sobota, 12 kwietnia 2014

Papiery czyli kilka uwag dla cierpliwego Stanisława z Łodzi

Dobra dokumentacja historii, przebiegu i wykonanych napraw jest bardzo cenna, tak cenna, iż może podnieść wartość samego samochodu, odbiornika czy psa nawet kilkukrotnie. 
Może się ktoś obruszyć, iż do jednego worka wrzucam tak różne pupilki. Ale taka jest prawda, kochamy je takimi jakie, są ale niezmiernie ważna jest ich zapisana historia.  
W przypadku radia to jest niezmierną rzadkością aby odbiornikowi towarzyszyła pełna dokumentacja. Prawda czasami zdarzają się takie perełki, nawet przedwojenne. Zwróćcie uwagę jak je można kochać. Brawo Adar0!

Trafiło w moje ręce parę już parę radioodbiorników (większość kupiłem) i kilka dokumentacji, starych porządnych dokumentacji, gdzie każdy Kowalski dostawał pełną specyfikację i schemat.

Pocztą nadeszła kolejna przesyłka, a ja zostałem czujnym okiem zmierzonym przez moją kochaną żonę. W środku zaś oryginalna instrukcja od Menueta, co prawda nie UKF, ale od takiego jak kiedyś rozmontowałem.

Aby nie bawić publiki swoim Pisanem zapraszam do zapoznania się z jej treścią. Ileż to się zmieniło przez to pół wieku z okładem.
 
Okładka, nie mogłem nie opublikawać jej całej.
Telefon do Dyrektora Naczelnego w każdej instrukcji!
EM4- coś tu nie gra!
Rysunki, troszkę takie od ręki rysowane.
Coś z tym potencjometrem jednak było.
Schemat ideowy - odszumiony cyfrowo.
Pamiętam że ten wąż (ramię gramofonu) miał jedno oczko zielone, drugie czerwone.
Ciekawy jest zwłaszcza fragment instruujący o prawidłach radiofonicznego odbioru w dzień i wieczorem. Da się już zauważyć narzekanie na zakłócenia elektromagnetyczne.



Sama karta gwarancyjna jest także nieocenionym źródłem informacji.


EM80 - widać od momentu wydrukowania do wydania zmieniono model magicznego oczka.
 Pełny adres Pana Stanisława – szczęśliwego nabywcy to już niespotykany w chwili obecnej element.

Coś mnie kusi by skontaktować się, być może ktoś będzie pamiętał to radio. 
Może nie tylko pamięta, może jeszcze gra.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Re- Re- inżyniering czyli obracanie globusika we właściwą stronę.

Każdy ma pewne upodobanie co do tego „najwłaściwszego” radia czy też okresu w historii gdy te „najwłaściwsze” radia powstawały. Jedni z upodobaniem zbierają przedwojenne i to tylko określonych marek. Jest grupa, która do poziomu nauki doprowadziła tzw. Pionierko-logię. Jest też grupa miłośników Szarotki, czy też spora  grupa fanów nowszych sprzętów Unitry.

Ja zadeklarowanym zwolennikiem jestem sprzętu z okresu wczesnego UKF. Najbardziej zaś sprzętu polskiego stworzonego do odbioru UKF-u do 100 MHz, niestety mało go powstało i jeszcze mniej się zachowało, tak że zaglądam także do importowanych odbiorników.  Jak na ten okres widać dominującą na polskim centralnie zarządzanym rynku była siła NRD-owskiego przemysłu radiowego, stąd liczne Beethoven-y, Amati, Juwel-e i inne. Do takich „naszych NRD-owców” należy zaliczyć radio STERN 7E86, takie klasyczne w formie, z ładnym globusikiem. 

Jeden taki przyjechał do mnie z Łodzi. Kolega, który wyświadczył mi tą przysługę skwitował to krótko – jeszcze w tak dobrym stanie starego radia nie widziałam. I rzeczywiście obudowa jak na swój wiek jest doskonale zachowana. Bez ubytków czy zadrapań, listewki ozdobne całe, tkanina czysta - słowem cudo. No może tylko w transporcie jedna z gałeczek się zgubiła L

