sobota, 27 sierpnia 2016

Panorama czyli drobne zafalowania tajemnice sprzed lat ujawniają.

Jest to naukowo, geometrycznie i w każdy inny sposób potwierdzone, że nic tak nie poszerza horyzontów jak wejście na górę. Zawsze widać dalej, zawsze widać więcej, zawsze widać szerzej. Już w czasach biblijnych, tak za Mojżesza, jak i w Przemienieniu Pańskim,  góra miała znaczenie, że tak rzeknę - edukacyjne. Człowiek doświadczał nowego, czegoś co dawało nowe spojrzenie, nowy Świata ogląd. Gdy tych gór jest więcej, to już patrząc na nie, doświadczamy czegoś nowego, a obraz ten poszerza widzenie. Widzimy panoramę.

Bukowina jest takim miejscem na Ziemi, gdzie gór widać sporo, nie tylko Hawrań i Murań.

Panoramy te były od lat kreślone i zapisywane. Od początków XX wieku fotografowane. Jeden z takich szerokich obrazów przez wiele lat wisiał na ścianie w domu moich kuzynów.  Dopiero w ubiegłym roku udało mi się zebrać i zeskanować tą długą na ponad metr fotografię. Kilka miesięcy odkładałem wykonanie kopii. Chciałem troszkę podretuszować, usuwając zagniecenia, pęknięcia zabrudzenia czy ślady po pineskach, którymi wielokrotnie była do ściany przytwierdzana. Udało się jest – cyfrowa technika nie tylko połączyła poszczególnie scany w jedną całość, ale pozwoliła i usunąć te czasu znamiona. Mam panoramę prawie jak nową.

Pozostało określenie daty i miejsca powstania fotografii. Miejsce (z pewną dokładnością) udało się określić za pomocą korelacji pomiędzy charakterystycznymi budynkami jak np. stary kościół a wierzchołkami gór. Te pierwsze wręcz trudno wyłowić z obecnego widoku, góry na szczęście nie zmieniły się zanadto. Doskonałą referencją do pozycjonowanie okazała się inna Panorama Bukowiny autorstwa znanego fotografa J. Pełczyńskiego, która to w roku 1928 została staraniem Towarzystwa Przyjaciół Bukowiny opublikowana.  Dzięki pomocy pana Andrzeja Pełczyńskiego, pasją fotograficzną z wujem związanego, udało się troszkę szczegółów ustalić. Co ciekawe panorama była swojego rodzaju wizytówką wsi i jej mieszkańców.

Z Rusińskiego wierchu sierpień 2016.
Moja panorama jest ewidentnie starsza, zda się że po 1936 roku powstała. Widać kaplicę na cmentarzu, widać słupy, widać betonowy basen p.poż.
Stara pompa - ostatnia pozostałośc po starej szkole - charakterystycznym białym (bo murowanym) budynku.
Jakkolwiek elektryka pojawiła się we wsi w 1936r. to nie jest jasne czy czasem nie są to słupy telefoniczne – telefon był wcześniej. Co do basenu, jednego z moich ulubionych miejsc zabaw w dzieciństwie, to muszę do kroniki OSP Bukowina Tatrzańska się odwołać. Ponoć te betonowe zbiorniki też są przedwojenne. Niestety wersja Kroniki OSP on-line dużą dziurę posiada. Oryginału należało by poszukać.

