa pamiętałem alpinarium, na których zakładanie była akurat moda. Pamiętam, że na trawniku mojej szkoły podstawowej (jak się śmieliśmy o najwyższym poziomie w Polsce – ponad 900 m.p.m.) za inicjatywą Pani biolog Piszczkowej powstało coś na kształt skalnego ogródka. Ale określenie Lapidarium jednoznacznie odnosiło się do łac. lapis czyli kamień. 
W fajny sposób przedstawiono rodzaje skał występujących w Tatrach a na planszach przemysłową historię Kuźnic, gdzie stal wytapiano i kowalstwo kwitło przez dłuższy czas, aż do wyczerpania tatrzańskich pokładów. Pospieszany nadchodzącym deszczem, nie zdążyłem zrobić chociaż jednej fotografii, dlatego też czytelników zapraszam do rzeczonej instalacji stworzonej przez TPN. Warto.

Dokładnie pierwszego sierpnia inna przyjemność nas spotkała, tym razem z inicjatywy Domu Ludowego w Bukowinie uczestniczyliśmy w otwarciu wystawy z cyklu Dusza na Dłoni. W jednej z sal największego w Polsce drewnianego budynku prezentowali swoje prace miejscowi artyści, głównie Bartek Kolbusz.
Bartek ze stuletnim miechem kowalskim.
Artysta ów, mieszkający w dolnej Bukowinie dzielnie wdziera się w przylegającą do jego restauracji górę, walcząc o miejsce dla swoich zbiorów artefaktów, prac i instalacji. Powoli wychodzi też poza obręb warsztatu i restauracji Bury Miś. Po niedawnym odsłonięciu Ściany kolarskiej TdP, przedstawił część swoich zbiorów i instalacji właśnie w Domu Ludowym. 

Silne inklinacje do tworzenia z rzeczy już odrzuconych przez cywilizację, takich jak wszelkiego rodzaju metalowe konstrukcje i elektromechaniczne urządzenia powoduje, iż powstają dzieła sztuki i instalacje jedyne w formie, kształcie i funkcji. Daje to także możliwość udziału widza w neo-użytkowaniu przedmiotów. Stąd też określenie neo-lapidarum czyli gromadzenie i tworzenie nowych funkcji z czegoś co zostało już raz spożytkowane, zużyte i wyrzucone lub porzucone. 

Wernisaż był także okazją do popróbowania swoich sił w działaniu. Maluchy bębniły pałeczkami po duszy fortepianu, która została przeistoczona w elektrocymbały, młodzi muzycy góralscy zainteresowali się stalową gitarą basową o kształcie gęśli i wadze niezłego kafara. 

Autor bloga i towarzyszące mu młode panny odkrywały talent snycerski (ktoś nie usunął po zajęciach Szkoły Ginących Zawodów lipowej deski, stołu i kilku dłutek)


 zaś Szanowna Małżonka wykazała się niebywałym talentem w przywracaniu funkcjonalności maszyny do pisania. Młode pokolenie nie wiedziało o czym takim jak taśma i uparcie szukało klawisza ALT.

Upływ czasu jest przeogromny. Dobrze, że udaje się niepotrzebnym przedmiotom przywracać sens istnienia i nadawać nowe znaczenie, funkcje jak i nowe cechy. 
Tak jak kiedyś radio (powiedzmy to – radio lampowe) było sposobem na kontakt ze światem, dawało możliwość posłuchania muzyki, poznania ludzi, języków i świata w ogóle. To teraz to samo radio wyciągnięte ze strychu, piwnicy czy szopy, odnowione z równie niemałym trudem i staraniem, staje się czymś co ociepla wnętrze (restauracje i kawiarnie), nadaje prestiż (gabinety Dyrektorów Technicznych) czy staje się eksponatem (kolekcjonerzy). Zaś dla zakręconych fanatyków nadaje sens życia w składaniu, naprawianiu, odtwarzaniu i przywracaniu do powtórnego życia.