Na szczęście, lub inaczej przewidując to nieszczęście, kupiłem drugie takie samo radio, za naprawdę groszowe pieniądze. Właśnie z zamiarem, a nuż z tego się coś przyda. Ten „destrukt” oprócz pobitej skali i wyrwanego transformatora posiada obudowę w stanie totalnego rozklejenia – znów puścił klajster. Ale gałeczki miał w komplecie.
Już z erzac-gałeczką. Listewka tylko odstaje.
Obudowa ładnego STERNA spokojnie czeka na swoją kolej – trochę wyprzedzająco równocześnie walczymy z politurą na Kaprysie i Calypso – ale tutaj początek to środek, z niemiecka werk-iem zwany. 
A jak zacząć to od zasilacza. Enerdowcy mieli ładny zwyczaj wydzielania tego podzespołu na oddzielnym chassis lub jak w tym przypadku zamontowane na transformatorze.  Co ciekawe zastosowano tutaj  głośnik elektromagnetyczny, gdzie stałe pole magnetyczne jest tworzone przez cewkę, będącą jednocześnie dławikiem filtra. Takie dwa w jednym, podobne nieco do rozwiązania z Calypso gdzie rolę dławika pełni transformator głośnikowy. Nie wiem jak to będzie finalnie, czy tutaj przydźwięk będzie kłopotem czy nie – pożyjemy, zobaczymy. A może są tam odpowiednie kompensacje?

Zmontowałem układ obciążenia do zasilacza w postaci kilkuwatowego rezystora uzupełnionego przez  15W żarówkę do okapu, a w miejsce dławika zawitał posiadany 800 omowy rezystor drutowy.
Obmierzamy głośnik.
Przy pierwszym włączeniu spotkałem się z tyleż pięknym co jednocześnie strasznym zjawiskiem. W lampie prostowniczej, przepięknej AZ11 po podaniu napięcia powstają wyładowania. 
Piękne i bolesne jednocześnie.
Piękny błękitny błysk każdorazowo jest okupiony wyrwaniem materiału z katody i z pewnością nie obojętny dla siatkowej anody (czasem jednej, czasem drugiej – duodioda). Po konsultacjach i bliższym obejrzeniu zasilacza stwierdziłem, że główną przyczyną były kondensatory elektrolityczne. Nie ich zwarcie czy upływność, lecz wprost przeciwnie – nadmiar pojemności. Elektrolity produkcji NRD nigdy nie słynęły jakością, więc ktoś zamienił oryginalne 16uF na podwójne 50uF połączone równolegle – data produkcji z 70 r. pokazała to dobitnie.
Miało być lepiej, a wyszło jak zawsze.
Więc miałem trzy czynniki , które do nieszczęścia ciągnęły – czysto rezystancyjny odbiór, R zamiast L w filtrze i co najgorsze to kondensatory o ponad 6 krotnie większej pojemności. Co prawda AZ11 powinna w myśl katalogów ladenkondensator o pojemności 60uF wytrzymać ma, ale nie 100uF. Po odlutowaniu po jednej z sekcji od pierwszego i od drugiego kondensatora wyładowania ustały, a po podłączeniu radiowego układu zamiast rezystancji, już zupełnie bezpiecznie się poczułem.

Pierwsza pułapka radio-naprawiacza już za nami – idziemy dalej.

Radio na podłączonym głośniku odezwało się, z razu niewyraźnie, ale wymiana smołowców pomogła. Co ciekawe te o pojemności 25nF zachowały się całkiem dobrze, natomiast 10nF praktycznie wszystkie nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Inna fabryka, inna technologia, inna żywotność. Bardzo rozczarowujące były w papierowej obudowie zamknięte elektrolity – suche ja wiór.  
   
W STERN-ie ciekawie jest zbudowany klawiszowy przełącznik zakresów – widać taka stalowo- ostrzowa konstrukcja była w swoim czasie popularna, pomny rad przyjaciół (na razie korespondencyjnych) z Bolesławca starannie zabrałem się do jego wyczyszczenia. I tu niespodzianka, zacinający się klawisz od gramofonu był bez sprężynki powrotnej, a przynależne mu styki na twardo pozaginane. Takie wręcz okrutne traktowanie materii. Cały zespół wahliwy był wyłamany (szajs nie plastik). Sprężynka tam użyta posłużyła mi za materiał na brakującą płaską sprężynkę do odwodzenia klawisza – taka sama średnica drutu.
Ślad pi sprężynie i zwarte styki.
Mostkiem po stronie połączeń sygnał radiowy został doprowadzony tymczasowo – musimy poczekać trochę by do destrukta-dawcy się znów dobrać. Tak się geograficznie poskładało że ponad 400km je dzieli.

Druga pułapka radio-naprawiacza sprzed 40 lat ominięta.