Za próbą określenia daty powstania panoramy powędrowałem na Kurucowy Wierch, do Pani Stanisławy Górkiewicz. Nie tylko doskonałej prymistki, kronikarki i autorki kilku książek o Bukowinie (polecam), ale również duszy Towarzystwa Przyjaciół Bukowiny Tatrzańskiej (TPBT).
90 lat stukneło! 
Ze starego albumu (bo niestety cenna kronika Towarzystwa spłonęła w pożarze domu naszego sąsiada Bieńka, gdzieś w latach sześćdziesiątych) udało się  poczuć dawnych czasów czar, smak tej Bukowiny sprzed 90 lat.
Z tego sdamego albumu - już po 1930r (widać Dom Ludowy). Po prawej stronie zabudowania Bieńków - siedziby miejscowego oddziału TPBT.
Muzyki posłuchałem (próba była akurat), oscypka popróbowałem (dobry, jeśli nie doskonały) a i z kolegą Tomaszem (v-ce Prezes TPBT) o starych radiach pogadałem.
O kondensatorze do Elektrita, który to od kilku tygodni dzielnie restauruje i odtwarza z pieczołowitością co najmniej równą retuszowania tej mojej starej panoramy.
 Coś mi się jednak zdaje, że bez laserowego wycinania płytek rotora i statora się jednak nie obejdzie. Znów cyfrowej techniki trzeba będzie użyć, by cenne a stare ratować.
No ani wielobwodowy, ani heterodyny to nie pocieszy.
W trakcie komputerowego łączenia fotografii w panoramę,  powstało niewielkie zafalowanie dolnej krawędzi – uwidoczniły się w ten sposób niedoskonałości starego obiektywu, które to komputer wyprostować się starał.
Komputer prostował to co obiektyw skrzywił.
Widać z ilu ujęć panorama złożona była. Na myśl mi to przywiodło podobne drobne zafalowanie stosowane w niektórych agregatach strojeniowych, tak aby współbieżność pomiędzy obwodami heterodyny z obwodem wejściowym była jak najlepsza. Opisane to jest w książce Rotkiewicza.

 Ot ciekawostka, nowa wiedza – człowiek w góry pojedzie i od razu innego spojrzenia nabierze.  Do czasu, do miejsca, do ludzi. Wszystko cieszy.

Mam gorącą ochotę TPBT działaniem wspomóc, jeno nie wiem czy Oddział Warszawski (gdzie Towarzystwo powstało) czy też miejscowy, bom ja i tu, i tu swój.
Panorama oprawiona, jeszcze na warszawskiej kanapie.
Tak czy inaczej zapraszam w TATRY, do Bukowiny, na Świat patrzenie się poszerzyć.
Prawdziwej (nie zdigitalizowanej) muzyki posłuchać, prawdziwego oscypka zagryźć. Hej!

P.S. Szukamy starych panoram Bukowiny, troszke wiecej wiemy o najstarszej panoramie Warszawy.


wtorek, 23 sierpnia 2016

Nie tylko trymery czyli NRD-owskich głowic kolejne tajemnice

Tak się składa, że spora część odbiorników, które trafiają na nasz warsztat, to produkty przemysłu radiotechnicznego byłego NRD. Od kultowego Beethovena, chyba największą estymą się cieszącego, po jego kolejne już uboższe wersja jak Stradivari, czy Juwel. Od czasu do czasu pojawiają się radia z innej linii pochodzące jak np. RFT 7E86 czy Paganini.
RFT Juwel w całej krasie barwinego na złoto aluminium.
O swoich bojach z głowicą 7E86 już pisałem, dużo trudu wymagała jej „dekomunizacja” tj. przywrócenie na górny UKF. Odbiorniki posiadają także inne mniejsze lub większe niedomagania, mniej lub lepiej rozpoznane: kondensatory papierowe, elektrolity, czasami transformator. Uporanie się z zasilaniem, wzmacniaczem m.cz., przełącznikiem zakresów w zasadzie pozwala się skoncentrować tylko na głowicy. W większości przypadków tor p.cz. jest bez zastrzeżeń.
W NRD-owskich głowicach (o ile nie były przestrajana w dół) to problemy jak się wydawało skupiają się na ceramicznych trymerach, które z czasem skorodowały i utraciły pojemność. Wydawało się że jest to praktycznie jedyny problem.