I obrastają nasze domy, mieszkania i warsztaty różną masą radiosprzętów, jak zbiór w lapidarium. Tylko kim my jesteśmy? Jeśli dobrze się wsłuchać w to co w nas gra to chyba raczej jak artystami rzeźbiącymi w marmurze, którzy nie czują bólu i wysiłku przy pracy ciężkiej jak w kamieniołomie.  

Na wystawie oprócz prac Bartka i inni artyści przedstawili swoje prace – mieszkający w Murzasichlu Dariusz Lesiak, który robi szufladki w każdym znalezionym kawałku drewna.

 Szufladki we wszystkim - coś dla Pań idealnego, można zaprowadzić porządeczek nawet w najbardziej wyszukanej gmatwaninie i schować coś co na wierzchu leżeć nie powinno. 
Prezentowane są także powinowate z  Bartka pracami z racji materiału i technologii prace artystki, która za pomocą spawarki tworzy różnego rodzaju puzderka stojaczki czy figurki. 

Na to wszystko z góry spogląda z portretu Franciszek Ćwiżewicz- inicjator i pierwszy kierownik Domu Ludowego, troszcząc się zapewne aby Św. Florian miał w opiece ten największy i już zabytkowy budynek drewniany w Polsce. 

P.S. Bartek przyznał, że wszystkie lampy z demontowanych urządzeń zamyka w słoiki i wekuje na późniejsze czasy. Oj, chyba pójdę do Burego Misia nie tylko by marynowanych rydzów spróbować. Może się jakąś lampa do Elektrita trafi.


P.S. Na wystawie ślad pozostawiła epoka słusznie miniona, łącznie z chybionymi pomysłami.



poniedziałek, 14 lipca 2014

Menuet w PGR czyli co może się zdarzyć między zupą a drugim daniem.


Wakacje to czas kiedy mamy możliwość, powinność lub wręcz obowiązek oderwać się od naszych codzienny zajęć i popielgrzymkować do miejsc, atrakcji czy niezwykłości.
Moja rodzina w tym roku zadecydowała, iż chce wypocząć w Polsce. 
Chyba zeszłoroczny wyjazd do Chorwacji był zbyt męczący. 

Wybór padł na Folwark na Półwyspiereklamowane jako agroturystyka, ale z ceną, która sugerowała dobrą jakość i warunki. Nie zawiedliśmy się, w ciągu tygodnia udało się wypocząć, zdecydowanie polecam. Pogoda dodatkowo dołożyła plusów. 


Folwark leży na półwyspie w mikro-miejscowości Uraz. Znaleźć i dojechać nie tak łatwo. Najbliższa ciut większa miejscowość to Bolegorzyn.
 
Do Bolegorzyna dojechać łatwo - drogowskazy prowadzą.
W związku, iż do ośrodka przyjeżdżają głównie rodziny z dziećmi to bardzo nam się podobało serwowanie głównego posiłku, gdzieindziej obiado-kolacją zwanego. Otóż od 13.30 serwowana jest zupa, a drugie danie i deser dopiero od 16.00.

Te kilkadziesiąt minut pomiędzy wykorzystaliśmy do odwiedzenia lokalnej atrakcji turystycznej – Muzeum PGR i zamku Drahim.


Widać zapał i determinację w gromadzeniu eksponatów, zbiór jest imponujący, eksponatów w porównaniu z arcy-podobnym Muzeum PRL, mnóstwo.
Do czego to służyło ???
Nawet młodzież znajdzie coś dla siebie - pożytki z lnu i konopii.
Imponujący jest kącik RTV, nie kącik, ściana cała.

Kącik lampowy

I najgorętsze dla miejsce to oczywiście Menuet UKF. Trochę sfatygowany, gałeczki niekompletne ale jednak Menuet. 
Nawet znaczek się nieźle trzyma.
Z ciekawostek to restaurowany odbiornik Rekord 66. Dobitny dowód bliskiego sąsiedztwa Bornego-Sulinowa. Skala ręcznie odtwarzania, cyrylicą malowana – ktoś nie miał środków, miał czas.