O ile AM odezwało się ładnie, no może poza falami długimi – coś słabe i mocno zakłócone. To już np. średnie, aż przyjemnie posłuchać, no może poza treścią tam nadawaną. Najmocniejsze to oczywiście te propagandowe radiostacje, a że kryzys Krymski był w akurat najgorętszym okresie to aż nieprzyjemnie było rozumieć co tam wygadywano. Piękny angielski w chińskich propagandówkach też nie koił nerwów.
Na średnich tylko pył i kurz.
Nie udało mi się złapać takiego ulubionego radia, które od Garbatki Letnisko aż do Opatowa słychać.
Mam tu na myśli Radio Lipsko nadające na 963 kHz i od czasu gdy zupełnie przypadkowo nastroiłem się na tą falę to już zawsze jadąc drogą 79 do Połańca czy Stalowej Woli (a jeżdżę często), przełączam się Trójki i zagłębiam w głos Pana Władysława Bajkowskiego czy Pani Agnieszki odczytującego najnowsze wiadomości lokalne czy jeszcze bardziej lokalne ogłoszenia.
Mała dygresja – ogromnie, ogromnie potrzebne są takie lokalne rozgłośnie służące ludziom tu i teraz w bardzo życiowych sprawach, jak sprzedaż meblościanki czy nawet tuczników. Nie wiem ilu stałych słuchaczy ma Radio Lipsko, życzę ich jak najwięcej tym bardziej, iż nadają na falach średnich, praktycznie opuszczonych przez lokalne rozgłośnie. Trzymajcie się, ja Was słucham. Jak odbiorę w mojej piwnicy na warszawskim Gocławiu to dam znać.

UKF nadal milczał jak zaklęty, wstępnie podstroiłem tor p.cz. na 10,7 MHz okazał się sprawny,
Co do wariometru w głowicy to nie było złudzeń – radio było przestrajane na dolny UKF. Cewki nie budziły wątpliwości – były przewijane. 
Cewki po 7 zwojów, troszkę "grubiańsko" nawinięte.
Ponieważ ECC81 milczała głucho i nie dawała szans na odbiór w zakresie 4 czy 3 metrowych fal, pobawiłem się zakupionym kilka miesięcy temu GDO.
RUFG-4 stan idealny.
 Pomiary wskazywały na rezonans w granicach 64 do 84 MHz (heterodyna) i 58-69 MHz obwód wejściowy. Przesunięcie o kilka MHz tłumaczę i wiekiem przyrządu jak i samą dokładnością skali. Za korespondencyjną poradą Piotra, odwinąłem cewki doszukując się śladów pierwotnego uzwojenia. Było – podług kąta nawinięcia wnioskowałem, że heterodyna miała 3 zwoje, a obwody wejściowe 4. 


Nie udało mi się rozstrzygnąć czym były nawinięte, czy taśmą jak w głowicach DEA, czy też srebrzanką. Niestety w trakcie tych manipulacji okazało się, iż kolejna z pułapek okazałą się prawie śmiertelna – plastikowy karkas i co gorsza element ruchomy wariometru są popękane i nie dają dużych szans na działanie nawet połatane i poklejone. Cóż przyjdzie znów zasięgnąć do destrukta. Tym razem niecierpliwość zwyciężyła i na All..o kupiłem „głowicę radiową do lampy ECC81”. Głowica okazała się być dobrym nabytkiem , w dobrym stanie i co najważniejsze z cewkami na górny UKF. 
Troszkę różniła się układem elektrycznym wzmacniacza w.cz. Ta nowa nie była objęta ARW i siatka pierwszej triody była uziemiona, a napięcie ujemne pozyskiwane z opornika katodowego. Jak się okazało udoskonalanie konstrukcji już było znane w pierwszych latach NRD. Publikacje można znaleźć pod linkami (1 i 2). Po wmontowaniu (mechanicznie pasowała idealnie) w dalszym ciągu brak śladów życia.  I zrobiłem to od samego początku zrobić należało – sprawdziłem napięcia. No przy 0V na anodzie radio działać nie będzie L Jak się okazało to zawinił tu producent, który w trochę bezmyślny sposób poprowadził napięcie do głowicy, gdzie od masy dzieła goły drut tylko ceratka, która się przesunęła i zwarła napięcie za rezystorem redukcyjnym.  Kilka sekund i radio gra! 
W moim egzemplarzu jest EL84. 6V6 nie były popularne w Polsce.
Udało się trzykrotnie przywrócić pierwotny układ. Ktoś, kiedyś starał się jak mógł, wymyślał obejścia i robił reinżyniering oryginalnych rozwiązań, takie były potrzeby, takie możliwości.

Teraz po czterdziestu latach, staram się przywrócić do stanu pierwotnego. Takie moje re-.


Pozostaje jeszcze zestrojenie – cieszę się na wypróbowanie K937 i mam nadzieję, iż będzie to łatwiejsze niż przy Selektografie K931A. A że radio ma przestawianą szerokość pasma filtrów p.cz. może być ciekawie. O tym w kolejnym odcinku. 

niedziela, 23 marca 2014

Kaprys renowacji czyli od obudowy zacząć należy.