Dwa odbiorniki, uparte w zestrojeniu pozwoliły zweryfikować tą opinię, i poszerzyć gamę doświadczeń.
Cechą charakterystyczną jest, iż w większości NRD-owskie głowice, podobnie jak i polskie konstrukcje strojone są zmiennymi indukcyjnościami.
Konstrukcja prosta, w miarę precyzyjna i tańsza niż agregaty zmiennych kondensatorów. Te precyzyjne agregaty, raczej w NRF-owskich konstrukcjach stosowane były.
Głowica Siemensa D7 z miniagregatem.
Co ciekawe w Polsce (trochę za sprawą wzorowania na rozwiązaniach Philipsa) cewki przestrajane są rdzeniami ferromagnetycznymi, Wsunięcie rdzenia powoduje zwiększenie indukcyjności i zmianę częstotliwości rezonansowej obwodu LC.
Philipsa głowica z polskiego radia.
Rozpoznane NRD-owskie głowice – co mnie zdziwiło – wyposażone są w aluminiowe rdzenie. Wsunięcie takiego rdzenia powoduje zwiększenie częstotliwości. Działanie takiego rdzenia jest inne – wstawienie zwartego zwoju powoduje zmianę geometrii cewki, jak gdyby wypchnięcie linii pola magnetycznego poza wnętrze cewki, i w rezultacie obniżenie indukcyjności.
Głowica z 7E86
Głowica jednego z Juweli (taka sama jak w Beethovenie i Stradivarim) pomimo prewencyjnej wymiany trymerów, nijak nie dawała się zestroić.
Z pozoru wszystko Ok. Ale bystre oko wyłapie.
Dopiero dokładne przyglądnięcie się cewkom pozwoliło wytropić winnego.
No i po strojeniu.

Aluminiowe pierścienie były wklejane na plastikowe wodziki. Po kilkudziesięciu latach ten klej puścił i pierścień po prostu nie reagował na przesuwanie wodzika. Jedna Kropelka kleju, o takiej samej nazwie, problem rozwiązała.
W jednym Beethovenie cały wodzik był pęknięty,
Prawdziwe aluminium, ale szajsplastik.
Do żelaznych punktów napraw produktów koncerny RFT doszedł kolejny punkt – sprawdzenie i podklejenie rdzenie w wariometrach. Uwaga – proszę dokładnie sprawdzić jak oryginał był wklejany – po pozostałościach kleju widać czy wzajemne przesunięcie rdzeni nie było korygowane.
Widać miejsce pierwotnego klejenia.
Z ciekawostek to na taką samą przypadłość cierpiała SABA.

Tu głowica ma aż trzy obwody strojone, jeden z rdzeni (o ciekawym stożkowo- cylindrycznym kształcie) także miała obluzowany.
Po ustawieniu i zestrojeniu, gra jak prawdziwa SABA. No jeszcze transformator musiała mieć przewinięty, bo poprzedni właściciel ustawił 110V :-(.

Głowice UKF mają coraz mniej tajemnic. No może poza tą od Siemensa D7, który już kilka tygodni zajmuje miejsce w moim warsztacie. Ale to już inna historia.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Bezsznurowce czyli wakacyjny Romans bez zobowiązań

Rozwój techniki radiowej odbywa się jako swojego rodzaju romans. To tak jak nęcenie klienta możliwościami techniki i wymysłami producentów, które to albo akceptowane lubo odrzucane przez konsumentów. Tak jak w życiu. Czasami wielka miłość czasami tylko pobieżna znajomość (prototyp, seria próbna) czasem wierna  i na lata (Calypso). Po niektórych zostały tylko czarno-białe fotografie.

Taką ścieżką, którą to przemysł radiotechniczny chciał klientów uwieść, były domowe w budowie i zastosowaniu, radia zasilane z baterii. Nie chodzi bynajmniej o „odbiorniki, które korzystały z bateryjnego zasilania nie jako z konieczności – nie wszędzie dotarła elektryfikacja, ale o takie gdzie założono zasilanie z baterii ogniw chyba z wygody producentów.
Pojawienie się tranzystorów i drastyczny spadek zapotrzebowania na moc, umożliwiło wielogodzinne korzystanie z radia na jednym komplecie kilku R20 lub 3R12.