Miejsce warte uwagi i odwiedzenia. Czas PGR to pewne znamię tych miejsc, miejsc o których się nie pamięta no może przed wyborami.
 
Wpomnienie wizyty w museum.

Cieszy jednak, że ludziom się chce działać, malować skale, zbierać eksponaty i zakładać muzea czy folwarki. Ulepszać świat.
Setencja Joanitów z zamku Drahim. Kilka kilometrów dalej.

piątek, 4 lipca 2014

Dzień Niepodległości czyli 79 lat Emerson-a w Polsce

Dzisiejszy dzień jest bardzo szczególnym dniem za Wielką Wodą. Kolejna rocznica Deklaracji Niepodległości i powstania bardzo ciekawego państwa. Państwa, które pomimo, to że dalekie geograficznie ale liczne związki z Polską powodują, iż na swój sposób bliskie dla wielu z nas.

Także dla mnie, właśnie mija 110 rocznica, kiedy mój Dziadek Franciszek dopłynął do Nowego Yorku by pracować w kopalniach Pittsburgh-a, jak też i okrągła setna, gdy na wiosnę 1914 roku powrócił by na Bukowinie pogospodarzyć.
Franciszek Taras sprzed stu lat.
Dokładnie dzisiaj, do mojego domu zapukał listonosz i przyniósł małą, bardzo nie pozorną przesyłkę – ulotkę reklamową. Ulotkę, która z Włoch pocztą docierała kilkanaście dni, by dokładnie trafić na 4 lipca.

Ulotka reklamowa sprzed 79 lat, wydana w Łodzi, a sygnowana pieczątką firmy „Antena” z Krakowa, w doskonałym stanie, jest materialnym świadectwem że produkty firmy Emerson Radio and Television (!!! 1935 !!!) były dystrybuowane w Polsce. Przedwojennej, sanacyjnej Polsce.  

Od ponad  dwudziestu lat pracuję pod znakiem amerykańskich firm, najpierw był to Kodak, później również zasłużony „double ju in circle”, a po przejęciu mojego działu właśnie Emerson.

Przez dłuższy czas nie widziałem, że moja firma była aktywna na polu radiotechniki. Okazuje się, że nawet bardzo i co ciekawe jest niesłychanie, także do Polski swoje radioodbiorniki eksportowała. Później jak pamiętamy, to Unitra produkowała sprzęt sygnowany logo Emersona na eksportowe rynki

Mam ślad, mały papierowy śladzik tej historii, ciekaw jestem przeogromnie czy zachował się chociaż jeden z tych, zakładam bardzo niewielu luksusowych odbiorników, które „obywały się nawet bez anteny i uziemienia” i miały skrzynkę "ze specjalnego muzycznego drzewa".

Kolejna prośba i mój kolejny apel  - Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie proszony jest o informację. Dwa modele zostały uchwycone na ulotce:



Każdy ślad, postaram się nagrodzić drobnym upominkiem ze współczesnym logiem Emersona.

Poszukuję także śladów odbiorników firmy „double ju in circle”, może któryś także do Polski przywędrował. Co to za firma - to konkurs dodatkowy. Podpowiem, że ma/miała ta firma element próżniowy w logo!

Przepraszam, że post krótki, ale późno z pracy wróciłem. 4.07 jest dniem wolnym tylko dla headquarters-ów, my oversea-si  musimy pracować, jak mój dziadek. Nic się nie zmieniło od ponad 100 lat. No może nie mam 16ton dziennej normy.