Pamiętam, że największą bolączką, wręcz cierpieniem młodego elektronika było stworzenie obudowy urządzenia. Wiele moich (jak i moich kolegów) konstrukcji nigdy nie wyszło poza stadium płytki drukowanej z podłączonymi drutami zasilaczem lub baterią, głośnikiem, wskaźnikiem czy czymś tam innym. Jeśli już były przymocowane do kawałka sklejki to był to najprawdziwszy sukces.

Dlatego gdy ponad rok temu Szwagier oświadczył - Buduję Wzmacniacz Lampowy ! Pomożesz?

Szwagrowi się nie odmawia, postawiłem jednak warunek : Zrób obudowę to z resztą sobie poradzimy.   Zrobił !


Jak niektórzy czytelnicy blog-a pamiętają w moim warsztacie zagościł trochę niechciany Kaprys. Gdy się okazało, że moja latorośl zachciała spróbować czegoś  praktycznego jako odtrutki na studiowanie teorii pól Maxwella (I rok Wydziału Elektrycznego) to podrzuciłem pomysł aby była to renowacja mebli.
Pomysł w rodzinie był sceptycznie przyjęty, nie mniej uzyskał syna akceptację, poparcie i wręcz niebezpiecznie żarliwy ojcowski nadzór.

Po wstępnym przygotowaniu (scansol i trucie drewnojadów), gdzie okazało się, iż kolor nadawał tylko lakier, a nie bejca – cóż Kaprys nie był najwyższym modelem, obudowa został poświęcona jako obiekt ćwiczeń. Ćwiczeń na Warsztatach prowadzonych przez Panią Anetę. Poduczyłem się ja, to i niech syn się poduczy.


W relacji wiem, że pracy mieli wiele, obudowa nie dosyć, że jasną miękką okleiną była pokryta (olcha lub coś podobnego) to drewnojady zostawiły ślady nie do wyeliminowania.

Taki „gorbaczow” na samej górze. Obudowa szkoleniowa – nie zostanie jako znak po przejściach.

Drugi dzień szkolenia to barwienie bejcą i pierwsza warstwa politury – pędzlem nakładana.


Warsztaty się skończyły i obudowa trafiła do naszej piwnicy/suszarni gdzie próbujemy (i ja, i Janek) zdobyć jakieś doświadczenia z nakładania politury tamponem – nawet wychodzi. Kiedy okazało się, że trochę to bejcowanie wymaga poprawki lub maskowania to zakupiłem 20dkg szelaku rubinowego i zamiast zwykłego kolejnymi warstwami obudowę potraktowaliśmy.
 
Ciekawa (a chwilami wymagająca cierpliwości) jest relacja ojciec-syn w sytuacji, gdzie nie można się odwołać do schematu mistrz-uczeń albo gdy ten schemat jest odwrócony. 
Dobra dojdziemy do elektryki, tam się wykażę!

Może prymitywna duma cierpi, ale gdy okazuje się młode pokolenie potrafi lepiej to  serce rośnie. 

Pierwsze zacieranie porów okazało się dla nas nauką na błędach. Pomimo w miarę dokładnego stosowania się do zaleceń mistrza zagore1 zbyt grubą warstwę poro-zapychającej mazi udało (z raczej nie udało) się położyć. W kolejne dni czeka nas dużo więcej niż się spodziewaliśmy szlifowania.  

Cóż człowiek uczy się na błędach.  Mądry na cudzych.

Przygotowuję się do odtworzenia szparunków – śledzę liczne fora motocyklistów.

Niech Wam te wszystkie SHL-ki, WFM-ki czy Junaki dzielnie służą, radość dają i pozwalają spożytkować czas na ratowanie zabytków polskiej techniki. 


wtorek, 4 marca 2014

WANTED – ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Od czas do czasu we wszystkich mediach pojawiają sie tzw. „materiały interwencyjne”, których zadaniem nie jest przekazać czytelnikowi, słuchaczowi czy telewidzowi jakiejś informacji, sugestii czy opinii. W tych materiałach chodzi o to by poruszyć odbiorcę do konkretnej pomocy, działania czy też innej formy obywatelskiej aktywności.

Tak będzie i tym razem.
Calypso z zakresem do 108 MHz
Zakupiłem zestaw fotografii, najprawdopodobniej oryginalnych fotografii reklamowych DIORY, w profesjonalny sposób prezentujących wyroby Dzierżoniowskiej fabryki z okresu jej świetności. Pośród modeli dobrze znanych i popularnych odbiorników radiowych i telewizyjnych znajduje się kilka smaczków.