Te ostatnie zasilały nie tylko latarki stosowane u mnie w domu, ale także drugie po Menuecie radio w domu. Ruską (radziecką) WEGĘ 402.
WEGA  401 - za zgodą właściciela  - polecam ofertę  można kupić  dwie Wegi za dobrą cenę!
W zasadzie słuchało się radia – czyli PRI na falach długich, ale ze względu czy to prądożerność odbiornika, czy też na słabość polskiego przemysłu elektrochemicznego, słuchało się krótko bo co kilk dni trzeba się było udać do kiosku Ruch-u i kolejne dwie płaskie baterie kupić. Nie dziwota zatem, że chyba pierwszą praktyczną konstrukcją elektroniczną, którą w swoim życiu wykonałem był zasilacz sieciowy do WEGI. Pamiętam, że się nakombinowałem. Transformator dzwonkowy, cztery germanowe diody prostownicze i elektrolit zapewniły zasilanie radyjku na długi czas. Sukcesem moim największym było umieszczenie całości w przestrzeni na dwie baterie 3R12 przeznaczonej.
Kilka miesięcy temu dostałem gazetkę polskiej sekcji GFGF, gdzie ładnie przełożony przez Pana Kristiana artykuł dotyczący określanych z niemiecka „bez sznurowców” – Schnurlosen.


Pozostanę przy tym określeniu bo jakoś każde radio wydaje mi się bezprzewodowe. Przynajmniej z jednego końca :-) Bardzo się ucieszyłem, że opis polskich bezsznurowców ozdobiło zdjęcie mojej Malwy. Wydaje się, ze ten model obol Limby był taka formą przejściową pomiędzy bateryjniakami a bezsznurowcami – istniały jeszcze obszary, gdzie elektryka nie dotarła. Rytm i Rytmus, prze DIORĘ produkowane, były już raczej przedstawicielami tego drugiego zamysłu przemysłu. Po co się męczyć z transformatorami, prostowaniem i filtrowaniem, gdy 9V w zupełności wystarcza do zasilenia całego radia. Gdzieś przez zapowiedzi prasowe czy wystawy dorobku przemysłu przemknęła informacja o tranzystorowym Romansie.

Nikt tego nie widział, Trusz tego nie opisał, nikt nie ogłosił, że posiada. Prawie jak legendarny Beskid, prawie jak tranzystorowa Szarotka. Nagle pojawiła się reklamówka radia Romans.

O dziwo, w innej obudowie, a z opisu wynika, ze jednak tranzystorowy i bezsznurowy Romans jednak istniał. Szukamy wszelkich informacji o tym modelu, może ktoś ma, może był produkowany na eksport. Może był.

Ot tak jak wakacyjny romansik, nic z niego nie wynikło, bez żadnych sznurów czy zobowiązań, ale po latach się pamięta.
Na czarno-białej fotografii - co ciekawe wymiary są inne.

piątek, 1 lipca 2016

Goldy czyli w dalszym ciągu na błędach uczymy

"Człowiek uczy się na błędach, mądry na cudzych”.
Tak już nasz mózg jest zbudowany, a dokładniej w jego skład wchodzące ciało migdałowate (które to za zapamiętywanie jest odpowiedzialne), iż najefektywniej tworzy neuronowe połączenia kiedy tworzone są w towarzystwie emocji. Zarówno tych dobrych (jak euforia) jak i tych negatywnych (strach czy gniew). Stąd i mądrość przysłowia powyżej przedstawionego.

Na początku - bardzo źle nie było.
Mnie się jednak zapamiętać nie udało. Drugi raz podobny błąd boli dotkliwiej, więc może już tym razem się się uda. Korzystajcie też z moich doświadczeń, może oszczędzicie  błędów i frustracji z tym związanych.

A było to tak:

Moja kochana żona lubi wyłącznie małe radyjka, może „lubi” to za duże słowo, powiedzmy „toleruje”. No to może za ostre określenie. W każdym razie Beethoven się nie utrzymał, a tylko Eumigette i Bimby. On nich już było. Żona mojego kolegi tak strasznie zachwyciła się małym, ślicznym radyjkiem, iż postanowiliśmy sprawić jej takie. Wybór padł na Goldy. Ta kupiona kilka miesięcy temu (w większym transporcie) czekała na swój czas. Kupiona była od „importera”, który to te trudniejsze, czy słabsze zbywał.