piątek, 13 czerwca 2014

R jak Radio czyli o Jurku, którego pasję znają miliony

W tej całej mojej radiowej pasji najfajniejsze wydaje się zdobywanie nowej wiedzy, nowych doświadczeń, testowanie i rozszerzanie swoich umiejętności.
W tym całym gorączkowym zapędzie zastanawiamy się czasem z kolegami dlaczego tak dużo czasu, pieniędzy i bezgranicznego zaangażowania wkładamy w szukanie schematów, zdobywanie wyjątkowych elementów, polerowanie obudów, odtwarzanie znaczków, strojenie p.cz. czy naprawianie sprzętów. Sprzętów, których tzw. "wartość rynkowa" oscyluje pomiędzy skupem złomu a śmietnikiem.
Zajmujemy się tymi i innymi rzeczami, zwykłemu zjadaczowi chleba w praktyce nie użytecznych, bezlitośnie czasami marnotrawionymi i niszczonymi. 
Mój Mazur LUX - jeszcze nie kupiony.
Prawda, zachwyci się czasem taki „Kowalski” ładną obudową („Co? to ma 60 lat ? Niemożliwe?!”), lampowym dźwiękiem (coś słyszał o takim) czy ulotnie wspomni babcię i jej stare radio („stało na strychu, ale zmokło i wyrzuciliśmy”) i wróci do wypasionego telewizora, gdzie godziny reklam poprzeplatane są tasiemcami i innymi programami nastawionymi wyłącznie na liczbę widowni i zwiększaniem sprzedaży suplementów diety na to czy tamto.

Moja żona tłumaczy mi jednak, że te wszystkie "produkcje" mają także element terapeutyczny dla społeczeństwa – pozwalają oderwać się na chwilę od rzeczywistości i przenieść w świat, gdzie szpital wygląda jak szpital powinien wyglądać, gdzie szybciej czy później zło zawsze przegrywa, a dobroć jest nagrodzona.

Od czasu do czasu rzucając oko na jeden z takich seriali spostrzegłem, że obok czegoś co już na stałe zakorzeniło się w massmediach, a obok mianowicie „Product Placement” istnieje coś co pozwolę sobie nazwać „Brand Displacement”. Jest to ewidentnie zamierzona działalność polegająca np. na celowym usuwaniu np. znaków marki z samochodów pojawiających sie na ekranie. Wkurza mnie udawanie, że Octavia to nie Skoda tylko czarne kółko, a Laguna ma taki czarny romb na masce.
Rozumiem nie zapłacili - to nie mają sekund w dobrym czasie antenowym, ale mózg czuje dysharmonię. Coś nie gra w tej wykreowanej rzeczywistości, MatrixTV na dysfunkcje.

Dodatkowo w wielu (jeśli nie wszystkich) produkcjach wstawiane są tzw. „treści społecznie użyteczne”, i te żeczywiście dobre i użyteczne, jak też i te które wręcz mają znamiona propagandy czy manipulacji. 

Są  też i takie działania popularyzatorskie, chyba nie są do końca zamierzone, które mają swój oddźwięk w społeczeństwie, a nie zostały wpisane czerwoną kredką sponsora do scenariusza.

Otóż w jednym z najdłużej na antenie się utrzymujących krajowych tasiemców, pojawił się mój ukochany motyw – „Stare Radio”. Od razu spotkało z reakcją moich najbliższych. Zostałem zaskoczony pytaniem: Czy wiesz że Jurek Kolęda też zbiera stare radia?
Nie wiedziałem kto to, ale z ciekawości, z pomocą VOD obejrzałem stosowny odcinek  i od razu muszę zwrócić uwagę scenarzystom lub też osobą opiekującym się rekwizytami – Mazur LUX wcale nie był pierwszym radiem w PRL, był i jest (nie tylko moim znaniem) jednym z najładniejszych, ale nie pierwszym. TO ma znaczenie!

Wątek starego radia, jest kontynuowany – super.

Zdaje się, że jako grupa szaleńców mamy swojego medialnego reprezentanta. Troszkę on wirtualny, ale jednak istnieje w świadomości milionów!
W odcinku 1071, ostatnim przed wakacyjną przerwą znów pojawiło się radio, przywołany przez żonę zobaczyłem dwa ujęcia. 

Raz radio w tle i kilka sekund później Pana Jurka z tkliwością dotykającego radia.