STERTONE 400 (nie Sterotone). Dwa głośniki, ale mono.
Z najciekawszych dla mnie osobiście należą odbiorniki produkowane na eksport do strefy dewizowej. Jak wskazuję pewne ślady i przesłanki –  chodzi o kraj gdzie królowała ( i króluje) waluta z podobizną monarchini. Do Wielkiej Brytanii oczywiście. Wskazują na to przejęte na wyspach egzemplarze, jak np. Ramony22244.  Okzauje się, że imperium eksportowe Unitry było jednak większe. Część z odbiorników była sprzedawana pod marką Stertone - Toronto. Model 400 (powyżej był produkowany w DIORZe, a model Stertone 200 przez ZRK. Władza ludowa dzieliła przychody z 2 strefy płatniczej pomiędzy dwa zakłady.
Cont....t czyli Kankan(?) w wersji dla lewostronnego ruchu.
Jak w każdej konstrukcji istnieje element najciekawszy. To głowica.

Głowica pozwalająca pokryć całe pasmo 88 do 108 MHz. Temat 100MHz już przerabialiśmy. Jak można domyślać była to najprawdopodobniej wersja głowicy ELWRO. Podobną taką widziano w Łodzi. 
Jest to element tak pożądany dla potrzeb „Reverse Engineering” bardziej niż w czasie wojny głowice naprowadzające rakiet stosowane przez przeciwnika. Znane są historie jak to w trakcie Wojny Wietnamskiej wbita  w skrzydło MIG-a rakieta amerykańska stała się przyczynkiem do podniesienia radzieckiej myśli technicznej na zupełnie inny poziom.

Jeżeli ktokolwiek ma lub widział taką głowicę to bardzo, bardzo proszę o kontakt. Ten pojedynczy egzemplarz może stać się wielkkim kamieniem milowym (znów się U.K. kłania) w naszej pracy i ratowaniu lampowych zabytków. Będziemy ją studiować jeszcze delikatniej i precyzyjniej niż zrobili to Rosjanie z amerykańską konstrukcją. Nawet wiedząć, że nie ma tam materiału wybuchowego.

Ktokolwiek Widział, Ktokolwiek Wie – proszony jest o kontakt    wojciech . taras ( at ) gmail . com 

NINIEJSZYM WYSYŁAM LIST GOŃCZY.

PRZEKAŻCIE ZNAJOMYM, KOLEGOM NA WYSPACH. 
TAM SIĘ NAJPRWDOPODOBNIEJ MOGĄ SIĘ UKRYWAĆ NA STRYCHACH LUB PIWNICACH. 

  

czwartek, 27 lutego 2014

Kiecka - czy Eumigette idzie na bal.


Podobno to nie suknia zdobi kobietę, nie mniej jednak nasz kochana płeć piękna dużą wagę przywiązuje do wszelkich tekstylnych części stroju. Potrafi dobrać i krój, i fakturę tkaniny, jej upięcie czy ułożenie.

W radioodbiornikach czas „elementów tekstylnych” zda się, minął bezpowrotnie. No może w niektórych zestawach głośnikowych jeszcze się trzyma. Tak na moje oko radiohistoryka-amatora, to w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przestano zasłaniać głośniki tkaniną, przechodząc na wszelkiego rodzaju szczebelki czy perforowane sitka. Okropność.

Już nawet  takie porządne Calypso, miało mosiężną kratkę, przez którą przepuszczało wszelkie dźwięki.  Pod tą kratką znalazła się jednak tkanina (a raczej gaza zabarwiona na brązowo), ale bardziej w celu zabezpieczenia głośników przed kurzem czy owadami, niż w celach ozdobnych.

W złotym okresie rozwoju radiofonii, tuż przed zdominowaniem świata przez telewizję, każde szanujące się radio miało tkaniną przód swój wyozdobiony.  Im model był lepszy, w więcej lamp i obwodów strojonych wyposażony, tym lepszej tkaniny używano, ba nawet złote nici przeplatane odnaleźć gdzieniegdzie można. Ważny był materiał, krój i ułożenie.

Wracają do Eumigette, to jej tkanina była dwubarwna, w bardzo delikatną kratkę z czarnymi elementami.  Subtelne, skromne i gustowne. Bez przepychu cesarskiego dworu, ale w dobrym wiedeńskim guście.

Przed czyszczeniem, no źle nie jest, ale jest brudno.
Nie mniej każda tkanina wymaga od czasu do czasu odświeżenia, a po 50 latach to i nawet wyprania. Widziałem kiedyś w jakimś kościele w Andaluzji, proporzec zdobyty na niewiernych w trakcie wypraw krzyżowych – kłębowisko kurzu, pajęczyn i wszelkiego prochu całych wieków na kiju zawieszone. Nie to że koloru to i kształtu trudno było dociec.