Uruchomienie części elektrycznej obyło się bez większych problemów – uwaga na zwarte kondensatory filtrujące (impulsowe) w prostowniku, przy EZ81. Jeden z nich metalicznie zwarty powodował wywalania bezpiecznika. Od tego czasu nie wdaję się w „ceregiele” i zanim radio do prądu podłączę to je wymieniam. Importer  wstawił kilku-amperowy bezpiecznik przez co radio nabrało cech życia – „Buczy, no nie gra Panie ,ale buczy”!  kondensatory papierowe), stroić nie trzeba było. W zasadzie już radio użytkowe.
Niestety cierpiał transformator, ale przeżył. Zdumiałem się widząc 6,3A w zabezpieczniu. Wstawiłem 630mA, zwłoczny. Pozostałe niedomagania typowe (

Kobiety przywiązują ogromną rolę do wyglądu, więc ten teraz stał się najważniejszy.  Drewno (tj. fornir) było w bardzo dobrym stanie, nie licząc kilku wgnieceń we frontowej listwie. W stanie nieco gorszym był lakier, ale pod działaniem chemii i niewielkiej pomocy cykliny, jak i papieru ściernego (240 później 600) przywróciłem oryginalną fornirową konsystencję obudowy. Nie bawię się już w lakiery do drewna (kolega Zygmunt właśnie przerabia swoją lekcje na Paganinim,  rezultatami jako rzecze mocno niezadowalającymi  – pewnie nie czytał moich zmagań) – bawię się tylko w politurę.
 Ale po kolei – jest wiele opisów jak to szlachetne pokrycie wykonać należy – jak do tej pory najlepszym opisem jest do kanonu Triody włączona instrukcja kolegi Zagore1 – wszystkim polecam. Ale można i tu, i tu poczytać, a na warsztatach Pani Anety nawet się nauczyć i certyfikat otrzymać.

Ale po kolei, już tylko w obrazkowym, prawie telegraficznym skrócie:
Przygotowanie powierzchni – do czysta usunąć lakier po czym papierem tak na poziomie 500, 600 wygładzić.
Po usunięciu lakieru i przeszlifowaniu
Ostatnie warstwy także ze zmoczeniem powierzchni by wolne włókna podnieść i usunąć.
Kolejnym jest krokiem jest bejcowanie, rzadko kolor forniru jest tym docelowym więc powierzchnie surowego forniru należy zabarwić. Ja używam zwykłych bejc wodnych, są bardzo dobre i tanie – jak wino krajowe. Uwaga na tzw. lakiero-bejce – to jest zupełnie cos innego i nie do tego.
Nakładam pędzlem wcierając/ścierając nadmiar wilgotną szmatką.


Nakłamy bejcę pędzlem
Ścieramy szmatką. Zdjęcie nie wyraźne, ale wygląd się poprawia zdecydowanie. 
Teraz pora na zaolejowanie, które wydobędzie rysunek słojów i nada piękny wygląd. W tym momencie zobaczymy (plus minus oczywiście) jaki kolor i jaką jego głębię otrzymamy finalnie. Tutaj stosuję najprostszy, najtańszy czysty olej wazelinowy – taki do maszyn do szycia czy drobnych mechanizmów.
Różnic pomiędzy innymi gatunkami (lniany czy parafinowy) nie stwierdziłem.