Zwaliło mnie z nóg – w pierwszej scenie nie było znaczka (czyli Bolero lub Tatry) tylko 3 jasne punkty, w kolejnym ujęciu przepiękny i subtelny znaczek się pojawił.
Wiem ile cierpliwości i czasu wymaga by taki znaczek odtworzyć więc nie stało się to w tzw. „międzyczasie”.

Podejrzewam zatem ogromny spisek.

Pozwolę sobie domniemywać, że te dwa ujęcia zostały nakręcone w odwrotnej kolejności, a Tatry straciły logo za pomocą noża, siekiery czy innego ostrego narzędzia  –  barbarzyńcy nawet otworów nie zamaskowali.

Dla mnie zbrodnia na radio-zabytkach, polskich perełkach.

W imię czego – „brand displacement”? Przecież ZRK nie istnieje od lat!
Źle się komponowało z fryzurą aktorki? Nonsens!

Protestuję. Kolejnego odcinka pod żadnym pozorem nie obejrzę, nigdy!

Już nie będą mi lokować w głowie produktów, obklejać emisje reklamami czy w inny sposób dręczyć mózg. Koniec!

Ja tymczasem doklepałem się do 50 posta, jak zdrowie pozwoli to ich przegonię!

Na pocieszenie okładka instrukcji radia. Tatry oczywiście.


wtorek, 10 czerwca 2014

Podhale etap II czyli co z woskowo-silikonowej formy wynikło

Znaczkowi Podhale dałem się bardzo długo wysezonować w formie, wyjazd do Konina miał jeszcze "odnogę" do Wrocławia i forma krzepła ponad 48 godzin.

Spotkanie Towarzystwa TRIODA się w międzyczasie odbyło, może mniej liczne, może mnie odbiorników, ale prezentacje na najwyższym poziomie. No i to co jest najważniejsze - masa fantastycznych osobistych spotkań, rozmów i możliwość nawiązywania bezcennych kontaktów. Dziękuję organizatorom. Reportażyk można obejrzeć na TRIODZIE, podobno nawet wciskam się w kadr fotografom. Kolega, który dojechał z wybrzeża okazuje ciekawość najwyższego stopnia (Fot.5).
 
Wracając do piwnicy. Z wielką niecierpliwością (ale i z ostrożnością) zatem przystąpiłem do wyjmowania oryginału z silikonowej masy.

Na szczęście skrzepłą już solidnie, a że stosunek masy formierskiej do składnika B był właściwy, zatem i powstały odlew dosyć solidnym sie okazał. Aż, trochę za solidny.
 
Wyjęcie nie było łatwe, pomimo warstwy wosku udało sie w kilku miejscach silikonowi wniknąć pod mosiężny znaczek. Pomagając sobie nożykiem udało sie jednak wyswobodzić najcenniejszy oryginał.
 
Od woskowo-tekstolitowej podkładki silikon odlepił się bez najmniejszego trudu, plastelina użyta do ograniczenia formy okazała się jednak silnie związana. Nic to odejdzie przy obcinaniu nadlewek. Silikonową formę zawsze obcinam po brzegach, nie chodzi tylko o uzyskanie ładnych (no dobra ładniejszych) brzegów ale przede wszystkim o pozbycie się nierówności. Otóż silikon krzepnąc w formie ma tendencję do tworzenie menisku wklęsłego – przy brzegach jest wyższy.

Poprzec odcięcie ostrym nożem jednocześnie pozbywamy się nierówności i odwrotna strona formy jest płaska co ułatwia odlewanie.

Przy okazji okazało się, że pomimo dużego udziału bąbelków powietrza w świeżej masie formierskiej to jednak większość z nich uwolniła się.

Na razie obywam się bez próżniowego odsysania, ale chyba przyjdzie mi zbudować takie stanowisko.