Po zasięgnięciu opinii specjalistów postanowiłem postąpić następująco: 
Pierwszy krok to odkurzanie, powtarza to każdy i wszędzie, i rzeczywiście drobny pył, który można bez trudu usunąć odkurzaczem, ale po potraktowaniu wodą ten sam niewinny pyłek może okazać się groźnym, paskudnym i nieusuwalnym brudem.
Drugi mycie na desce z użyciem minimalnej ilości wody bardziej nacierając, niż popłukując.
A potem to tylko suszenie, najlepiej pod naciskiem z odsysaniem przez papier nadmiaru wilgoci.

Taki był plan.

Wyszło jak to w życiu – inaczej.
Odkurzanie, a owszem, bez kłopotu. Cudów nie było, ale sumienie czyste. 
Problem pojawił się już w połowie czyszczenia tamponem z mydłem. Okazało się, iż tkanina zamiast stać się jaśniejsza zaczyna się zabarwiać! Co gorsza deska spod spodu (a dokładniej mówiąc  sklejka), nawet przy tak niewielkiej ilości wilgoci zaczęła się paczyć i rozwarstwiać. Znów ten austryjacki klajster.

Nie pozostało nic innego jak oddzielić tkaninę od deski i spróbować rozdzielnie potraktować obydwa elementy. Nie było trudno, klej trzymający tkaninę też już miał swoje najlepsze lata za sobą i ostrym nożem udało się to bez większych zniszczeń. Tkanina co prawda miejscami klejem była przesycona, ale cała i bez podarć.
Po prawej - po "praniu" - KOLOR PODCIEKŁ


Jednocześnie stała się jasna przyczyna problemu – deska była zabarwiona, zapewne w celu dostosowania do ciemnej membrany głośnika.
 
Udało się rozdzielić zewnętrzną warstwę sklejki, solidnie ją przykleić, wyrównać i pomalować – już lakierobejcą by uniknąć powtórnego problemu przy naklejaniu. 


Co do tkaniny to zgodnie z sugestią kolegów z forum, postarałem się w bardzo przybliżony sposób odtworzyć cud mieszankę samopiorącą, na którą złożyły się: woda, Domestos i proszek do białego. Ilości na oko, z przewagą wody. Oczywiście zastosowanie ma najmocniej piorąca chemia niemiecka! 

Zabulgotało, zapieniło i na noc pozostawiłem do zadziałania.


Zadziałało, nawet bardziej niż wyprało – okazało się, iż czarne kwadraciki przestały być czarne tylko brązowe (chlor i inne utleniacze), ale najgorsze było to, że nie wszystkie. Tam gdzie pozostał klej (bo nie było sposobu go wykruszyć) pozostały kwadraciki czarne. Tkanina się dodatkowo skurczyła. No w tej kiecce to my na bal nie pójdziemy :-(


Co robi inteligentna kobieta w takiej sytuacji, szuka planu B. 

I tu moja żona, miast rozpaczać czy wywłóczyć  pretensje za nieumiejętne wypranie ( tj. z nieodwracalnym  zniszczeniem), wpadła na arcyprosty pomysł – "Weź ty użyj kanwy do wyszywania" – usłyszałem.  Genialne. Tkanina z bardzo równym kwadratowym wzorkiem, dostępne (w szafie, w woreczku z resztkami tkanin) i w ładnie pasującym kremowym kolorze. 
Ręce, które leczą (małżonki mojej tym razem) za pomocą żelazka w kilka chwil przywróciły równą powierzchnie. Przycięcie i przyklejenia, a raczej przyklejenie i docięcie było już stosunkowo łatwe. Oczywiście bez super prasy z kilku płyt pilśniowych i tym razem nie obyło się.
Stanowisko do klejenia
Po zamontowaniu Eumigette, prezentuje się wspaniale i z pewnością może pójść na najelegantsze przyjęcie.
Dodaj napis
Pamiętajcie, nawet jeśli kiecka okaże się za ciasna, poplamiona i podarta, to nasze Panie potrafią zawsze coś zrobić z niczego. Tu upiąć, tu przycerować w sam raz na bal, może być i Bal Wiedeński.

Sam wolę sernik tej prominencji, czego z okazji Tłustego Czwartku właśnie delektuję :-)
 

niedziela, 16 lutego 2014

Eumigette - czyli wszystko co jest trudne może stać się proste.


„Austryjaczka” ma być radyjkiem mojej żony, kilka miesięcy temu wskazała miejsce na komodzie i powiedziała, że może tam stać małe, ładne radio.

W tej chwili stoi tam żelazko (nie bardzo wiadomo dlaczego – deska do prasowania jest w zupełnie innej części mieszkania), dwa koszyczki ze szpejami do wyszywania i cerowania, krem do rąk i inne kobiece przydasie.

Jak już wspominałem, Eumigette to „radyjko buduarowe”.
Jakkolwiek nie spotkałem żadnej oficjalnej klasyfikacji radioodbiorników, która by wyróżniała taką klasę, pozwólcie zatem, iż w tej materii będę prekursorem.
Stan wyjściowy.
Na czym polega ten „kobiecy” charakter nowopowstałej klasy.