I nakładamy politurę szelakową, zaczynając od zagruntowania - taką rzadką (4%), ale przechodząc do mocnej (14%). Tu się nie ma co spieszyć , nakładamy warstwę, dwie i na kilkanaście minut wracamy do elektryki czy strojenia – co tam kto ma do zrobienia. Tak aby powoli, po kolei, przez parę dni uzyskać w miarę grubą (chociaż bardzo cienką ) warstwę szelaku.  Pomimo wywijania różnych kółek i ósemek nie jest ona idealnie równa - dlatego konieczne jest jej przeszlifowanie.
 Przy nakładaniu politury nie udało mi się ominąć błędów – w tym przypadku tzw. „przypalenia”  tj. starcia wcześniejszych warstw  przy nakładaniu kolejnych. Musiałem naprawiać w dwu miejscach poprzez lokalne częstsze nakładanie politury. Braki zapełniło, ale pod światło było znać. Szlifujemy papierem o gradacji co najmniej 600, ja się posłużyłem 800.
Po szlifowaniu na sucho (miejscami na mokro).
W niektórych opisach spotkałem wymaganie by czynić to na mokro, z użyciem tzw. Mineral Spirits. Ten specyfik to zwykła Benzyna Lakowa, trochę to dziwnie w stolarstwie – używanie takich śmierdzących, wybuchem czy pożarem grożącym specyfików, ale ostrożnie można to zrobić. Wolę zapach kleju kostnego czy samego drewna. Spotkałem się z opisem gdzie zaleca się użycie nafty. Efekt takiego szlifowania na mokro jest lepszy, a i papieru się mniej zużywa. Drobiny politury się nie zlepiają.
Po przeszlifowaniu wystarczyło już kilka warstw politury (średniej użyłem) aby osiągnąć końcowy efekt. Tu od razu podkreślę, że nie próbowałem jeszcze zacierania porów. Opisy przeczytałem, pumeks zmielony mam, jeno jakoś odwagi brakuje, a sam rezultat politury już cieszy.

Przy okazji wyszło, iż kilka malutkich ubytków w fornirze – takich szpachlować?/nie szpachlować? – ukazało się jako ciemniejsze plamki. Trudno Goldy będzie piegowata. Dla nauki – przed bejcowaniem ubytki należy wypełnić szpachlą (dobraną) i do równa przeszlifować.
Ostatnią operacją z tym szlachetnym pokryciem było przepolerowanie całości mleczkiem do politury.polecanym przez Panią Anetę sklepie na ul. Długiej było mleczko, ale ceny jak na Starym Mieście w Warszawie – sporawe. Ponad 40 zł za małą butelkę, ale efekt znakomity. Starczy na trochę.

Z pomocą Zygmunta, u jego zaprzyjaźnionego tokarza, zamówiłem pierścionek do gałeczki. Brakował jeden, ale dla symetrii dwa się wytoczyły.
Juz pierścionkiem.
Złoty pisak poprawił kolor rameczki, czarny wyrazistość napisów. Lekkie przepolerowanie pastą Tempo usunęło ryski klawiszy i plastikowej ramki.
Politura - lustro, ale wyszły piegi - dwa piegi.
Pozostała tkanina. W zasadzie bardzo dobra, bez zacieków czy przebarwień, jednak z przerwaniami. Słabo widocznymi, ale kilkadziesiąt nitek zostało zerwanych w głośnikowej strefie – Goldy zaliczyła kiedyś uderzenie. Postanowiłem to poprawić, no i się zaczęło.
Nitki nie dały się podciągnąć i schować, wyrwa pozostawała. Spróbuję zatem rozwiązania jak z głośnika – tj. podklejenia delikatną włókniną.
Podklejenie się udało – w prześwicie nie było widać,
ale … plamę od kleju (w wodzie rozcieńczonego Wikolu) BYŁO WIDAĆ na froncie. W wyglądzie katastrofa.