Pamiętam z bardzo wczesnej młodości, żeby nie powiedzieć z dzieciństwa, jak znajomy moich rodziców Pan Jan Glura z dumą prezentował próżniowe mieszadełko do mas formierskich . Wytwarzał te urządzenia w rzemieślniczym warsztacie, w podwarszawskich Michałowicach. Były to inne czasu (połowa lat siedemdziesiątych) i wszystko co nie było ujęte w wielkich pięcioletnich planach partii musiało być wytworzone sprytem, umiejętnościami i niebywałym talentem organizacyjnym. 

Widać dałem się troszkę choć zaszczepić tym ideom. Nie ocalało już wiele z tej małej fabryczki, gdzie produkowano silniczki do wycieraczek i inne elektro-mechaniczne cudeńka, które nie jak się nie opłacały PRL-owskiemu przemysłowi.

Podciśnienie jeszcze przede mną, trzeba by się rozejrzeć za starym agregatem do lodówki, solidnym kloszem szklanym i grubym kawałkiem gumy.

Na razie postanowiłem pozbyć się nadlewów za pomocą ostrego nożyka, wyniki były takie sobie.




Benedyktyńska ciepliwość wymagana.
Niestety nie uniknąłem kilku potknięć i raczej pierwsze odlewy chyba posłużą do zrobienie kolejnej, już produkcyjnej formy podobnie jak ze znaczkiem –D–I–O–R–A–.

Jako separator pomiędzy szkłem dociskowym i formo - obowiązkowo paier w kratkę nasączony olejem silikonowym.
Pozostało mi jeszcze w strzykawce troszkę zabarwionej na żółtawy kolor żywicy, zatem pierwszy odlew będzie w tej samej tonacji kości słoniowej.
Usuwanie pęcherzyków powietrza

Nakładanie papieru

Grubość znaczka jest tak dwukrotnie wyższa od poprzednich moich prac więc trochę łatwiej napełniało się formę, nie mniej ta sama zasada – należy ostrym końcem pousuwać powstające w żywicy bąbelki.
Okazało się iż forma nie była dobrze wypoziomowana co okazało się po zalaniu żywicy .

Dociskamy czymś co pod ręką.
Mam nadzieję, że żywiczne Podhale będzie miało liczne potomstwo pozbawione już tych wad.

A wracając do Michałowic, to przy tej samej ulicy, 200 metrów dalej mieszka mój kolega, którego pszczelarska pasja zaowocowała łatwym dostępem do najprawdziwszego wosku. Pasja to wielka wspaniała rzecz. Może wybiorę się na jakieś spotkanie koła entuzjastów domowej produkcji miodu, niekoniecznie pitnego. Tam też jest wiele tajemnic, doświadczeń i wiedzy przez pokolenia zbieranej.

P.S. Odlew wyszedł zupełnie ładnie. Może i nada się z tej formy - zobaczę


środa, 4 czerwca 2014

Podhale czyli jak ważny może być jeden znaczek, nawet plastikowy

Pamiętam zimowy wieczór, kiedy na stacji benzynowej przekładając odbiornik do bagażnika stałem się nabywcą luksusowego odbiornika Podhale. Stan techniczny i obudowy wydał mi się wart zainwestowania i trudno stało się – mam jedną kochaną skrzyneczkę więcej.

Podhale wraz z siostrzanym (a właściwie bratnim) Śląskiem to pierwsze polskie radioodbiorniki  przystosowane do odbioru fal ultrakrótkich, UKR jak się podówczas zapisywało. Jako prekursor technologii, nie był on wyposażony w głowicę UKF i tor pośredniej częstotliwości 10,7MHz, ale w bardzo prostą przystawkę superreakcyjną
Nie wiem jak się ona sprawuje, jak jest jakość odbioru, a to za przyczyną, iż w moim warsztacie od kilku miesięcy rozsiadł się NRD-owiec – STERN 7E86, okupuje miejsce i czas. Po maluśku już zbliżamy się końca, tor p.cz. już zestrojony, ale i tak jeszcze kilka tygodni zajmie mi poskładanie go finalnej postaci. 
Tylko magicy robią Beethovena w kilka dni.