Z pośród kilku charakterystycznych cech wyróżniłbym przede wszystkim skromność i delikatność formy, a co za tym idzie także i umiarkowane rozmiary.
Takie radyjko z pewnością nie jest dominującym meblem salonu, który to swoim rozmiarem i formą staje się Panem pokoju, i jeśli tylko jest włączony, to rządzi. 
Kobiece radyjko ma raczej być przyjaciółką szepczącą, cały czas towarzyszącą w trakcie domowych (nie koniecznie kuchennych) czynności.

Drugą cechą jest prostota obsługi, dwie gałeczki (pojedyncze) i trzy klawisze wystarczają za całość interfejsu, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli. Jeśli jest potrzebna jakaś dodatkowa funkcja to przycisk czy pokrętełko są wręcz ukryte – w Eumigette przełączanie  mowa/muzyka jest w gałeczce od głośności - trzeba tylko pociągnąć. Założę się, że 50% użytkowników o istnieniu tej funkcji nie wiedziało.
Z drugiej stronie takiej klasyfikacji taki np. Beethoven z czterema gałkami z frontu i dziewięcioma klawiszami u podstawy to i tak do szczytowych osiągnięć rozwoju „manipulatorstwa” nie należy. 
Na marginesie wspomnę historię, gdy to przed dwudziestu laty kupić zamierzałem wieżę stereo, żona postawiła twardy warunek – miała mieć mniej niż 50 klawiszy. Znalazłem takiego Thompsona co miał 49. Prawie optimum. Używałem kilku.

Trzecia to cecha nabyta, lub mówiąc bezpośrednio nadana – czyli nazwa. Aby odzwierciedlić „klienta docelowego” w nazwie pojawiła się charakterystyczny dla romańskich języków końcówka –ette. Stąd też pojawiły się w latach 50/60 liczne Philletty, EUMIG-etty, a za oceanem EMERSON-etty. W Polsce nie znalazłem żadnej DIORetty (marka perfum mogłaby mieć pretensje nawet przez żelazną kurtynę) czy ZRK-etty – jakoś tak nie za bardzo brzmi. Jedynym radyjkiem z końcówka -etta jakie udało mi się w wynaleźć jest Violletta.
Chociaż najbardziej kobiecym radyjkiem z polskich fabryk wydaje się być to Sonatinka. 

Ale do rzeczy - czyli obudowy.

Radio (radyjko) trafiło do mnie w stanie lekko uszkodzonym – w dolnej części obudowy wykruszony był fornir, wyłamany klawisz od fal średnich. 
Uszkodzony fornir.
Fornir uszkodzony był trochę dziwnie – inaczej niż w innych radiach, które trafiały do mojego warsztatu. Nie ma rady - dolną listwę forniru trzeba będzie całkowicie wymienić. Do tej pory robiłem (dokładnie robiliśmy ze Szwagrem) jedynie drobne wstawki.

By z tym wyzwaniem zmierzyć się profesjonalnie, to korzystając z okazji zapisałem się na Warsztaty Odnawiania Mebli organizowane przez panią Anetę, blogerkę i zapaloną renowatorkę starych mebli. 
Miejsce – jak w mojej radiowej historii bywa niemalże zawsze – Stara Praga.

Warsztaty się odbyły, atmosfera niesamowita. W grupie kilku pań dzielnie walczących z krzesłami, ja i sąsiad przy warsztacie byliśmy rodzynkami w damskim towarzystwie. No ratował nas jeszcze Pan Jacek.
Szczegółowa relacja znalazła się blogu pani Anety – gdzie też wszystkich zainteresowanych odsyłam.
Ludwik na ziemi.
 Przygotowania do warsztatów rozpoczęły się  kilka dni wcześniej od chemicznie wspomaganego usunięcia powłoki lakierniczej. Pomimo, iż fornir był bardzo cienki, obyło się bez dodatkowych strat czy zniszczeń. Ufff!

Jakkolwiek na warsztatach Eumigette pojawiła się już troszkę przygotowana, to jednak doprowadzenie papierem ściernym (120 ale głównie 240 i 400) do czystej powierzchni forniru i tak zajęło co najmniej dwie (a może trzy czy nawet cztery) godziny. Czasu nie mierzyłem.
Kolega obok z meblem walczył kilka razy dłużej – ale powierzchni miał też znacząco więcej.