No cóż trzeba się ratować. Zgodnie z przysłowiem „czym się strułeś – tym się lecz” postanowiłem nasycić rozwodnionym klejem cała tkaninę.
Czym się strułeś - tym się lecz.
Efekt okazał się jeszcze gorszy, tkanina miast złotem kapać, być ozdobną i szlachetną, stała się szarym burym i nieciekawym tekstylnym pokryciem frontu. No i plamy nie zniknęły!
Trzeba wymienić na coś ozdobnego. Powędrowałem więc szlakiem Pani Anety – tym razem na Wolę do giga-, super- wielkiej hurtowni tkanin wszelkiej maści obiciowych. Po 40 minutach przeglądania, macania i myślenia wybór padł na dwie. Wśród kolegów ogłosiłem małe głosowanie – która lepsza.
Ta przegrała.
Wynik w 100% był zgodny z poglądami mojej żony – więc nie miałem wyboru. Tkanina kolorem odbiegała, gęstością niestety też – jest gruba i stanowi przeszkodę dla powietrza. Ale jak się nie puści za dużo basów i słucha umiarkowanie, to nie lata. Szkoda, że w procesie klejenia (klej specjalny w aerozolu, stykowy do tkanin, nie przesiąkający przy umiarkowanym aplikowaniu) nie pomyślałem o solidnym naciągnięciu tkaniny- byłoby lepiej.
Próba kleju - jest ok.
Klej już nastrzykany.
Klej też ponad 40 zł kosztował w tej hurtowni. Wystarczy na kanapę i trzy fotele lub 20 Beethovenów – duża puszka. Przy naklejaniu skupiłem się na wycentrowaniu wzorku względem klejonej deski – to się z pomocą 3 gwoździków udało znakomicie.
Madejowe łoże do klejenia
Montaż całości odbył się już bez kłopotów i nowych własnych błędów.
Zawinięcia na standardowy butapren.
Na koniec podmieniłem zamiast wyblakłego oka EM85, "żarko" świecące radzieckie 6E1P. Ponieważ jest ona nie zgodne na pinach (odpowiada EM80) – to małe przelutowanie okazało się konieczne.
Goldy gra już u mnie w salonie, stoi tymczasowo obok Bimby, wygląda świetnie.
Radia Marzenek.
Troszkę się nauczyłem na swoich błędach, wiem których i obiecuję sobie, że tych samych już nie popełnię. Tak sobie obiecuje. Kolejne radyjka czekają.



sobota, 25 czerwca 2016

Tornados czyli radiowa transmisja w dwie pentody szarpana

Słuchając radia na falach innych niż FM, a i tam też czasem, praktycznie cały czas doświadczamy odbioru zakłóceń wszelkiej maści. Zresztą użycie modulacji amplitudy (FM) przez Armstronga miało (i było) panaceum na zmorę Sarnowa – z amerykańska określany „static” - czyli podówczas głownie atmosferyczne zakłócenia odbioru radiowego.
Jeśli chodzi o zakłócenia to tej chwili jest dużo gorzej niż kiedykolwiek w przeszłości. Wystarczy posłuchać radia na falach średnich czy długich by przekonać się, że żyjemy w elektromagnetycznym śmietnisku, żeby nie powiedzieć elektro-kloace.
Udaje się, że istnieje coś co nazywa się „kompatybilnością elektromagnetyczną”, ale w praktyce to wszyscy wszystkich oszukują. Chińczycy sprzedając swoje produkty oznaczone znaczkiem CE (China Export), a także kochani urzędnicy, którzy ten znaczek interpretują jako zgodność z dyrektywami EMC – CE Mark. Jednym słowem - kłamstwo i obłuda. Dokładnie dwa w jednym.

Wszelkie zakłócenia, których źródeł jest bez liku ale mają wpływ na co do nas dociera pogarszają jakość odbioru przekazu. Opierając się na zwyczajowej już kwestii: ”Panie przed Wojną to była pogoda!” . Można zazdrościć radiosłuchaczom w czasach, gdy na AM odbierało się stacje dalekie i to na 73!  Chociaż jak dowodzi to zapis kinematograficzny – różnie z tym bywało. Polecam obejrzenie całego filmy Paweł i Gaweł.  Poprawa selektywności, specjalne anty faddingowe konstrukcje i inne działania miały tylko poprawić odbiór, tak aby przyciągnąć jak największe rzesze słuchaczy.

Widmo fal radiowych jest bardzo cennym dobrem, było przedmiotem wojen (wspomniany konflikt Sarnow-Armstrong) jak i np. reparacji wojennych (co z kolei sprzyjało powstaniu i rozwojowi UKW w Niemczech).W tej chwili radiowy ether jest zaśmieconą przestrzenią, z niby to obowiązującymi regulacjami.  AM jest w tej chwili zbiorem wszelkich elektromagnetycznych śmieci i kilkudziesięciu przebijających się rozgłośni. Poświęciliśmy AM.
Nawet inteligentne liczniki energii elektrycznej  zaśmiecają tą przestrzeń.
Mój dzięcioł  (inteligentny licznik energii)! Zaraza się czaji zaraz obok drzwi wejściowych do mieszkania.
Nie mogę w domu słuchać radia na falach średnich i długich bo znajdujący się na tej samej linii zasilania tzw. inteligentny licznik energii RWE sieje i nawet stuka, ile wlezie. Wszystko w imię mojego dobra, moim kosztem. Chyba nie uda się wygrać, trzeba będzie się pogodzić.