W starych książkach  (m.in. w publikacjach Trusz-a) pojawia się Podhale ze znaczkiem. Ostatnio wszystkie radia jakie pojawiały się w sprzedaży były bez takowego, ba nawet tęsknota za tym napisem kazała komuś wykuć takowy – wystawione radio na Tablicy wyglądało trochę groteskowo. Dla spokoju czytelników nie podaję nawet linku.

Po siedmiu latach nieobecności,  na All…ro pojawiło się Podhale ze znaczkiem, nie wygrałem, ale atmosfera się podgrzała. Sam się do tego przyczyniłemL Jednak dzięki zdecydowanej postawie kolegi z Krakowa odważyłem się zaryzykować. Był to skok na głęboką wodę, ale zakończony sukcesem. Mam znaczek. Oryginał.

Jest on wykonany z mosiężnej blachy, tłoczony i wykrawany, na prawdę wysokiej jakości robota, chyba ostatnia w serii. Już kolejna Symfonia ma znaczek z tworzywa sztucznego. Poprosiłem Szwagra o zrobienie kilku fotografii, może trzeba będzie fotogrametrycznie odtwarzać.

Posiadłszy już troszkę doświadczeń w kopiowaniu znaczków (-D-I-O-R-A-) próbuję i ten powielić. Będzie to już co prawda odlew żywicy, nie mniej jednak jak by to powiedzieć - oryginalna kopia. Mam nadzieję, iż ozdobi kilka odbiorników.

Znaczki poprzednio odlewane kopiowałem w ten sposób, iż wzorce naklejałem na szklaną płytkę a następnie zalewałem silikonem formierskim. Tutaj jest to niemożliwe, a to z powodu dwu wąsów służących do mocowania. Szklaną płytkę zastąpiłem tekstolitową, w której wywierciłem dwa otworki. Największy problem to jednak szczelina która powstaje pomiędzy znaczkiem a płytką – w nią wciska się silikon psując precyzję formy. 
Próbuję wprowadzić pomiędzy znaczek a płytkę wosk pszczeli, który uszczelni połączenie (chociaż częściowo) powodując, iż nadlewki będą minimalne – przynajmniej taką mam nadzieję.
Wosk pszczeli na tekstolicie

Na wastwę wosku nakładam napis. 

Chyba jednak nie wszęszie się udało.
Na rozprowadzoną cienką (z grubsza 1 mm) warstwę wosku nałożyłem znaczek po czym gorącym powietrzem wtopiłem go w wosk. Efekt osiągnięty za pierwszym razem wygląda na zbliżony do zamierzonego, więc mam zatem nadzieję, iż przełoży się to na akceptowalną finalną jakość formy.

Jako masy użyłem końcówki białego silikonu, zwiększyłem troszkę ilość utwardzacza – przy okazji wyjaśniło mi się dlaczego ostatnie silikonowe odlewy były takie miękkie – utwardzacza w pojemniczku zostało za dużo. Czyli poprzednio wlałem go za mało. Zdecydowanie wolę silikony 1:1: czy 1:2, a nie 1:10 – w warunkach domowych łatwiej się odmierza.

Po zastygnięciu wosku nakładam dobrze zmieszany silikon, początkowo smarując  pędzelkiem by uniknąć pęcherzyków powietrza przy samej kopiowanej formie. No i czekamy. W moim przypadku będzie to minimum 24h – jutro jadę w delegację. Trzymajcie kciuki.

Te bąbelki juz nie groźne.
Jak się uda to w sobotę będzie pierwszy plastikowy odlew. 
W niedzielę spotkanie TRIODY.

Niestety nie podejmę się skopiować takiego znaczka w mosiądzu, może słynni mistrzowie co spinki góralskie cudownie wyklepać umieli, to by sobie poradzili.


Ale czy to Józek Bigos czy Jasiek Konieczny już ino na nas z góry spoglądają. Patrzą na to inne już Podhale, też takie troszkę plastikowe.