Jak wspomniałem dolny pasek frontowego forniru musiał być wymieniony. Po jego usunięciu (żegnaj napisie EUMIG) oczom ukazała się pra-przyczyna uszkodzeń – rozklejenie obudowy powodowało zniszczenia forniru. Klajster oryginalnie stosowany był słaby i nie odporny na działanie czasu (a właściwie wilgoci).
Pęknięcia obudowy - przyczyna problemów.
Ręce które leczą - tutaj Pan Jacek.
Po posklejaniu obudowy porządnym klejem (kostnym, na gorąco) wszystkich ruchomych lub obluzowanych elementów obudowy, już rękami Pana Jacka wklejone zostały dwie wstawki z orzechowego forniru. Przez samo oglądanie pracy fachowca przy pracy zaoszczędziłem kilka dni empirycznego zdobywania wiedzy dotyczącej fornirowania. Nie mówiąc o startach w fornirze jak i możliwych uszkodzeń obudowy.

Tutaj porada dla wszystkich, którzy do podobnej pracy przystępują – nie należy czyścić starego forniru w bezpośredniej bliskości nowo-wklejanych elementów. 
Mnie się udało bez przetarcia w tym miejscu, ale jest generalnie łatwiej, gdy szlifuje się miejsce styku po wklejeniu nowego kawałka.
Druga rada: fornir do przymiarek i przycinania zwilżamy tak aby był elastyczny, nie pękał i miał odpowiednie wymiary. 

Rada trzecia: Smarujemy klejem po obydwu stronach forniru i tak by cały mógł przesiąknąć. Specjanym klockiem (na moje oko tworzywo z gatunku ebonitów) dociskamy fornir z jednoczesnym rozsmarowaniem kleju.
Każdy ruch i działanie Pana Jacka było pilnie śledzone.
Wszystkie krawędzie łączące we wklejkach tej wielkości specjalną taśmą papierową należy zabezpieczyć – fornir schnąc lubi przesuwać się i potrafi zniszczyć efekt już na tym etapie. Taśma jest specjalna – pokryta klejem z jednej strony (jak na znaczkach pocztowych), jednoczęsnie jest dosyć mocna i co nie jest bez znaczenia, po wyschnięciu daje się bezproblemowo zetrzeć papierem ściernym.
 Znalazłem taką pod handlową nazwą JAWA. 
Zabandażowany fornir.
W mocnych uściskach obudowa przenocował do następnego dnia.
W uścisku na noc Emiguette pozostała.
Drobniejsze ubytki uzupełniłem szpachlówką do drewna, ale tylko dlatego, iż odpryski były na tyle małe, że żadnej wklejki nie warto było robić. Troszkę zachodu zabrało skorygowanie barwy forniru - by kolorem nie odstawał od reszty.
 Dolny pas wklejony i oszlifowany - znać różnice koloru


Pani Aneta przygotowuje pierwszy zaczyn wodnej bejcy.
Iteracyjnie dochodziłem do właściwego odcienia.
I wyszło całkiem, całkiem.
Po finalnym szlifowaniu – pierwsze nasycenie olejem (podobno najzwyklejszy maszynowy, wazelinowy) ukazało się piękno orzechowego forniru. Suppppeeeerrrr!
Pierwsze maźnięcie olejem i już jest efekt

POLITUROWANIE

Krótkie szkolenie i demonstrację przeprowadziła Pani Aneta – co to szelak, jak rozpuszczać, jak przygotować politurę i jak nakładać. Czyli wiedza z kilku książek o stolarstwie w kilka minut zademonstrowana. Fantastycznie.
Jak zrobić prawidłowy tampon.
Z drżącym sercem uchwyciłem obudowę w jedną rękę (fajnie, że taka mała) i śmiałymi ruchami tamponu rozpocząłem nakładanie. Niewiarygodne – dało się, a efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Pod fachowym okiem jest to i proste, i skuteczne. 
Pan Jacek troszkę pomagał i doradzał, ale efekt już przy pierwszym nałożeniu przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
POLITURA !!!
Nie wiem jeszcze czy będę wypełniał pory i robił wysoki połysk skoro już teraz jest tak dobrze. Żegnajcie lakiery i mordęgi z nimi związane. Tylko politura. Wszystko jest proste, gdy ktoś może pomóc przez tajniki Sztuki Stolarstwa.

Prace nad Austryjaczką trwają, trzeba wyprać tkaninę i uzupełnić braki w klawiszach.

Na koniec niespodzianka - nieoczekiwanie w nocy z soboty na niedzielę w wejściu do warsztatu stolarskiego, pośród mebli czekających na drugie życie - pojawił się ON. 

Niemiecki Philips D59 - bogaty model radioli z 1938. Ma przyciskach automatycznego strojenia m.i. Berlin i Warshau. Rzadkość, nawet w kolekcjach w radiomuzeum nikt się chwali. Z pewnością słuchano przez to radio przemówień kanclerza Rzeszy, a może i on słuchał. Raczej nie, holenderska firma chyba nie była zbyt czysta rasowo.