Dlatego też miłym odkryciem dla mnie był fakt, a właściwie utwór, który pojawił się w moim samochodowym radio (sprowadzonym do roli odtwarzacza  MP3), bo radia teraz też się nie da słuchać – za dużo reklam i propa …  Utwór przed ponad 50 laty nagrał zespół Tornados.
Kawałek, który wpada w ucho, jednocześnie i synchronicznie z warstwą muzyczną niesie wszelkie cechy satelitarnej transmisji radiowej i to nie byle jakiej – pierwszej. Sam tytuł się bezpośrednio do tego odnosi Telstar. Pierwszy satelita telekomunikacyjny, umożliwiający transmisję (dokładnie ok. 20 minutowych przekazów za każdym okrążeniem ziemi -co 2,5h) pomiędzy USA, a Europą stał się inspiracją podkładem całego utworu.
A sposób nawiązywania transmisji, jej brzmienie i koniec jest kanwą na której Joe Meek oparł kompozycje tego muzycznego utworu. Utworu na tyle dobrego że zagościł na najwyższych miejscach listy przebojów. Świetnie słychać nawiązywania kontaktu, zgrywanie się jak i cały czas modulowany przekaz, aż po końcowe zerwanie transmisji. Cudowne, piękne i magiczne jednocześnie. Takie jest radio – łączy. Co do samego satelity Telstara I, to on pomimo wielkich kosztów budowy, i wielkiego społecznego odzewu został poświęcony w imię większych celów. Naukowo-militarny eksperyment związany z eksplozją w stratosferze, wytworzeniem impulsu elektromagnetycznego o niespotykanej sile i skali – przypieczętowało żywot Telstara. Uszkodzenia, których doznał uczyniły z niego kawałek śmiecia.
Telstar w zbiorach Muzeum Lotnictwa i Astronautyki (niestety nie krakowskiego
Tak jak się zdaje z cała radiofonią AM, gdzie w pogoni za łącznością komórkową - BTS-y, ekologiczną tzw. „zieloną energią” – falowniki od PV czy innymi „wyższymi celami” zabijają najbardziej prostą, skuteczną i dalekosiężna transmisję radiową.

Transmisję , słów i muzyki, informacji i i uczuć, wizji artysty i wyobraźni słuchacza – łączności jednego człowieka  z drugim. W imię wyższości, szalonej idei czy czyjegoś zysku.  Musimy obronić radio, FM chociażby. No i Jedynki na 225kHz też nie oddamy!

Pisze ten tekst, gdy z drugiego pokoju docierają dźwięki meczy Polska-Niemcy (do przerwy 0:0). Co ciekawe Telstar I nigdy nie przekazywał transmisji meczu piłki nożnej, nie mniej się zasłużył w historii futbolu.
Piłki, którymi są rozgrywane mecze od Mistrzostw Europy z 1968, a Mistrzostw Świata od 1970 roku poczynając,  a produkowane przez Adiddsa noszą nazwę Telstar. Mają charakterystyczny wygląd – bardzo kontrastowy i przypominające swój kosmiczny pierwowzór. Wszystko po to by na zaszumionym ekranie telewizora było tą piłkę widać.
Telstar z 1974 roku - źródło Wikipedia
Teraz przy supersilnych  kompresjach na cyfrowych łączach MPEG4, a może i więcej MPEG, to ta mała biała kula zda się, że znika całkowicie. A analogowy Lazuryt pozwalał śledzić płynnie czarny krążek hokejowy dostrzec – spróbujcie teraz go dostrzec!

Kończyłem ten post w trakcie meczu Polska-Szwajcaria. Muszę kończyć - będa karne.